• Start
  • Recenzje
  • Co nowego się stało w Poznaniu? Provinz Posen – szkic recenzencki
  • Jarek Mikołajczyk

Co nowego się stało w Poznaniu? Provinz Posen – szkic recenzencki

Twórcy Provinz Posen znaleźli mityczny gelender* w tożsamościowym chaosie. Słowo gelender pochodzi z gwary śląskiej, każdy jednak potrzebuje poręczy, punktu podparcia. Tak jak czasem trzeba usiąść nisko przy ziemi, jeszcze niedawno siadały, tak nasze babki podle angielki w latowy kuchni. Rzecz jasna usiąść nisko przy ziemi, przy podłodze, blisko korzeni to usiąść na ryczce**. Bez tej perspektywy nie nabierasz pokory, bez niej nie ma szacunku, a wtedy nic nie jest akuratne***. Nie ma więc tego klucza kulturowego i mentalnego, jakim była Provinz Posen.
Co by jednak było po naszemu, znaczy rychtyk w ordnungu i akuratnie. Zacznijmy, jak się należy od początku.



Oceniamy książkę po okładce, a jakże, książkę a tym bardziej płytę.

Dość mitologii. To okładka sugeruje treść i bez niej z zasady nie podejmujemy decyzji o zakupie. Na Łazarzu****, żaden handlarz nie ciepnie nawet pyrków do owalanej tytki, bo jakby to naśpłot jeden zrbobił to nikt nie kupi, choćby nie wiadomo: „po czymu?” były – tanie.
Ta okładka Provinz Posen jest adekwatna, oszczędna, ale nie skąpa - jak głoszą stereotypy. Dobra tektura, prosta nieupstrzona grafika, a jednak dbałość o szczegóły, chociaż to, że w prawie niewidocznych wnętrzach kieszonek na płytę i książeczkę jest szlaczek. Niby nic, a cieszy.

Co pewnie ważne jeden z tych niewielu projektów o źródłach folk-ethno, w którym grafiki nie są Łowickimi kogutkami albo wzorkami z góralskich portek. Bardzo dobra robota zarówno: Rafała Wechterowicza jak Jędrzeja Guzika. 

Dziś, kiedy płytę łatwo zastąpić powszechnym „elektronicznym bytem niebędącym” w stylu choćby mp3, płyta musi być przedmiotem pięknym, dziś o wszelką namacalność po prostu trzeba dbać. Ainfachowość to dziś marnotrawstwo. Nie stać dzisiejszego świata na kicz. To jest bardzo okładka w stylu Provinz Posen.

Intro
„Pięć pokoleń, które przetrwało” – prawda, o której często zapominamy. Poza tym echa świata z oddali w przesterach „i think, i can just manage that” Paderewskiego i na to słowa generała Taczaka, jego głos i ważne pytanie. „Co nowego się stało w Poznaniu?” To wwiercające się w głowę pytanie sugeruje, że stało się coś ważnego.

Walcerek
No bo jak nazwać małego walca? Takiego, który nie jest walczykiem… Wyrzućmy, to czego niestety nie da się wyrzucić, przy tym i jeszcze jednym kawałku. To nie jest biłgorajsko nuta! Skojarzenia to naprawdę przekleństwo. Rzecz nie w tym, że Ciechowski to złe skojarzenie, zapewne przeciwnie. Piejo, kury piejo wdrukowało nam się i odezwie się jeszcze przy utworze singlowym „Moje życie” nawet bardziej. Jeśli płyta niesie redefinicję tańców z regionu, to raczej jest trzymaniem się gelendra czy też ryczki, tylko tak i w takich momentach, gdy nie potrafimy postawić w nich kroku, gdy depcemy partnerkę lub partnera. Nie ma w Walcerku ani trochę hochsztaplerki tak powszechnej w czymś, co ma aspirację bycia smooth folklorem a staje się etno-sretno. Takim disco-polo „ino niby lepij”. Tu tego nie ma za to jest rytm, który niesie, wybity mocno, bo jak się idzie w tan, to nie ma po próżnicy. Przecież to idzie z lędźwi, nie na darmo, dłonie splatają się na biodrze. Tak zaczynały się u Nas kiedyś migane. Jest jeszcze coś poza tańcem, ta mnogość, echa i „teraz wszystkie tysiącami”. Energia, prawie monumentalna, a jednak tak prosta.

Chodzony
Taniec, który niemal w całej Polsce miał swoje znaczenie. Taniec powitania młodych i pożegnania gości. Tu już robi się muzyka korzeni. Zero poPeReLowskiego „malowania skrzyni”. To po prostu płynie. Sklejone w nową całość. Michał Wiraszko i Michał Szturmowski, Szymon Waliszewski, Marcin Borsa i cała eka projeku: Jerzy Mazzoll, Daga Gregorowicz, Malwina Paszek - nie umówili się, że teraz poudają muzykę ludową, skasują trochę kasy z programów marszałka czy ministra. Nie ma tu zarabiania na dłubaniu w kinolu przy jednoczesnym plumkaniu lewą ręką na temat tożsamości. Tu jest szukanie tożsamości, tej najważniejszej a może jedynej – kulturowej.


