• Start
  • Recenzje
  • FIKA Hanowska/Karnowski – katharsis niebezbrzeżnego smutku – szkic recenzencki
  • Jarek Mikołajczyk

FIKA Hanowska/Karnowski – katharsis niebezbrzeżnego smutku – szkic recenzencki

FIKA - tytuł cokolwiek znaczy dla twórców, brzmi dla odbiorcy znajomo i sympatycznie. To dobrze. Chyba? Buduje się emocja jeszcze przed odsłuchem. Lubię taki komunikat, który nie zdradza, co mnie czeka, a jednocześnie budzi sugestie. Spójna z tym komunikatem grafika okładki – kolor papieru pakowego niesie w sobie piękno prostoty, czerń drzew i niewydumana czcionka – dopełnia. Już ufam, że krążek mnie nie zawiedzie. Lubimy się od pierwszego wejrzenia, łatwiej będzie się zasłuchać.



Pisanie tego szkicu recenzji nieco utrudnione. Nie mam płyty fizycznej, nie mogę wrzucić w discmana i chodzić godzinami nocą wśród bram i meneli, gdzie najpełniej słyszę. Jednak coś pozytywnego jest w tym zrządzeniu. Pierwsze dźwięki sugerują coś, co zdarzyło się ostatnio przy słuchaniu Behind Your Eyelids — Szymon Nidzworski Project feat. Andrzej Seweryn — to będzie podróż w głąb, siebie a może muzyki.

Wartość skrzypiec nie sprowadza się do proporcji glissanda do portamento, rzecz nie w ciągłości czy stopniowania dźwięku. Słuchacza de facto kompletnie to nie obchodzi, byle wszystko było na swoim miejscu.

Odliczanie – wysoko odliczają pierwsze dźwięki skrzypce Olgi Hanowskiej, ascetyczne punktowanie przez Karnowskiego wprowadza do tej opowieści nieco neurotycznego niepokoju. Nie ma tu jednak nic z chaosu, matowe brzmienia skrzypiec około 1 minuty 5 sekund zaczynają zmierzać w stronę nostalgii. Może tęsknoty? To byłby dobry początek medytacji.

Raz dwa trzy – pięknie tu koi głos Hanowskiej, wstęp krótki, a tak dobro-wróży. Pozytywkowo-czarowne cymbałki, monotonny zagrany na ciepłych brzmieniach rytm urządzeń Karnowskiego zlewa się ze smutkiem i pięknem skrzypiec. Ten smutek czy niepokój jednak nie rozrywa, nie rozdziera hipokampu. To tylko delikatne mrowienie na grzbiecie. Paradoksalnie wspomniany ośrodek lęku koi swój ból, uczy się oswajać sytuację. Krótki kawałek gęsty od ciepłych mimo wszystko emocji. I ta niemal madżongowa dbałość o brzmienie. Zero tektury dźwięk jest pełnym wymiarem.

- oj popłynął duet, łamanie rytmów prawie break beatowe, nie ma tu jednak łamania kołem czy Roni Size. Pięknie łagodzi na zejście burdon. To mimo wszystko zabawne 1,17.

Dziewczyna Patrzy – ambient? Etno? Pierwsze piski, a potem brzmienia jak z fujary sałaskiej. Nie mamy tu jednak odpływać, potoczysty rytm przypomina, że przecież jednym z twórców jest perkusista. Rozpędza się ten transowo taneczny walec powoli. No i robi się głębia i idą flety. Ciekawe zejście delikatnych trzasków.

Z Zamkniętymi Oczami – Czy to w tym momencie Hanowska bierze do ręki skrzypce barytonowe? Prawdę mówiąc, instrumentoznawstwo i muzykologia nie są potrzebne do słuchania muzyki, kiedy ta jest Piękna. Nie analizuje się Piękna – powiedziała Aleksandra Gross – Mikołajczyk do swojego męża, gdy wymądrzał się w Duomo di Firenze. Utwór jest Piekny. Bezbrzeżnym, prawie bo nie beznadziejnym smutkiem. Elektronika jedynie podbija opowieść mimo woli nasuwającą: huculszczyznę i brzmienia tułacze, tak bardzo wdrukowane nam jako żydowskie. Nie ma tu jednak klezmerki, jest raczej podróż w głąb siebie i tęsknota Oyfyn Veg.

Gra w sen – skrzypce na wydłużonych brzmieniach i echu – trochę jak kiedyś Jan Błędowski z Krzakiem tylko mniej tu popisów - więcej muzyki. Początkowo dźwieki jak ze starych gierek na „kardridże” nie kleją się, rozbijają – wiemy, że to działanie celowe, nie wkurzamy się na muzyków – niby nic a kamyk w bucie. Ze snami tak bywa. Jeszcze chwila a na trzeciego usłyszałbym tu Marcina Dymitera.

Nie wierzy – nie dostajemy tu subtelnych i ciepłych skrzypiec Janine Jansen. Jeśli gdzieś pobrzmiewa skrzypcowy Szymanowski i tak bliżej mentalnie do Seiferta, choć to chropawość jest u Hanowskiej subtelna. Podobnie jak wielki Zbigniew - Hanowska nie boi się zapiszczeć na skrzypcach albo zachrypieć. Ten kawałek wciąż oniryczny schodzi kilkoma dźwięczkami. Kalimby?

