• Kamila Arya Kasprzak - Bartkowiak

Zagłada na placu

Okazuje się, że niezbyt przyjazny, szczególnie w letnie upały, betonowy plac przed Teatrem Fredry, może stać się wieczorami sceną dla równie dramatycznej jak zabetonowana przestrzeń – historii pacjentów z gnieźnieńskiej „Dziekanki”, która wydarzyła się w czasie II wojny światowej.

Mowa oczywiście o spektaklu „Tiegenhof”, który nawiązuje do eksterminacji kilku tysięcy niewinnych osób w latach 1939-45, kiedy to Wojewódzki Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Gnieźnie, czyli popularna „Dziekanka”, został przemianowany na „Gauheilanstalt Tiegenhof”. I choć te hitlerowskie morderstwa chorych psychicznie, zostały w ostatnich latach przypomniane m.in. w historycznej książce Karola Soberskiego pt. „Zapomniana zbrodnia” czy naukowej publikacji pod redakcją prof. Grażyny Gajewskiej „Bezużyteczni” - to w powszechnej świadomości nie zawsze są kojarzone. Teatralna inscenizacja w przestrzeni miejskiej za którą wzięły się dwie austriackie rezydentki u Fredry, czyli reżyserka Martina Gredler oraz scenografka i autorka kostiumów Anna-Luisa Vieregge, uczyniła więc kolejny krok w stronę społecznej pamięci.

Sam spektakl zaś przybrał minimalistyczną formę. Nie ma w nim szpitalnych łóżek, białych kitlów czy innych szpitalnych atrybutów. Zamiast tego widzimy porozwieszane niczym pranie spłowiałe kartki papieru, usypane z ziemi pagórki i dziewięciu aktorów z miotłami w „cywilnych” strojach z epoki. Jednak symbolika tej skromnej formuły zdaje się pojemna, tym bardziej, że aktorzy grają też słowem, ruchem i mimiką, ale o tym za chwilę. Tymczasem to czego zabrakło, to szerszego wprowadzenia do prezentowanej historii, dzięki któremu kartki przypięte do konstrukcji przy ścianie, zaczęłyby prędzej kojarzyć się kartami „leczenia” albo listami pacjentów pisanymi do bliskich jak choćby te, które wysyłał z głodu i przygnębiającej nudy pan Wolff – bohater „Bezużytecznych”, co szczęśliwie uciekł ze szpitala. W zamian mamy bardzo dobrze pomyślaną scenę z miotłami, która zarówno otwiera jak i zamyka sztukę, pokazując dojmującą unifikację i uprzedmiotowienie chorych na początku oraz czyste szaleństwo na końcu, kiedy to aktorzy zamiatają już plac z wykrzywionymi od grymasów twarzami. Chociaż najbardziej sugestywny moment następuje i tak w chwili, gdy występujący po jednej z przytoczonych relacji podbiegają do wspomnianych pagórków, co w oczywisty sposób nasuwa skojarzenia z grobami. Tyle, że w rzeczywistości większość miejsc pochówku pacjentów nie jest znana, ale za to nie ulega wątpliwości, że nazistowskie praktyki dla ogromnej liczby osób skończyły się śmiercią. „Życie nie warte przeżycia”, czyli hasło, które stało się dewizą oprawców, do dziś pokazuje, że powodem wykluczenia może być praktycznie wszystko, począwszy od rasy (głównie Żydzi, ale też Słowianie czy Cyganie), poprzez orientację seksualną (geje w obozach koncentracyjnych oznaczeni różowymi trójkątami) i światopogląd (podobnie trafiający do obozów przeciwnicy polityczni), a skończywszy na osobach chorych umysłowo, których niesamodzielne życie uznano za szczególnie zbędne.

Warto dodać, że choć to 45-minutowe przedstawienie, mogło być pod wieloma względami pełniejsze, to z drugiej strony brak „przegadania” i postawienie na choreograficzną ekspresję, zostawiło tak potrzebne miejsce na refleksję. Sami aktorzy zaś, w tym fantastycznie ucharakteryzowana, czyli „postarzona” Martyna Rozwadowska, ale też Kamila Banasiak, Zuzanna Czerniejewska, Iwona Sapa, Paweł Dobek, Bogdan Ferenc, Maciej Hązła, Roland Nowak i Wojciech Siedlecki – grają z zaangażowaniem godnym tematu, wiarygodnie kreśląc swoje postaci. Natomiast wspomniany na początku plac, w tym przypadku idealnie dopełnia uczucie dojmującej alienacji, która w efekcie działania ludzi przeciw ludziom prowadzi do zagłady. Dobrze więc jeśli ta szara i pozbawiona życia przestrzeń przynajmniej jeszcze raz lub dwa razy, stanie się sceną dla tragedii bohaterów „Tiegenhofu”. Ot choćby podczas Gnieźnieńskich Spotkań Teatralnych „Bez kurtyny”, które w ramach Królewskiego Festiwalu Artystycznego odbywają się w sierpniu w plenerze.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak

Fot. K. Kasprzak-Bartkowiak