• Start
  • Recenzje
  • "Ele­gan­cja naszej kore­spon­den­cji tonie w tutej­szym błocie". Listo­pad Rze­wu­skiego, bo teatr jest miej­scem teatru, a nie spełnia­nia ocze­kiwań poli­tyczno-społecz­nych. Szkic recen­zencki.
  • Jarek Mikołajczyk

"Ele­gan­cja naszej kore­spon­den­cji tonie w tutej­szym błocie". Listo­pad Rze­wu­skiego, bo teatr jest miej­scem teatru, a nie spełnia­nia ocze­kiwań poli­tyczno-społecz­nych. Szkic recen­zencki.

Sam wybór Listo­pada w maju, trochę irra­cjo­nalny jak tego­roczna pogoda. Rzecz nawet nie w przełożeniu powieści na język dra­matu, czyli lite­ra­tury na język sztuki total­nej. Rze­wu­ski napisał kobyłę gigan­tycz­nych roz­mia­rów, którą nie tyle ujeździć trudno, co raczej dra­biny strażackiej trzeba by ją osiodłać. Fascy­na­cja tym co zrobił w dobie stanu wojen­nego Mikołaj Gra­bow­ski z tąż kobyłą, to trochę mało…

 

Pyta­nia o potrzebę reali­za­cji tego właśnie tek­stu, pozo­stają zapewne i po obej­rze­niu, nie są już jed­nak tak natrętne jak przed pre­mierą. Rze­wu­ski wpraw­dzie, jest istot­nym przed­sta­wi­cie­lem romansu pol­skiego, trochę nie­po­trzeb­nie zapo­mnia­nym jed­nak jego i widze­nie histo­rii i język zdają się dziś archa­iczne. Na szczęście sam Rze­wu­ski bar­dzo się starał być obiek­tywny uka­zując kon­flikt pomiędzy tra­dy­cjo­na­li­stami, a nazwijmy to oświe­ce­niow­cami.

 

Świat, w któ­rym jak pisze sam Hen­ryk Rze­wu­skisar­mata odma­wiał swój różaniec, a zachod­nik nucił arję z jakiejś opery fran­cu­skiej” jest tu tłem do poka­za­nia oby­cza­jowości okresu ale też fak­tycz­nego dra­matu rodziny. Historię i sytu­ację społeczną, które dopiero w końcowych roz­działach zdają się nabierać zna­cze­nia trak­tuje autor Listo­pada dość swo­bod­nie. Fakty histo­ryczne są raczej kanwą są też w sto­sunku do fabuły podrzędne w przeważającej większości. Właściwie jedy­nie zamach na Sta­nisława Augu­sta Ponia­tow­skiego jest tu moty­wem naj­bliższym prawdy histo­rycz­nej…Dość o tym, bo chyba oce­niać trzeba przed­sta­wie­nie a nie powieść Rze­wu­skiego, któ­remu nie zawsze ta upo­rczywa chęć bycia bez­stron­nym wycho­dzi…

 

Siodłanie kobyły…czyli co zrobiła Magda Kupry­ja­no­wicz?

 

Ogromna pracę wyko­nuje tu Magda Kupry­ja­no­wicz. Autorka sce­na­riu­sza i adap­ta­cji powieści na formę dra­matyczną – zdołała tę Rze­wu­skiego kobyłę osiodłać spraw­nie. Wygląda na to, że bez dra­biny, jakby skłoniła Listo­pad do pochy­le­nia się ku współcze­snemu widzowi. Sam wybór wątków, pewien skrót konieczny, nie tylko dla dania reżyse­rowi mate­riału, na któ­rym będzie mógł pra­cować, ale też dla per­cep­cji widza, wpro­wa­dził tempo, choć nie mamy tu galo­pady zachował też dość spe­cy­ficzny humor i ironię Rze­wu­skiego. Par­tie dyna­miczne zdają się zabawne i czy­telne bez pro­blemu, zacho­wując pewne nie­zwy­kle trafne zda­nia, które zda­rzyły się boha­te­rom dość często. Tak naprawdę możemy tu mówić nie o tłuma­cze­niu powieści na dra­mat a o w pełni żywym przekładzie. To jed­nak spora różnica. Bar­dzo dobra robota.

