• Start
  • Recenzje
  • Podróż galaktyczna czyli Lebowski charytatywnie
  • Mikołaj Stopczyński

Podróż galaktyczna czyli Lebowski charytatywnie

Rock progresywny i art rock. Ideały stereotypowego trójkowicza, rozbudowane formy, patos, emocje i koncepty wykraczające poza sferę stricte muzyczną. Niegdyś tryumfy popularności, dziś już coraz bardziej nisza i relikt przeszłości. Na polskiej scenie z rodzimych gwiazd do powszechnej świadomości przebija się głównie Riverside, dopiero na dalszym planie widnieje kilka równie wartościowych punktów. Wśród nich Lebowski – kwartet, który w minioną niedzielę zabrał gnieźnian w podróż po „Galactice”.

Występ projektu był wydarzeniem wyjątkowym już w samym założeniu, bowiem całość miała charakter charytatywny. Środki ze sprzedaży biletów-cegiełek zostały przeznaczone dla lokalnej Fundacji Wspierania i Rozwoju Edukacji, której celem jest szeroko rozumiana pomoc dzieciom.. Po koncercie miał również miejsce poczęstunek dla przybyłych oraz licytacja dzieł sztuki. Udało się zapełnić prawie wszystkie miejsca sali koncertowej MOK-u, na której były obecne zarówno starsze osoby, jak i najmłodsi (ze zdecydowaną przewagą tych pierwszych).

Lebowski zafundował ponad półtorej godziny pięknego grania. Koncert pod względem repertuaru miał na celu przede wszystkim promocję wydanego zimą albumu „Galactica”, pierwszego studyjnego krążka po prawie dziesięcioletniej przerwie. Nowe dźwięki to rzeczywiście muzyka iście kosmiczna pod względem klimatu. Słychać tu wyraźne nawiązania do space czy art rocka lat siedemdziesiątych z Floydami na czele, ale także w jakimś stopniu oddającym esencję dorobku Stevena Wilsona. Niekoniecznie rewolucyjna nowinka, ale w żadnym nie jest to odgrzewanie wyczerpanych motywów. Setlistę uzupełniły utwory z bardzo filmowego debiutu „Cinematic” oraz te dostępne tylko w wersjach koncertowych.

Lebowscy hipnotyzują dźwiękami. Ciężko się nie rozpływać w słowach, kiedy oni robią to samo z człowiekiem. To zasługa wielu elementów składających się na tę wyjątkowo całość. Za iście kosmiczny klimat odpowiada klawiszowiec Marcin Łuczaj. Poprzez syntezatory przeplatające się z bardziej tradycyjnym pianinem bliżej mu do Ricka Wrighta niż Keitha Emersona, co w przypadku muzyki Lebowskiego jest dużą zaletą. Równie pozytywnie wypada gitarzysta Marcin Grzegorczyk, którego „spokojniejszych” i bardziej stonowanych solówek ciężko nie skojarzyć ze stylem Gilmoura. Z drugiej strony pojawiające na „Galactice”, ale nieco wycofane mocniejsze riffy w bezpośrednim kontakcie wypadły całkiem ciężko (może zasługa koszulki Gojiry, którą miał na sobie Grzegorczyk?), co zdecydowanie pozytywnie wpływa na odbiór całości. Całość dopełniała bardzo solidna sekcja rytmiczna pod postacią Ryszarda Łabula i Krzysztofa Pakuły.

Nazwa „Lebowski” wydaje się trafna, gdyż przychodząca od razu na myśl partykuła „Big” doskonale do nich pasuje. Obok Riverside i Lion Shepard to współcześnie istotny i obiecujący projekt w art-rockowej niszy i miejmy nadzieję, że nie będą kazali nam czekać na nowy album kolejnych dziesięciu lat. Warto śledzić ich poczynania i chodzić na koncerty, przyjemne doznania gwarantowane.

Mikołaj Stopczyński

Tagi: Lebowski Fundacja Wspierania i Rozwoju Edukacji