• Start
  • Recenzje
  • Olga Boczar – Tęskno mi, tęskno. Szkic recenzencki – Oskar Kolberg pewnie by się wzruszył
  • Jarek Mikołajczyk

Olga Boczar – Tęskno mi, tęskno. Szkic recenzencki – Oskar Kolberg pewnie by się wzruszył

Olga Boczar – wokalistka, bo przecież nie piosenkarka, mierzy się na krążku z materiałem niełatwym. Część piosenek wyśpiewywały nasze prababki pod stodołą, kiedy my już myśleliśmy o tranzystorowym hałasie. Folklor, czy może bardziej tu ethno, potrzebuje ciągłego re-definiowania, lub babć spod stodoły. Stodół coraz mniej, pozostaje re-definicja. Wykonania Mazowsza czy Śląska bez swojego niewiejsko, nieziemsko kolorowego obrazu perfekcyjnych tańców i tego perfekcyjnego uśmiechu tancerek, stają się coraz bardziej wyzute z pierwotnej ludowej emocji z prawdziwego smutku lub prawdziwej radości. Nie da się tego słuchać bez obrazu.
Dość powszechna niedawno re-definicja folkloru zwana folkrockiem z zasady pokazała płaski obraz dziedzictwa przodków, prowadząc raczej do biesiady tylko innej, niby intelektualnej.


Mocno eksplorowana re-definicja punk-anarcho-femino, potrzebna zapewne, tylko w kilku przypadkach: R.U.T.A.,Warsaw Village Band/Kapela ze Wsi Warszawa i skrajna, a piękna muzycznie, nie tylko zresztą muzycznie, ekipa Same Suki i kilka innych zespołów...

Zjawisko osobne, choć nieco zapomniane Trebunie-Tutki, pozytywne jak mało co, dziś grane z Tatr.
Kompletnie biesiadno-tragiczna koncepcja zarobkowa pop Brathanków czy Golców, mimo szacunku dla Haliny Młynek czy samych Golców odkleja się od korzeni i leci skoczną ugłaskaną cepelią, że Kolberg umiera ponownie.
Muzyka czasem określana muzyką korzeni tak naprawdę ma u nas kilku mistrzów: maestra Maria Pomianowska, Adam Strug, Janusz Prusinowski i cała Monodia Polska, Apolonia Nowak (oj tak, oj tak), maestro Józef Broda i jego syn Joszko Broda - rzecz jasna jeszcze kilku by znaleźć można.

Trochę gdzieś odszedł zachwyt orientem; Osjan, Atman – które przecież pięknie, choć może nie tak polsko brzmiały...
Gdzieś też kilka zjawisk osobnych jak: Kwartet Jorgi, DAGADANA, Czeremszyna.
Cały stos kapel rekonstruktorsko-średniowiecznych, które na użytek festyników i festynów typu Biskupin mixują Celtów z polskim średniowieczem i jakimś wyspiarskim pół-szanty.
Są jeszcze takie pozytywne re-definicje jak Hanka Wójciak i jej przyjaciółki z S.H.A. Chyba najbliżej tego nurtu można postawić właśnie Olgę Boczar, choć to jazz jest czysty momentami i paradoksalnie bardzo folklor polski. No właśnie Kinior i Augsta są jeszcze blisko, ale jednak inaczej.
Nie ma tu eksperymentu typu pierwsze Namysłowskiego „z góralska” granie. To dobrze, bo muzyka ludu jest z natury, nie z eksperymentu. Jazz na płycie Tęskno mi, tęskno jest jazzem, nie udaje ludowizny, a ludowość, która tu też jest – jest po prostu ludowa, znaczy prawdziwa i szczera jak śpiew Boczar, choć to nie biały śpiew. Ludowość, czy może polskość - zaryzykujmy to mocne słowo jest tu kolbergowska, nie srutu tutu pitu pitu.

