• Jarek Mikołajczyk

BIG UP! - Dusza /recenzja +/

Pierwsza myśl tnie głowę jak brzytwa i nie ma się co zgrywać celnie tnie jak brzytwa Ockhmana: dlaczego do cholery dopiero teraz? Odpowiedzi są pewnie oczywiste i wiążą się z ekonomią, choć niekoniecznie z ekonomią myślenia.

 

Reggae po swojej trzeciej fali na 30 lecie w Polsce delikatnie regres zalicza. Gwiazdka Kamila Bednarka przygasła, lokomotywy pierwszej fali: Izrael, Bakshish, nadal cisną trójkolorowe nuty trudno ich jednak szukać w radiowych zestawieniach, coś tam gdzieś tam Maleo, który wydał najlepszą swoja płytę Wake Up, ale za ciosem nie poszło...Daab od odejścia Strojnowego daleko, daleko od korzeni... Nawet Dubska czy Vavamuffin nie elektryzują pełnych sal, mezalians reggae z rapem też ucichł...Jafia nagrała równie niedawno genialną płytę i...i nic... Jest jeszcze Ares, którego środowisko jakoś nie kupiło, choć album Soul miażdży brzmieniem... Zostawmy, nie ma złego co by na dobre nie wyszło, było w tym polskim reggae trzeciej fali sporo zamulania, a i część nieco starszych bandów przymulała jak Kaczmarski... Dobra był jeszcze Natural Mystic Akustycznie nienudne, niebanalne i ...niedocenione...Zresztą, choć BIG UP akustyczne nie gra, gdzieś wokal Jagody blisko Gabi Mistick.

 

Do ciężkiej kurtyzany! Ten krążek powinien popłynąć zaraz po wygraniu Ostróda Reggae Festival 2013 roku. Pociągnąłby zespół. Teraz jest niestety pięknym rzutem na taśmę, trochę jednak już po zawodach. To nie Big Up jest tu jednak największym przegranym, to chyba materiał na felieton o moim mieście, które jest również miastem części Big Up!... i miastem ignorancji...*

 

Zatem do rzeczy

Rise Up kawałek na otwarcie płyty. Dużo gitary z delikatnym pogłosem, klasycznie reggae'owe klawisze, puls riddimu rootsowy, trochę zbyt czysty, ale energii kawałek nie traci. Ciepłe wejście w płytę. Świetnie współbrzmi wokal Jagody z instrumentami. Dopracowane aranże – tak chyba na całej płycie.

 

Tam Tam po polsku i dobrze. Śpiew Jagody nadal w delikatnie infantylnej manierze. Słychać, że to zamierzona forma. Wysoko i delikatnie miękko... Dobrze. Riddim pulsuje zgodnie z obietnicą z tym, jak określają sami swoją muzykę jest roots. Może nie rasta, a raczej na pewno nie rasta roots reggae, ale korzeń jest. W warstwie tekstowej pojawiają się słowa klucze dla braci reggaeowej. Jest dusza, (ta jest też w tytule płyty) jest też Babilon.

 

Kiedyś przyjdzie ten dzień
moja dusza pójdzie tam, gdzie chce
moja dusza pójdzie tam, gdzie chce
moja dusza pójdzie tam, gdzie chce
bo
tylko tam nie dotyka mnie obłuda...

Tylko tam nie dotyka mnie Babilonu kraj... (kat?)

 

Gitara prowadząca dość archaicznie trochę jak w muzyce rockowej lat 80., za to czysto i perfekcyjnie – cały Szymon Kasprzak. Numer lekki, ale nie o niczym.