 

Nie utopić romansu…czyli myk, co go zrobił reżyser…

 

Zapew­niam, że ten sub­tytuł nie jest zemstą na Gieldonie za jego Pannę Julie i za uto­pie­nie przez Fredrę nie tylko sceny, ale i Strind­berga, choć tak mimo­wol­nie się to sko­ja­rze­nie nasuwa. Prze­pra­szam. Lać wodę na sce­nie też trzeba umieć.

 

Bez roz­c­kli­wia­nia się i far­ma­zo­nów. Dobrze, jest gdy reżyser leje wodę jedy­nie do wanny, jeśli ta konieczna jest na sce­nie, a nie do swo­jej kon­cep­cji. No ale jak się ma kon­cepcję i się jej broni i przed akto­rami i przed ten­den­cjami to się robi to tak właśnie jak Tomasz Węgorzew­ski. Solidna wizja, może za bar­dzo pla­styczna, za bar­dzo dra­matyczna też, w sen­sie dra­matu jako odrębnego i nadrzędnego rodzaju sztuk…

 

Nie dla mnie...

 

Nie wie­dzieć czemu, często uznaje się przed­sta­wie­nie jedy­nie jako sługę tek­stu i lite­rackości. Pro­por­cje to kwe­stia smaku, być może w pro­stej linii dra­mat jako gatu­nek wynika z tek­stu, tekst jest jed­nak jedy­nie składową przed­sta­wie­nia. Nawet jeśli momen­tami ten humor, satyrę i zabawę słowem spółki Rze­wu­ski – Kupry­ja­no­wicz, Węgorzew­ski nieco gubi, to jest to działanie po sto­kroć świa­dome lub na takie wygląda. Można rzec reżyser myśli teatrem i jego językiem, co para­dok­sal­nie nie jest dziś tak powszechne.

 

To cho­lerne zaufa­nie do widza, dziś tak ryzy­kowne, sta­wia Węgorzew­skiego z Listo­padem bar­dzo mocno wśród młodych reżyse­rów. Wydawać by się mogło, że świa­domość totalności teatru to oczy­wi­sta oczy­wi­stość jaką reżyser powi­nien mieć w sobie…Tak jed­nak często nie jest. Zostawmy jed­nak kaza­nie dla nie­obec­nych…

 

Akto­rzy popro­wa­dzeni jak po sznurku. To widać, jak reżyser wie jak chce kre­ować postaci. For­mal­nie pach­nie to sta­rym Kra­ko­wem, no dobrze nie sza­fujmy Swi­nar­skim czy Trelą…choć nie była by to pro­fa­na­cja, jedy­nie co do długości spektaklu też po kra­kow­sku, pra­wie jak u Lupy.

 

Jeśli nawet fak­tycz­nie jest ciut długa pierw­sza część, może nie do końca tempo (takie pra­wie slow motion) dia­logu braci Michała (Maciej Hązła) i Ludwika (Karol Kubisiewicz) wytrzy­muje każdy widz. To jed­nak pewien brak pośpie­chu zwłasz­cza w sce­nie salo­no­wej dru­giej części jest siłą tego przed­sta­wie­nia. Pewien - monu­ment asce­tyczny, choć to oksy­mo­ron, pod­bity ogromną deko­racją… (trochę to pro­nasz­kowe to słońce z drewna, jeśli w ogóle słońce…).

 

Wróćmy jed­nak do myku, nie cho­dzi tu zresztą o wodę. Sięgnięcie po Listo­pad groziło Klątwą, takim obró­ce­niem tego co napisał lider Kote­rii Peters­bur­skiej na płasz­czyznę PiS – PO, tak mówiąc wprost, albo jakimiś właśnie akcen­tami ana­logi odwró­co­nej sytu­acji…Tomasz Węgorzew­ski bar­dziej kon­se­kwent­nie, niż sam Rze­wu­ski obronił się przed stron­ni­czością i przed czymś co Robert Bry­lew­ski nazywa nachal­stwem arty­stycz­nym. Reżyser pokazał dra­mat jaki w Arahji ujął Kazik Sta­szew­ski pisząc „mój dom murem podzie­lony”, dra­mat rodziny Strawińskich.