Jak są skrzypce to bliżej im do podwiązanych z kapeli dudziarskiej niż do nutek sabałowych. Odkrycie piękne, choć przecież oczywiste: ludowe skrzypce to nie tylko Podhale. No i te klarnety bez klezmerki krakowskiej. Wszystko to toczy się szeroko z przesterami, efektami - bardzo po nowemu. Trudno by zgubić nogę. Motoryka kawałka wręcz magiczna, ale magia mimo tego ordnungu nie była nam obca. Niespełna 80. lat przed powstaniem Prowincji Poznańskiej spaliliśmy czarownice w Gorzuchowie. Pięknie toczy się ten chodzony.

Oberek
Trans. Jak rzadko postrzegamy go w naszych tańcach ludowych. Często granych w radiach bez basu, bez dołu, tak na wysokim piskliwym rejestrze. Ten oberek jest już urban folk, przecież metropolia Poznań, choć to nie cała Wielkopolska to jedno z silniejszych brzmień Provinz P. wraz z Rejencją Bydgoską. Jest w tym oberku, Provinz Posen sporo historii, mentalności, sposobu myślenia. Wszystko pięknie niby potoczyście i wkółko a jednak czasem coś mruknie, szarpnie, a i tupnie, łamiąc: czy tylko rytmiczny ordnung? 

Takie skojarzenia z tupaniem na tej niby mało roztańczonej ziemi: 1806 (tak to powstanie zwycięskie zresztą wyprzedza powstanie Provinz Posen, chyba jednak nie daty wyznaczają płytę) 1918,1956… Nawet jeśli to nadinterpretacja autonomisty – coś jest, co wyznacza te nowy regionalizm bez separatyzmów, a z szacunkiem.

Moje życie
Singlowy kawałek. Niezwykle nośny. Wejście od razu mówi, gdzie jesteśmy. A jesteśmy "tutej", nie "tutaj" – "aj" i "ej" to dwie różne rzeczywistości. Już pierwsze dźwięki i rzuca nas gdzieś pomiędzy Zbąszyń i Szamotuły. Chyba niezwykle ważny, ale też nośny tekst śpiewany.

„Tu dzień
tu noc
Tu jest moje życie”

Bez patriotyzmu tekstylnego, bez flagi na ramionach i racy w ręce, bo miłość do miejsca ojców to patriotyzm najbliższych winkli, to miłość do fyrtli i wiaruchny na nich żyjącej. Deklaracja niepodległości niezależnej od ustroju, rządzących, władzy i języka urzędowego. Dużo mocniejsza niż tak nadużywane dziś hasła. ” Tu dzień, tu noc – tu jest moje życie” – bez patosu, bez chwały, dumy, tak po prostu codziennie.

Michał Wiraszko – i jak tu nie powiedzieć przywracasz wiarę, że nie wszyscy dostali dziś repla. No i muzycznie też to niesie. Powtarzalność i rytm faktycznie, o czym pisano już wiele razy, przywodzą na myśl Grzegorza z Ciechowa, warto wsłuchać się jednak w tła, klarnety i niemal szamańskie zaklinanie wokale.

Dzień 27 grudnia
Ważne interludium, bo to prawda, że „dzień 27 grudnia nie zapowiadał początkowo toku najbliższych wydarzeń”. Napięcie i ten szmer miasta. Ciary na plecach, zaraz coś pierdolnie…

Strzały w mieście
No tak, trzeba zaznaczyć to płyta w rocznicę 100. Wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Piękne odniesienie się do pana „Marycha Kliksa”, który pisał o Powstaniu jako jego uczestnik. Mocno wystukane rytmy, niosą ten gwar i ruch, kontrastuje to cudownie neurotycznym niepokojem i podnieceniem Jerzy Mazzoll. Wszystko gdzieś rwie pod skórą, zatańczyć można, a jednak…jest jakaś harmonia molowa. Pięknie. Po prostu pięknie. Rodzące się zwycięstwo nie jest jak kabaret, raczej prawdziwe piękno bywa bliżej Dead Can Dance niż Ani Mru Mru.