Olga Boczar – Tęskno mi, tęskno

Dwa serduszka, cztery oczy

Resetujemy pamięć muzyczną, którą tak uroczo zawirusował swoją wersją tej piosenki ludowej Jacek Bieleński. Olga Boczar wdrukowuje ponownie pierwotne sensy i tropy Dwóch serduszek. Od początku piękna praca bębnów, bez kawalkady dźwięków, wyraźne uderzenia, bez jakiegoś naparzania ale też bez miziania szczoteczkami. Rozedrgane dźwięki piana i gitary, oszczędne, a jednak delikatnie transujące, wspiera to bas, tak, że rodzi się powolna chłodna moc, taka pomiędzy zespołem Komedy z okresu gry z Rune Carlsson a (zwłaszcza w sensie motoryki grania) Kieth Jarrett Trio. Około 3 minuty od krótkiego zagęszczenia perkusji i piana i głębokiej podpory basu robi się jazz soute... I te wokalizy w tym miejscu, bardziej naturalne niż u maestry Urszuli Dudziak... Wszystko gęste, a jednak proste, formalnie daleko od folkloru, a jednak to nie przestaje być piosenka ludowa. Boczar idzie śpiewem niby obok, a jednak skleją się te Dwa serduszka, cztery oczy. Piękny początek płyty.

Jesteś

Pewna nabożność, choć to pewnie piosenka niezupełnie wspólnotowo- modlitewna. Trochę tu wyciszenia refleksji. Piano, choć uderzane zdecydowanie to jednocześnie minimalne jak u Satie. Śpiew powoli z nieco nabożnego i lirycznego wchodzi w wokalizy zawieszone pomiędzy czystością glosolalii a jakimś afro zaśpiewem. Kiedy około 2:30 gitara zaczyna swoją epicką wręcz opowieść, rytmiczni i piano budują ten właśnie jarrettowy trójkąt równoboczny. Fundament jazzowego transu. Żadnego pirdulajdumklajstrum wszystko bez popisów i wyścigów. Ten jazz ma ramy, bo na zejściu Olga Boczar ma nam do wyśpiewania jakąś ważną dla siebie prawdę. Kiedy artysta śpiewa prawdę, robi to czysto i prosto, tak robi to Boczar.

To i hola

Ujazzowiona pewnie ze 100. razy, popularna, jak mało która, polska piosenka i jak, mało która piosenka ludowa To i hola. Taka niby prosta, a jednak wyzwanie. W pamięci muzycznej słuchacza poza wysopranioną wersją Mazowsza, przemielony (pięknie, choć boleśnie) jazzperyment Auguścik & Dudziak, gęste rozbudowane wykonanie AMJ...Ryzyko zostaje jednak w totalnej wolności podjęte przez Olgę Boczar. Porównania i skojarzenia pewnie zawsze są trochę jak wróżba z fusów, ale są mimowolne, bardzo osobiste więc szczere nie ma się co obrażać. 

Od początku (niemal, po paru uderzeniach pałkami), chrobotanie gitary i nieustanne niedokończone kółka rytmiczne, wrażenie delikatnie rozpędzającego się walca, klawisze równie powtarzalne, pobrzmiewają jak cymbały...Odrobina patosu kilkukrotnie uspokojona, wyciszona - muzycznie jest piękne. Wokal w przewadze zupełnie naturalnie płynie ludowością obok, a nie w poprzek instrumentów. Czasem rytmicznie; niemal wyliczankowo, ale są i momenty, gdy śpiwająca nie boi się przeciągniętego, długiego dźwięku, piękny efekt chórków – taka ludowizna w każdym calu w tym „jadą, jadą, goście”... Wokalizy totalnie naturalne. Krótkie powtarzalne pętle muzyczne: tak pomiędzy bolerem, czy rondem. Jeśli trans to delikatny.

Modlitwa

Twarde, krótkie uderzenia perkusji, bębny niemal skandują (na początku) taki rockowy szamanizm. Po wejściu jednak już robi się bliżej czarów niż obrzędu. Przypominamy sobie, że Olga Boczar to także flecistka. Trans narasta, a raczej powraca koło 40 sekundy; bębny budują stabilną bazę dla śpiewu i rytmicznie granego piana... Motywy orientalne nie psują niczego. Modlitwa Leśmiana, a raczej Leśmian Olgi Boczar to niezwykła dynamika. Raz gęsto od śpiewu i wokaliz innym razem rytm dominuje nawet flet i piano. Zejście fletu i bębnów – finezja prostoty.