 

Nie­spra­wie­dliwość – spra­wie­dli­wego ojca jak go nazywa Rze­wu­ski, miłość braci do jed­nej kobiety a w tle, które wcale nie jest nieistotne zamach na króla Sta­sia i mur roz­dzie­rający rodzinę pomiędzy sar­ma­tów i zachod­ników…

 

Nie ma w tej sztuce strze­la­nia słowem bez namysłu, jest za to kilku akto­rów sta­rej dobrej szkoły Kul­tury Żywego Słowa, grają nie wiele, mówią oszczędnie ale za to jak mówią: Roland Nowak (Radziwił), Bog­dan Ferenc, Kata­rzyna Kali­now­ska ale też Woj­ciech Sie­dlecki…dobrze i momen­tami lepiej powie­dziane. Na kon­traście ustawił reżyser Zosię – Micha­linę Rodak, emo­cjo­nalną zwłasz­cza w pierw­szej części, Woj­ciech Kali­now­ski, niewiel­kie pole eks­pre­sji zwłasz­cza rucho­wej, a jed­nak ojciec Strawińskich ma tę ładnie roze­dr­ganą energię…

 

Pewien bli­ski zna­jomy reżyser powie­dział mi kiedyś, nie chcesz mieć wro­gów wśród reżyse­rów? Nie kwe­stio­nuj decy­zji co do obsady, naj­le­piej pomiń tę sferę. Resztę każdy mądry reżyser wyba­czy.

 

Kon­trast największy co jasne między braćmi. Michał i Ludwik tu nie tylko różnice cha­rak­te­ro­lo­giczne postaci dobrze zakreślił reżyser, to wszak ten właśnie obraz, który Rze­wu­ski spro­wa­dził do słów: „sar­mata odma­wiał swój różaniec, a zachod­nik nucił arję z jakiejś opery fran­cu­skiej. Dra­mat zupełnie róż­nych od sie­bie braci. W tej kwe­stii widać, że Węgorzew­ski wsłuchał się w inten­cje Rze­wu­skiego. Autor Listo­pada już w tek­ście nie chwy­tał się taniego róż­ni­co­wana przez łama­nie akcentu. Tego też widz nie dostaje.

 

Spora ufność reży­sera w to, że do teatru przy­cho­dzi widz teatralny, a nie kaba­re­towo-jar­marczny, przy­nio­sła efekt, zwłasz­cza na pre­mie­rze, dało się odczuć rezo­nans pomię­dzy sceną a publiką. Dzień póź­niej, nie­stety czuło się tro­chę słowa wypo­wia­dane przez Ludwika: ele­gan­cja naszej kore­spon­den­cji tonie w tutej­szym bło­cie... Nie czu­jemy się jak na Shit Comie czy Stand Upie – nie po to tu przy­szli­śmy.

 

Przede wszyst­kim reży­ser zro­bił teatr, nawet ele­menty teatru w teatrze (próba snu), nie są jakimś tanim pusz­cza­niem oczka do publiki. Inny nieco kon­trast znaj­du­jemy w prze­kon­cer­to­wej grze w obu rolach Joanny Żuraw­skiej. Nieco neu­ro­tyczny, a raczej neu­ro­tyczna jako Sta­ni­sław August Ponia­tow­ski. Piękna matka braci, nie­zwy­kła gospo­dyni… O zabiegu z śpie­wa­nym inter­lu­dium – komen­tarzem jaki wyko­nała Maria Mag­da­lena Kozłow­ska nie wypada nawet pisać. Żaden komen­tarz nic tu nie odda, kto nie był nie będzie wie­dział.