 

Smile, muzycznie dość blisko sunshine reggae, na szczęście blisko to nie znaczy tak samo. Piękny aranż, bardzo dobry master, świetnie wyciągnięte proporcje. Gitary nadal blisko rocka i to progresywnego, jednak bardziej rozbudowane. Bardzo dobra praca rytmicznych, a przecież obok specyficznej gitary to puls jest mocą reggae. Jagoda konsekwentnie śpiewa jakby głosikiem, a jednak to głos, i dobrze słychać, że jest w nim spory zapas. Taki to kawałek tęskny, choć pogodny i uśmiewchniety: give me my love...

 

Pytania, kolejny polski tekst, płynie zatopiony w pulsującym pozytywnym vibe. Strice reggaowe granie przecina delikatnie raz po raz solo gitary. Kilka mocniejszych momentów ze strony rytmicznych... Jagoda snuje właściwie opowieść opartą na dylematach... Nie są to być może dylematy na miarę śmierci i życia, bardziej filozofowanie niż filozofia... To jednak taki nieco refleksyjny kawałek. Nie ma tu walki o lepszy świat... Jest kilka pytań o człowieczeństwo...

 

Zapominamy, ile warty jest nas czas
zapominamy,
że goni nas , czas, czas, czas

Pytamy, błądzimy, omijając odpowiedzi las
A może odpowiedź, jest w każdym z nas.
..

Dobry kawałek, na niebezmyślny chillout.

 

By My Side, wstęp rodzi pytanie Collage czy Abraxas? Nieodparte wrażenie, że to Mirek Gil albo Szymon Brzeziński chwycili gitarę. Zdecydowanie po kolejnych dźwiękach wrażenie, że za moment usłyszymy: Baśnie, baśnie opowiadam Wam... Pięknie trochę nie-rootsowo zaczyna się to piąte uderzenie na płycie. A jednak u mojego boku przynosi mocny puls. Nareszcie Chudy na basie brzmi głęboko. Tutaj też nareszcie bębny nie tylko mocą, ale właśnie przestrzenią zaczynają bujać jak wiecznie rozpędzający się walec. Jagoda pozwala sobie nieco zakręcać w stronę jazzowych zaśpiewów.

 

Going Your Way, lekka gra gitara prowadząca, bardzo na wierzchu, zabawnie równie lekko wokal czaruje, trochę uwodzi. Riddim kołysze. Fajne akcety sekcji rytmicznej.

 

Wojna, tekstowo zaangażowany protest song, taki smaczek na płycie dla wojowników Rasta Roots, mimo tego, ta opowieść mocna tekstowo zbudowana jest na kontraście positive vibes. Instrumentaliści płyną bez większych emocjonalnych zrywów. Przesunięcie gitary i delikatne tłumienie strun – klasyka reggae. W tym kawałku ładnie wyciągnięte klawisze równoważą się z gitarą solową.

 

Watch Out wokalnie dzieje się tu gospel reggae. Mniej matowo niż TASHAI HOUSTON, płynie głosem Jagoda. Energia zbliżona do Carlene Davis, barwa rzecz jasna inna, jest jednak moc. Aranż mniej Praise rhe Lord, ale jest Jah Love...wspaniały kawałek, kiedy śmigasz rowerem tak 25 km/h gdzieś leśnym duktem, gdy ciepło i moc stworzenia staje się tłem...

 

Dusza nareszcie połamane tempa, nie ska, ale rwie do radosnego tańca. Zwolnienia jedynie podbijają dynamikę i pozwalają Jagodzie pociągnąć dźwięk. Prosty tekst, galop muzyczny – niezwykle energetyczny kawałek, ponownie trochę progresywne pogłosy gitary, ale i kilka fajnych miejsc klawiszy. Bardzo dobrze zbudowane ramy kawałka przez bas i bębny. Taki kawałek w sam raz na singla.

 

Feeting moments, e no już ktoś kiedyś zapodał, że ulotne chwile są jak motyle. Bo mocnych uderzeniach na wejściu, kilka sekund, na szczęście może z 7, że sprawdzam, czy mi aby ktoś nie podnienił w discmanie płyty na jakiś Daab albo gorzej Sędzia Dred/Demono – reggae dancing squad... Uf szybko wchodzi wokal. Jakoś tak Jagoda w tym średnio ciekawym kawałku śpiewa bardzo frapująco. Dobrego też wnosi tu sporo klawisz.