Nisko słonko, nisko

To jeszcze nie koniec, a trochę jakby muzycy wyczuli, słuchacz musi odpocząć. Piękna ludowa pieśń, raczej piosenka staje się kołysanką. Pozytywkowe niemal granie klawiszy i reszty instrumentów, pozwala wokalistce pokazać nieco inne walory niż dotąd. Otwarte gardło, szerokie długie dźwięki... Po wokalizach mniej więcej w połowie kawałka bas staje się tym, co jest jego sednem. Tyle razy słyszeliśmy u mistrzów podobnie głębokie granie. Nie wymieniajmy skojarzeń. Wojciech Pulcyn zagarnął kontrabas w tym momencie, przejął na ten moment wszystko. Plumkające piano, uderzenia pałek jak o ranty – jest pięknie, tak właśnie pracowało wspomniane już KJT, nie możemy się mylić tę ascezę podtrzyma wychodzące na przody piano. I melancholia ostatnich wersów tekstu wyśpiewana jak gojący serce po żałobie kadisz. Powiedzmy, że podobne emocje jak w Na smentarzu mieszkać będę w wykonaniu Adama Struga, albo Smutku, Smutku w wersji Teatru Oyfyn Veg. Emocje podobne i ciarki na plecach, nie forma, bo ta jest inna. Inaczej piękna.

Mazur

No jest to jazz-mazzur jak się patrzy. W pianie można się doszukać klasyki, zapewne, zostawmy jednak oczywiste skojarzenia. Kompozycja Olgi Boczar, taki chyba jedyny na krążku utwór, gdzie moc i wirtuozeria mogą się objawić totalnie. Trochę się wręcz ulewa gęstość dźwięków. Klasycznie-jazzowe uderzenia młoteczków piana, transowo pracują rytmiczni, kawałek narasta, a Olga Boczar się rozspiewuje...czekamy na wybuch, jest blisko noise, zwłaszcza gdy gitara niebezpiecznie skręca w kicz fusion, nie przekracza jednak granic... I tak czekamy na wybuch piana w stylu Kuba Kapsa, a jednak Jan Smoczyński idzie swoją drogą około 2 minuty dźwięki piana brzmią absolutnie, pełne, zagrane pełną piersią, po prostu podmuch i ten chrobot się włącza i bas... Tak, tak się gra jazz jakoś dziwnie znajomy, kojarzący się z mistrzami, a jednak zupełnie dzisiejszy. Przy 3 minucie te wrzucone pojedyncze uderzenia perkusisty na przedzie, w takich momentach publika w klubie wyje, bo emocje szarpią od środka. Paweł Dobrowolski dobrze wie, że dobre bębny po prostu są w punkt, tak że prawie ich nie zauważasz, ale jak trzeba, to trzeba wybić je, na moment, więc wybija i wraca do fantastycznej roboty. Powraca czarowanie głosem. Boczar w tej kompozycji pozwala sobie też na sporo warsztatu. Monumentalna końcówka z delikatnym zejściem.

Tęskno mi

No to już chyba coś pisaliśmy o kontrabasie prawda? Pierwsza minuta dokładnie 1,12 to synteza prosto zagranego, paradoksalnie ascetycznego w ilości dźwięków a monumentalnego w brzmieniu kontrabasu. Jasne, jasne, wiemy tu za chwile zabrzmi piano, pytanie Komedą czy Jarrettem? I? I zabrzmiało Smoczyńskim, że głowę urywa. Choć kilka uderzeń wrzucił przed klawiszami Dobrowolski. Znamy przecież tych muzyków, czemu więc na płycie Boczar tak zaskakują? Może po prostu tak jest, może w innych konfiguracjach zobojętnieliśmy na to, że grają mistrzowie. Tekst Olgi Boczar wyśpiewany przez autorkę wchodzi w tematykę, bliską gospel wokalnie jednak nie ma kierunku, który mocno w Polsce wyeksplorowała Ewa Uryga. Jeśli jest w tym duchowość, to nie ma dewocji ani też egzaltacji, którą znamy ze składanek z muzyką uwielbienia.