 

Reży­ser też jeśli mowa o kadro­wych pocią­gnię­ciach zatrud­nił dokład­nie takich sce­no­grafów i muzyka by osią­gnąć nie­zwy­kłą spój­ność kon­cep­cji. No i reży­ser świa­teł – wszystko w punkt.

 

Obrazy uni­wer­salne – sce­no­grafia i kostiumy, bez fał­szu

 

Sce­no­grafia pro­sta choć z monu­men­tal­nym ele­men­tem, bez patosu. Kostiumy raczej sym­bo­liczne, genialne czapy szlachty litew­skiej w sce­nie przed polo­wa­niem. Może tro­chę dziwny kon­trast mię­dzy swe­ter­kiem Ludwika i kufajką Michała…niu­ans. Uni­wer­salne szcze­góły, kostiu­mów i rekwi­zy­tów…Spójna gra grupą akto­rów, zwłasz­cza w salo­nie – rewe­la­cyjne współdzia­ła­nie na linii sce­no­grafowie - świa­tło­wiec - reży­ser…Wręcz epic­kie, malar­skie kadry roman­tyczne. Marta Kuliga i Dorota Naw­rot – respekt. Piękna robota, dobra pol­ska szkoła sce­no­grafii…Świa­tła do jed­nej tysięcz­nej Luxa i Lumena Kata­rzyna Bor­kow­ska – maestra, albo maestrina.

 

Brzmie­nia – bass, barwa i nie tylko

 

Teoniki Roży­nek wysoko posta­wiła wyma­ga­nia dla nagło­śnie­nia w teatrze. Młoda kom­po­zy­torka ponad melo­dię sta­wia barwę, brzmie­nie dźwięku. Pra­cuje sound’em total­nym. Pięk­nie roz­wi­bro­wane momen­tami doły, jesz­cze w Teatrze Fre­dry nie brzmiały tak gęsto i tak soczy­ście. Po raz kolejny słowo spój­ność, Roży­nek kom­po­nu­jąc barwą dźwięku, wbija się nie­mal skle­ja­jąc w struk­turę spek­taklu, sta­pia się.

 

Kiedy wycho­dzisz wiesz, i że muzyka była wspa­niała, ale zapa­mię­tu­jesz nie tylko muzykę, to jest abso­lut muzyki teatral­nej – powie­dział kie­dyś wro­cław­ski sce­no­graf i muzyk free jaz­zowy Marek Tybur. Tak wła­śnie było.

 

Bez drep­ta­nia, pito­le­nia, pod­pó­rek i tri­ków – o asce­zie i emo­cjach, czyli akto­rzy zro­bili co swoje

Aktor­stwo, to rze­mio­sło, trudne, ale rze­mio­słopostu­lo­wała kie­dyś Maria Peszek. Jest w tym sporo cięż­kiej prawdy, nie wystar­czy grać, trzeba mieć jesz­cze umie­jęt­ność. Jeśli mie­li­by­śmy do czy­nie­nia z nadma­rio­ne­tami Gor­dona C. rze­mio­sło było by pew­nie sła­bym okre­śle­niem. W przy­padku Listo­pada jed­nak potrzebne były wła­śnie rze­mio­sło i umie­jęt­no­ści. Trzeba raz jesz­cze przy­znać, że reży­ser świet­nie je roz­po­znał w obsa­dzie. Może nie mamy tu fajer­wer­ków, ale te bar­dzo szybko gasną. Solidna robota w każ­dej pro­fe­sji przy­nosi efekt i zostaje w pamięci. To nie ozna­cza, że nie było momen­tów pięk­nych. Były i ow­szem.

 

Teatr na szczę­ście to nie spor­towe zawody. Wygrać musi cała obsada, nie jakieś żuż­lowe krę­ce­nie się w lewo z jed­nym zwy­cięzcą. Zatem kolej­ność raczej wynika z pamięci piszą­cego niż z kla­sy­fi­ka­cji.

