• Start
  • Recenzje
  • Koncert pełen Dobra i bez lęku – Stanisława Celińska nie tylko Malinowa
  • Jarek Mixer Mikołajczyk

Koncert pełen Dobra i bez lęku – Stanisława Celińska nie tylko Malinowa

XI Zjazd Gnieźnieński dobiega końca. Dyskusje, warsztaty i inne wydarzenia zjazdowe w tym roku toczyły się pod hasłem "Europa Ludzi Wolnych". O nich i ich znaczeniu oraz wymiarze ekumenicznym pozwolimy sobie napisać w felietonie naczelnego. Wczorajszy koncert Stanisławy Celińskiej był bez wątpienia wydarzeniem pełnym: ciepła, refleksji i Dobra. Proste, miejscami schematyczne melodie Macieja Muraszko pełne uroku przywodziły na myśl najlepsze przeboje polskiej piosenki, skojarzenia i nawiązania nie były jednak nachalne. Wspaniali instrumentaliści towarzyszący Stanisławie Celińskiej byli także siłą tego wydarzenia. To rzecz jasna charyzmatyczna, w swojej naturalności, śpiewająca aktorka i śpiewane przez nią teksty przykuwały uwagę widzów. Zresztą nie tylko śpiew i pogranicze melorecytacji Stanisławy Celińskiej roztaczały klimat spotkania. 

Sposób, w jaki artystka moderowała koncert, dialogowała z publicznością, ale i z muzykami budowały atmosferę ciepła i ludzkiej życzliwości. Tak jakby Celińska lub jak sama o sobie mawia Stasia, chciała pomóc słuchaczom uwolnić od się leku i zagonienia. Co zresztą zdają się potwierdzać jej słowa skierowane do odbiorców. - Myślę, że spędzicie z nami dobry i spokojny czas, że się wyciszycie i zapomnicie o różnych dolegliwościach, problemach, smutkach. W takim celu właśnie stworzyliśmy płytę „Malinowa”, żeby wyjść ludziom naprzeciw, niejako położyć im rękę na ramieniu i powiedzieć: Nie lękajcie się, wszystko będzie dobrze. Tak, właśnie, nie lękajcie się. Wiemy czyje to słowa, a czemu człowiek wciąż tak się wszystkiego boi, od rana do wieczora? Przecież i tak wiadomo, że nie spadnie żaden włos z naszej głowy bez wiedzy tego Kogoś, kto nad tym wszystkim czuwa – przyznała artystka, przywołując słowa Jana Pawła II.

Choć piosenki w żaden sposób nie były jednowymiarowe i trudno by szukać w nich hura optymizmu, można by je aplikować równolegle z długofalowo działającymi antydepresantami typu Mirtor czy Soma. Koncert w żadnej mierze nie miał działać jak pigułka szczęścia np. Seronil. Tu nie chodziło o szybki, krótkotrwały wyrzut serotoniny. Piosenki Stanisławy Celińskiej nie przynoszą błogostanu i bezmyślenia to faktycznie powolne wyzwalanie z lęku. Część z nich gdzieś tam niosła w czasie koncertu wyciszenie, by dopiero w drodze powrotnej do domu dotrzeć ciepłym drżeniem na plecach. Tu jednak ważne było wszystko, bo życie składa się z drobiazgów, szczegóły budują całość. Począwszy od pięknych reflektorów w tle, przez kunszt instrumentalistów i ciepłe wyważone słowa pomiędzy piosenkami. To był niewątpliwie bardzo ludzki koncert, ciepły i pełen szacunku, do publiczności, do współgrających i do siebie. O tym ostatnim szacunku, o którym często zapominamy była między innymi piosenka Słowa. Trudno szukać momentów niezwykłych na tym koncercie, bo to była po prostu pięknie skomponowana całość, harmonia, ciepło i ład. Może przede wszystkim to, co płynęło ze sceny, nie tyle było dobre, ile było Dobrem. Być może w tym tkwiła tajemnica tego wydarzenia, artystka nie wchodzi na scenę, by epatować sobą, ale by się dzielić, by się spotkać. To zresztą sama przyznała prosząc, by fotografowie nie nadużywali aparatów.

Jeśli jednak miałbym szukać tego jednego momentu, który subiektywnie i osobiście mnie poruszył... Ja tu, Ty tam. Wspaniały duet z Kubą Frydrychem (gitarzysta związany z Gnieznem, Ryba And The WitchesPsychodancing). Dużo bardziej ten duet przywodzi na myśl duet idealny, choć niestety niemożliwy, niż duet równie piękny z Piotrem Fronczewskim. Tak, to prawda były momenty, gdy słyszałem w tym obok Stanisławy Celińskiej... Edmunda Fettinga, tak wiem mnie to skojarzenie też przyprawiło o ciarki. Pięknie, cudownie, najpiękniej.

Refleksja i spokój, pogranicze poezji i wspaniałe instrumentarium potrafią nas zatrzymać, wyciszyć. Odbiór sali i fantastyczne przyjęcie koncertu jedynie to potwierdziły. Rzecz ważna, o której już wspomnieliśmy trochę. Profesjonalizm muzyków, czyste, proste, bo piękne lub piękne, bo proste aranże nie pozbawiają sztuki emocji. To tak naprawdę zależy od inspiracji, intencji i woli artysty. Tu intencją było spotkanie człowieka z człowiekiem, opowiedzenie kilku historii, które być może kogoś dotkną, a kogoś nie. Nie bójmy się powtórzenia, to był koncert pełen Dobra i Piękna w tej właśnie słusznej kolejności.

Nie uciekam od oczekiwań, jakie mam wobec Zjazdu Gnieźnieńskiego, jeśli nazwa nawiązuje do tego ottonowego, to szukam konsekwencji tego nawiązania. Wydarzeń na miarę koncertu Monodii Polskiej, na miarę Adama Struga. Zapewne trudno szukać podobnie ważnych w kraju, bo Adam Strug to żywe dziedzictwo narodowe. W wymiarze czysto ludzkim, ale też artystycznym spotkałem się na tegorocznym koncercie z Pięknym Człowiekiem – Stanisławą Celińską. Nie miałbym nic przeciw temu by zaraz po tym wspaniałym koncercie zabrzmiało Officium Jana Garbarka, a może nawet lepiej Behind Your Eyelios – Szymon Nidzworski Project.

Z szacunku dla prośby artystki, nie biegaliśmy z aparatem, zdjęcie użyczył Wojciech Orłowski, który również nie nadużywał aparatu. 

tekst: Jarek Mixer Mikołajczyk

Tagi: Stanisława Celińska XI Zjazd Gnieźnieński