Matulu moja

Kolejny utwór, po który polskie wokalistki jazzowe sięgały często. Jeśli nie często, to zrobiła to już Augusta, co mogłoby zamknąć sprawę. Bo zrobiła to tak, jak robi większość piosenek – czyli Pięknie. Olga Boczar nie poszła w tę stronę Piękna. Powiedzmy jednak, znalazła swoją stronę Piękna tej pieśni. Magicznej jak Polska, bo prostej jak Polska prawdziwa, Polska: Podkarpacia, Kurpiów, Wielkopolski, Kujaw, Bieszczadów, Beskidów, nie Polski Warszawy (raczej nie Polski Warszawki), generałów, marszałków i pułkowników czy ministrów. Poszła więc wiodąc za sobą, albo przez nich wiedziona, Jana Smoczyńskiego, Andrzeja Gondka, Wojciecha Pulcyna i Pawła Dobrowolskiego. Przedziwnie w tych bezdrożach jazzu, ethno i folka płynie głos, bez jakiegoś zbędnego obrabiania wokoderami. Oj wyjąwszy magiczny początek ten nr jest taki pomiędzy Weather Report Zawinula i Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina. Dokładnie tak, i tu ta mało ograna na płycie gitara sieje sporo, ale nie jest to zamęt. Fusion? Wydawałoby się, że jazz rock w tym ujęciu umarł, a tu - fontanna jazzu hippiesowskiego. Pięknie, radośnie i świeżo. Aż strach ile ten kawałek może trwać na koncertach, a nudno nie jest i żadne zgrane zagrywki "dziadów fusion", no i to tempo... A jednak jest w tym ta polska piękna piosenka i grad dźwięków na koniec z fletem jak San Francisco lat 60.

Piękne wyczucie czasu. Płyta nie może mieć więcej niż 40 minut, by ją przyswoić w całości. Idealna na winyl.

Instrumentaliści? Kiedy trzeba, kipią mocą, nie boją się transu, kiedy trzeba, jest ciszej, wolniej, delikatniej. Motoryka narzucona przede wszystkim rytmem i  idealny trójkąt jazzowych szamanów: piano, bębny, kontrabas - świetnie uzupełnia oszczędnie z zasady i bardzo świadomie gitara. Flet wnosi sporo uroku, nie zmniejsza energii, jest wtedy kiedy jest potrzebny. Elektronika, jest a właściwie jakoby jej nie było i to jest właśnie fantastyczne. 

Pisanie o tym, co gdzieś w domyśle jest sednem płyty, nie jest łatwe. Wokalnie Olga Boczar momentami kojarzy się ze wspomnianymi maestrami. To raczej jednak nie jest kwestia samego śpiewania: warsztatu czy emisji. Rzecz raczej w niekiedy podobnych wyborach repertuarowych. Nie ma tu mowy o żadnej kopii. Młoda wokalistka jest na to zbyt dojrzała. Pięknie balansuje w różnej stylistyce, nie przekracza, żadnych barier smaku. Jest i to szerokie pełną piersią śpiewane, jest też wyliczankowo zrytmizowany wokal i przepiękne bardzo naturalne wokalizy. Olga Boczar mierzy się z repertuarem ikonicznym już na swojej drugiej płycie, nie na klęczkach a z szacunkiem. W kompozycjach własnych pokazuje nieco inną twarz, nie rozbijając jednak formatu płyty.

Płyta idealna? Pewnie nie, bo kilka dźwięków, bo kilka brzmień...

Zatem
Na pewno sporo Absolutnie Pięknych momentów. Kilka interpretacji, re-definicji ludowości wręcz doskonałych. Ciekawe kompozycje Olgi Boczar z naciskiem na Modlitwę i Mazura. Trudno szukać słabszych momentów na krążku. To jest bardzo dobra płyta z naciskiem na bardzo.

Pełna domknięta kompozycja płyty, układ utworów nieprzypadkowy. Dramaturgia i dynamika bez zarzutu. Dojrzała Polska, jazzowa z elementami...Ważna płyta. Oskar Kolberg zapewne by się wzruszył. 

 

OLGA BOCZAR & MUSIC ESSENCE
"Tęskno mi, tęskno”

Dom Wydawniczy For Tune 2018

Olga Boczar – wokal, flet poprzeczny,
Jan Smoczyński – fortepian, akordeon,
Andrzej Gondek – gitara elektryczna,,
Wojciech Pulcyn – kontrabas,
Paweł Dobrowolski – instrumenty perkusyjne.

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

 

 

Tagi: Recenzja For Tune Olga Boczar

Skorzystaj z okazji, by zobaczyć nagradzane i doceniane przez krytyków polskie filmy. Dzięki projektowi „Kultura Dostępna w kinach” w każdy czwartek o godzinie 18:00 bilety kosztują jedyne 10 zł dla każdego.

Happy Olo

Kino Helios
Czwartek 26 kwietnia 2018
godz. 18:00

Narzeczony na niby

Kino Helios
Czwartek 3 maja 2018
godz. 18:00

Atak Paniki

Kino Helios
Czwartek 17 maja 2018
godz. 18:00