 

Micha­lina Rodak - Zosia, naresz­cie przy­naj­mniej w swo­ich pierw­szych sce­nach, wolna od nieco neu­ro­tycz­nej choć cie­ka­wej maniery. Gra zupeł­nie ina­czej niż przy­zwy­cza­iła, rów­nie dobrze, a może i lepiej. Aktorka tro­chę prze­czy Pesz­ków­nie oprócz tech­niki aktor ma też emo­cje. Bez bebe­chów, efek­tywne aktor­stwo, które jed­nak przy­nosi efekt. Pani Micha­lino to była życiówka? Jeśli to ufamy, że jak na razie i będzie ich wię­cej.

 

Joanna Żuraw­ska – gene­ral­nie pły­nie, wyła­wia humor i pod­bija go. Król Staś prze­cudny no bo jak powie­dzieć, że kobieta jest znie­wie­ściała? W tej dość jed­nak cięż­kiej sztuce to wła­śnie kra­ko­wianka wnosi nie­zno­śną lek­kość bytu, bez banału, bez kaba­re­ciar­stwa. Jeśli więc rację mają lite­ra­tu­ro­znawcy, że powieść Rze­wu­skiego jest Pomie­sza­niem to Żuraw­ska wnio­sła i humor i satyrę ale bez taniego jar­marku…Piękne gra­nie…bra­wu­rowy moment tańca nie­mal jak hisz­pań­ska laleczka z por­ce­lany…Tu wspar­cie dał kostium i ta nie­zwy­kle roz­tań­czona suk­nia…Joanna Żuraw­ska jedna z następ­czyń tak zwa­nej sta­rej szkoły. Nie­zwy­kłe rze­mio­sło, słusz­nie bez żon­glo­wa­nia emo­cjami w tym przy­padku zwłasz­cza Kasz­te­la­no­wej.

 

Maria Mag­da­lena Kozłow­ska – cudowne zde­rze­nie, zwłasz­cza tek­stu śpie­wa­nej nar­ra­cji z prze­czy­stym śpie­wem. Śpie­wem abso­lutnym, czy­stym, moc­nym…pod­bi­tym jedy­nie ope­rową nie­mal fry­zurą, a jed­nak śpie­wem bez kotur­nów. Zja­wi­sko, o któ­rym będzie nie­ba­wem gło­śno…bar­dzo gło­śno. A o cud­nej pie­śni wcze­śniej to naj­le­piej nic nie napi­sać. Abso­lut? NoRa­czej i nie idzie tu jedy­nie o słuch abso­lutny.

 

Maciej HązłaMichał Strawiński brat, który dla tra­dy­cyj­nych war­to­ści bie­rze udział w zama­chu na Króla. W swej nieco zaco­fa­nej, w sen­sie nie oświe­ce­nio­wej posta­wie człek uczciwy…Ma Hązła kilka w isto­cie dobrych momen­tów, przede wszyst­kim w dia­logu z Ojcem. Jeśli nie zawsze zachwyca to raczej po pro­stu nie ma zachwy­cać. Jeśli nie porywa to nie zawo­dzi. Dobre aktor­stwo – nie­ła­twa rola.

 

Karol Kuba­sie­wicz Ludwik Strawiński – naj­dłu­żej prze­ko­nuje na scenie do sie­bie. Być może zamie­rzona, momen­tami nadmierna egzal­ta­cja. Rola jed­nak trudna, w warian­cie zało­żo­nym przez reży­sera niesto­so­wa­nia, skró­tów, kary­ka­tury i cię­cia kar­to­no­wych postaci, chyba nie da się ina­czej. W dru­gim nie­dziel­nym przed­sta­wie­niu dzień po pre­mie­rze, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wia­ry­godny. W dru­giej czę­ści kilka momen­tów pięk­nych. Zwłasz­cza list do Sta­ni­sława Augu­sta Ponia­tow­skiego. Jest emo­cja, dra­mat i czło­wie­czeń­stwo…Prawda teatru jest też w sce­nie w wan­nie…Jest jesz­cze czas, powoli szli­fuje się szla­chetne kamie­nie.