Okrągły
Oj prawie nada się do BeMki z rozkręconym subem. Prawie - jednak "robi różnicę". Rytm tu idzie twardo. Nieco jednak wolniej niż "The Best of Zimny Łokieć". Jest tu sporo namysłu i synth popowe tła klawiszy. Powiedzmy tak: "prawie" bywa tajemnicą tożsamości, tak jak Provinz Posen wyznacza odpowiedź na pytania: gdzie, skąd – pytania: o miejsce nie tylko geograficzne, może nawet kulturowe bardziej, o nasze Tutaj, albo Tutej – po prostu Tu… Tanecznie również na okrągło twórcy odrzucili wartościujące i separatystyczne pytanie: kim jesteśmy? Bo ja jestem tym, Ty jesteś tamtym, a On albo Ona jeszcze kimś innym. Jeśli wszyscy jesteśmy Tu, to tu jest nasze życie.

Polka
Szczególny taniec metrum 2/4 idzie jak w galopie. Tu brzmi trochę jak jakieś Apollo 440. To jednak tak z polką jest, że jest taka niedomknięta. Pół koła, pół kroku. To chyba nie ma znaczenia, ale ta polka to się po całej Polsce i nie tylko rozlała.

Tu
Tu byliśmy

Tu jesteśmy
Tu będziemy

Odpowiedzią wytańczoną przez Provinz Posen jest magiczne, a może właśnie nie-magiczne, nie-mistyczne "Tu". Nasze Tu, bo przecież każdy ma swoje.

Piękne wokale. Spokój elektroniki, ale też tego, co tu ludowe i co dmuchane. I ten sampel w kontrapunkcie „łoj zapomnisz Ty”.
Tego znaczy, tej odpowiedzi swojego Tu szukamy. Ja szukałem na pewno. Znalazłem pewnie dawno, ale płyta pozwala redefiniować nie tylko moje Tu, nie tylko moje Provinz.

Orientacja na Zachód
Taka koda. Może jakieś ukojenie. Piękny tekst w opisie utworu w książeczce „Domu nie znajdziesz na mapie, dom to nie miejsce – to miłość, ludzie i stan”. Muzycznie trochę jak klamra na granicy muzyki relaksacyjnej może bardziej wyciszającej… Piękny głos z radia o spontaniczności, ogniu w oczach, o orientacji na Zachód i podziwie całego świata. Nie ma jednak tak dobrze...Pada ostatnie pytanie, jak chrobotanie w szyszynkę: co nam zostało z tych lat?

To niezwykle spójna płyta.

Nie pierwszy koncpet album – to prawda. Też nie pierwszy o tematyce jednak co tu kryć historycznej. Nie jest to jednak album o klęsce z nieustannym: hura, hura okrzykiem – taki już ktoś zrobił i zrobił chyba dobrze. To opowieść o zwycięstwie, choć nie ono tu jest najważniejsze, album o zwycięstwie bez słów chwała, Polska, i co chyba ważne z pewnym zwątpieniem – co jednak nam zostało?
Płyta wtańczona może wytańczona w miejsce, ludzi, kulturę historię – i nie jest to chocholi taniec. No i są dudy, jest kozioł, a on jak wiadomo robi robotę. 
Nie jest to też płyta o pyrach z gzikiemplyndzach*****, wpisanych wprawdzie z codzienność "Tu" – Provinz Posen, w żaden sposób jednak niewyczerpujących tutejszego "Tu". Płyta ważna nie tylko dla Provinz Posen, bo każdy ma swoje "Tu", każdy ma swoje: provinz, province, provints, la province провинция…

Provintz Posen, to płyta, na której artyści chcieli się z czymś zmierzyć, a nie coś na niej ugrać. Trudno o lepsze mariaże, muzyki ludowej, folkloru, etno, jazzu, urban folku i elektroniki.

Można też parafrazując nieco Kazika, powiedzieć: tak się robi historię, a nie robi się na historii. Jeśli jeszcze można to: panowie od realizacji i mixu - brzmi to potężnie. 
Polecam. Gorąco.

 

PROVINZ POSEN

WYDAWCA: Wytwórnia Krajowa / 2019

DYSTRYBUCJA: Asfalt Distro

Jarek Mixer Mikołajczyk

* gelender - ze śląskiego poręcz, profesor Tadeusz Sławek podczas ostatniego Kongresu Górnoślazaków postawił tezę, że gelenderem powinien stać się w poszukiwaniu nowej tożsamości ślaskiej, odchodzący czarny Śląsk węglowy. Poręczą - zatem nie można się go trzymać kurczowo, trzeba czasem iść po nowych schodach, mieć gelender zawsze w swioadomości, że można się podeprzeć, ale tworzyć nowy tożsamościowo Śląsk. Profesor odniósł się do popularnej ślaskiej śpiewki Gelender Blues.

**ryczka - niski stołek raczej z prostokatnym siedziskiem i wycięciem na dłoń, ułatwiającym przenoszenie. Niezwykle popularny w wielkopolskiej kuchni. 

***akuratne - właściwe, porządnie wykonane.

****Łazarz - dzielnica Poznania ze szczególnym dla Poznaniaków targowiskiem.

 

 

Tagi: Provinz Posen