 

Ganja Man ten kawałek co jasne daje radę koncertowo. W studiu chyba trochę zmulił. Nie czaruje, może to też kwestia, że jedenasty kawałek ma prawo nużyć... Prawo ma, ale czy musi? Czuje się gdzieś pod skórą moc tego kawałka, a jednak tak jakby, ktoś wyłączył ładowanie. Gitara rzuca się na uszy dziwnych, może i ciekawym solo...ale ten walec się nie rozpędził.

 

Do Do Samething. Dobry kawałek na zamknięcie płyty. Są delikatne zdubowania klawiszy, może przydałyby się na wokalu. Jest też ten power, o jaki chodzi w reggae by nie stało się tym, czym Daab po odejściu Struny**. Nawet jeśli solo gitary (koło 40 sekundy) trochę wprost zahacza o polskiego mainstrimowego rocka lat 80. brrrr... Szymon na szczęście nie przekracza granic słuchalności, a dalej jest ciekawie. Dobre chórki...przydałoby się ich więcej. Puls w punkt. Wokal na miejscu. Siada ten ostatni.

 

BIG UP! wydało tę płytę trochę za późno. Dwa lata temu poszłaby w ludzi jak woda. Zostawmy jednak i czas i ludzi.

 

To naprawdę solidna reggae płyta. Aranże zawodowe. Instrumentaliści pełna profeska. Wokal Jagody trochę na boku, niby z innej bajki a wkleja się w muzykę i wkręca się w głowę słuchacza. Rytmiczni bez zarzutu, bas i bębny jak w zegarku. Pięknie przesunięta zgodnie z canonem reggae gitara rytmiczna - 100 % reggae w tej gitarze. Gitara solowa, niesztampowo najciekawiej gdy trochę jakby z progresywnego rocka...dobrze zagrana, są jednak momenty, gdy chciałoby się krzyknąć mniej gitary na przodach! (rzecz raczej w proporcjach).

 

Mimo tego płyta się klei, płynie, a reggae płynąć musi, inaczej jest Eddy Grant. Fakt bywają momenty zbyt słoneczne, zbyt czyste, a i na Jamajce też zdarzają się  chmury. Bez koleżeńskiego owijania w bibułę: To jest dobra płyta. To jest bardzo dobry debiut. Brzmienia wykręcone bardzo ładnie. Ale?

 

Po pierwsze czy musi być ale?

Po drugie...Odrobina chropawości, brudu, jak patyna nadała by Duszy sznyt i wojowniczą szlachetność. Więcej Izraela czy Bakshisa mniej Daabu, a może trochę Dub...

Kocham reggae, jednak wśród polskiego dzisiejszego reggae większość płyt nie wraca ponownie do mojego discmana. Ok Vavamuffin, Junior Stress, Jafia, Maleo RR (ostatnia), Izrael (Dża Ludzie), Dubska...Natural Mistic Akustycznie i Ares i Sedativa...Teraz też Dusza Big Up!

 

Polecam płytę zwłaszcza fanom rowerów. W słoneczny dzień wspaniale z BIG UP! w uszach się kręci.

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

*Uwagi przed recenzją, raczej prowincjonalne niż globalne

** Ława jak cię szanuję - wybacz Bro, dla mnie po odejściu Struny - Piotra Strojnowskiego to wszystko w Daab szło już w stronę, której nie szukam w reggae.

 

BIG UP - DUSZA

WYDAWCA - LOU & ROCKET BOYS

ROK WYDANIA - 2017

REALIZACJA - ESCAPE STUDIO/Jacek Rychły

MIX I MASTERING - Łukasz Kaczmarek