 

Woj­ciech Kali­now­ski w roli kona­ją­cego Ojca, tro­chę ugle­biony w łożu śmierci, ale chyba bar­dziej ugle­bio­nym można być już tylko w grobie. Nie­wiele dostęp­nych środ­ków wyrazu, a wra­że­nie pozo­sta­wia. Odna­lazł tę ener­ge­tycz­ność Kali­now­skiego reży­ser bar­dzo sku­tecz­nie. (w obliczu śmierci wszystko jest absurdem)

 

Radzi­wił czyli Roland Nowak. Wydaje się, że reży­ser sto­czył bój z pewna eks­pan­syw­no­ścią tego aktora. Bój, z któ­rego zwy­cię­sko wyszli obaj. Wspa­niałe sto­no­wane ope­ro­wa­nie sło­wem. Zero bebe­cho­wow­strzą­so­wego naro­do­wego roman­ty­zmu. Bez nadę­cia…pięk­nie, pro­sto, czy­sto. Tak, a nawet 3 x TAK.

 

Woj­ciech Sie­dlecki – ksiądz. Nie ma tu niby wiele do zagra­nia, ale na szczę­ście nie pró­buje zagrać wię­cej niż trzeba. Jest go tyle ile trzeba i jak trzeba. Dość sta­tycz­nie, brak przy­ru­chów, drep­ta­nia, roze­dr­ga­nia, stary dobry teatr.

 

Mar­tyna Rozwa­dow­ska nie ma tu wiele do zagra­nia jest jed­nak tak jak być powinno. Scena salo­nowa…w punkt. Chcia­łoby się by jed­nak tro­chę uwol­nić ją od gra­nia kobiety na rau­szu. Na szczę­ście popro­wa­dzona mniej manie­rycz­nie niż w Kto się boi Vir­gi­nii Woolf (tam maniera była na miej­scu zresztą, zagrała), rzecz w tym, że ta aktorka ma bogat­szy wachlarz środ­ków wyrazu.

 

Kata­rzyna Kali­now­ska w sce­nie salo­no­wej, ale to już pisa­li­śmy zagrane w punkt. Dość sta­tyczna scena, w któ­rej akto­rzy two­rzą raczej zamglony obraz na sofie lub rzeźbę…Ważne dość, kry­tyczne słowa i to o tym, że nikt nie wojuje i nie kocha tak jak Rosja­nie, bez brudu, czy­sto. Tak się jest mistrzem dru­giego planu. Scena próby snu ina­czej zagrana bo inne zada­nie.

 

Iwona SapaStara Zofia, nie łatwe zbi­cie z Zosią. Ból, wcale nie jest łatwy do zagra­nia. Został zagrany dobrze.

 

Jan Niem­czyk – szcze­gól­nie dobrze w sce­nie salo­no­wej, pląsy ale i nie tylko. W pierw­szej czę­ści wię­cej mło­dego aktora, ale też w sce­nach tłocz­nych. Co miało zostać zagrane zostało i jako Jan i jako książę Wara­gin,

 

Bog­dan Ferenc – mało go, ale kiedy podaje tekst, to jest ten potężny apa­rat gło­sowy. Ład­nie w sce­nie próby.

 

Leszek Woj­ta­szak – nie­zbyt ruchliwa rola, cza­sem jed­nak sie­dzieć bez ruchu trudno. Jest i tyle się od niego wymaga. Archi­mi­musCham skrajne zada­nia emo­cjo­nalne.

Teatr reży­serski, zre­ali­zo­wany bar­dzo dobrze.

 

To był bar­dzo dobry spek­takl. Miej­scami zna­ko­mity. Wol­ność odczy­tów, jaką pozo­sta­wia reży­ser, nie upra­wia­jąc pro­pa­gandy, poka­zuje dra­mat rodzinny, jako praw­dziwy prze­jaw dra­matu narodu, nie wyświech­taw­szy przy tym tego co dla wielu bywa śmier­tel­nie ważne, dla innych zabój­czo śmieszne. Widz sobie swoją pieśń dośpiewa. Widz Węgo­rzew­skiego nie jest idiotą. Cza­sem może z przy­zwy­cza­je­nia mało wie­rzy w prawo wła­snego odczytu, przy­zwy­cza­jony, że za wszyst­kim stoi mani­pu­la­cja…

 

Potrzeba tak roz­waż­nego, co nie zna­czy zacho­waw­czego teatru.