W Jasny Dzień – no i pogoda jest jak handpan, kiedy można malować dźwiękiem dosłownym, warto się nie bać. Dwie minuty wytchnienia.

Miasteczka – odgłosy? Rozmowy, przechodnie...na szczęście obyło się bez klaksonów. Temat ograny, co nie znaczy, że zamknięty. No ale tutaj, kiedy zaczyna królować rytm jest Ur – Jorge, jest BRDA, jest Variete – jest Rejencja Bydgoska z całym dziedzictwem — "barek stłoczonych w rzecznym porcie". Podskórnie rozrywa, choć niby cieszy.

Idzie wiosna – robi się prawie klasycznie. Wysokie rejestry pomiędzy węgierskim a japońskim skrzypkiem – nikt jednak nie próbuje powtórzyć Rapsodii Węgierskiej Liszta. Zresztą wchodzą rytmiczne ustrojstwa i wszystko wraca do normy. Maszynki łamią rytm zawodowo. Hanowska na moment gra soczyście pełnym pociągnięciem smyków i całym ciepłem skrzypiec. Jest lekko, raczej dzięki rytmowi, bo te ciepłe i piękne skrzypce skręcają w dół i w górę.

Krok za krokiem - kolejna zabawa z dźwiękiem – odgłosem. Kroki, być muszą i dźwięki jak z próby. Brzęczące skrzypce i jakiś konglomerat dźwięków: handpan, cymbałki? Kalimby?. O już się skończyło, zanim się zaczęło.

W cień – dlaczego kojarzę z Japonią - przynajmniej początek? Nie wiem. Echo Toru Takemitsu, jeśli jest, to jednak dalekie. W połowie utworu, może nawet wcześniej skrzypce nie rwą dźwięku, robi się bardzo harmonijne tło. Za to Karnowski na ciepłych instrumentach trochę próbuje podrażnić ucho, chyba, że to szumy mają nas niepokoić.

Na dnie studni – e no fajnie tak żabim skrzekiem prawie i jakimś skrzypieniem się to zaczyna. Koło minuty leci nam skrzypkami z Podhala, ale tylko rytmicznie. Jest tu jednak trochę ludowo i piosenkowo. A dzwoneczki, cymbałeczki jak z przedszkola albo z Coco Rosie – dobry muzyczny sentyment.

Czas Się Topi – stuknięcia, zapętlenia, trybiki, bardzo częste dźwięki w elektronice w stylu To Rococo rot czy Roberta Lippoka, a nawet tej otoakustycznej Marcina Pietruszewskiego. Trochę inaczej wkręcają numer w głowę słuchacza dzięki matowym ilustracyjnym skrzypcom. Tak się jednak ta płyta nie może kończyć i się nie kończy, choć to ostatni kawałek. Około 2 minuty, kiedy skrzypce zdają się już iść w strone łzawej melodii wchodzi rytm. Totalnie głębokie, mięsiste walenie bez uprzedzenia. Po momencie zakręca wszystko w stronę szamańskiego transu, skrzypce ethno-rzeźnie robią i jest szał, no jak na techno party z Westbamem z najlepszych lat tylko Piękniej i Mocniej.

Niezwykle gęsta od zwrotów akcji, dynamiki brzmień płyta. Zdecydowanie sporo tu muzyki intuicyjnej i wzajemnego słuchania. Duet – jest muzycznie jednym elementem. Jeśli zdarzyły się momenty rozbicia, braku muzycznej komunii – wiedzą o nich tylko Hanowska i Karnowski. Być może jeszcze Jarek Hejmann i Marcin Dymiter. Zdecydowanie materiał, którego warto posłuchać na żywo. 

Mix i mastering zdają się jednak nic nie płaszczyć.

Świetna dramaturgia, płyta poza kompozycjami mocno chyba osadzonymi w tu i teraz wykonania ma przemyślany układ całości.

Płyta na totalny reset, do słuchania w całości. Płyta, z którą słuchacz musi samemu sobie ofiarować czas. 38 minut podróży w głąb. Podróży, która dotyka, czy zatem to muzyka mesmeryczna? E, jeśli jest moc w tej muzyce, to jest ona w niej. Zdecydowanie płyta wolna od szarlatanerii i efekciarstwa. Muzyka efektywna, tak dziś rzadka w dobie popisów.

Bardziej spektakl, wydarzenie niż show. Nie jest to płyta pełna smutku, ale jesli się on pojawia to jest to ten sam rodzaj Piękna co De profundis Arvo Parta czy niektórych płyt Dead Can Dance, mimo różnic formalnych. 

FIKA - Hanowska/Karnowski

2019

Olga Hanowska - skrzypce, skrzypce barytonowe, flety, dzwonki, kalimba, elektronika, nagrania terenowe
Marcin Karnowski - handpan, kalimba, cymbały, shruti box, perkusja, spds, perkusjonalia, nagrania terenowe
Jarosław Hejmann - nagrania i miks
Marcin Dymiter - mastering

 

Jarosław Mixer Mikołajczyk

Tagi: FIKA Hanowska/Karnowski