 

Spek­takl, w któ­rym jest teatr, jest zabawa kon­wen­cją jest też naresz­cie bez­ruch, cisza, która gra jak nie­gra­jąca trąbka Milesa Davisa, tak zapo­mniane dziś środki teatralne. Nie­do­po­wie­dze­nie, mil­cze­nie…bez­ruch, dzia­ła­nie obra­zem uło­żo­nym z akto­rów…

 

Czy jest to spek­takl więc dosko­nały? Jesz­cze chyba nie. Jesz­cze…to zna­czy ogra­nie, wię­cej zabawy w momen­tach zabawy i bar­dzo to moż­liwe. Jest to na pewno spek­takl dosko­nale spójny, wszel­kie skła­dowe zle­wają się w całość, nie spo­sób tak naprawdę odry­wać ele­menty…

 

Surrealizm, miesza się z romantyzmem tworząc romans histeryczny...No bo jak zestawić teatr absurdu sceny leczenia króla, z kosmicznym śpiewem, czy ascetyczną grą obrazem, snem...Ano tak zestawić jak to zrobił Węgorzewski.

 

"...Taki był koniec obu braci Strawińskich..."

 

Teatr im. Alek­san­dra Fre­dry za 10 może 15 lat będzie pisał w swo­ich kro­ni­kach Tomasz Węgo­rzew­ski u nas wysta­wiał.

 

Wprawdzie po dłuższym zastanowieniu ale wstałem do owacji...

PS. No tak ale nic tu nie napisano o historii, niewiele o fabule o tropach kulturowych, o kluczach i o tym co artysta chciał przez to powiedzieć. Historię trochę sam Rzewuski traktuje lekko, takie historical fiction, bo ten romans to trochę dramat obyczajowy...Fabuła? Recenzji nawet w formie szkicu warto nie mylić ze streszczeniem, czy analizą literacką. Klucze są zmorą maturzystów, zostawmy im co ich jest. Artysta chciał, co zaznaczył, by widz sam sobie powiedział co widział w wolności...A artysta - reżyser powiedział pięknym teatrem i to jest istotą recenzji...

 

moim zdaniem

 

Wychodząc z oglądania drugiego usłyszałem - i jestem ciekawa, co pan napisze - powiedziała sympatyczna pani. - Na razie sam jestem ciekaw - odpowiedziałem szczerze. Ktoś inny ponaglał z pisaniem recenzji - może się dowiem czego nie zrozumiałem - powiedział pewien kulturoznawca. - Przepraszam nie interesuje mnie rozumienie sztuki, co zrozumiałem, czego nie załapałem...to moje. Na prawdę mnie interesuje bardziej ile teatru jest w teatrze. Rzecz jasna przeczytałem Listopad, choć dziś pewnie bym to sobie odpuścił...historia prawdziwego Strawińskiego też jeszcze z lekcji historii jest mi znana...Czy to ma znaczenie? A teatru w tym teatrze było sporo...Najwięcej.

 

A i jeszcze jedno. Czasem warto w teatrze zaufać sobie, jak coś jest śmieszne, można się zaśmiać. Jeśli żart jest subtelny, można się zaśmiać sublelnie...I nie będę analizował, dlaczego na premierze ludzie się śmiali. Nie wmówicie mi, że to ci przyjezdni hipsterzy krakowsko-warszawscy...Nie wiem, czemu w niedzielę jakoś tak nieśmiało było na widowni.

 

Tego co nagrałem na dyktafon, znaczy końcowej pieśni, rzecz jasna nigdzie nie upublicznię.

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

zdj. Dawid Stube www.fotostube.pl