• Start
  • Recenzje
  • Śpiewać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej...Boska Florence
  • Jarek Mikołajczyk

Śpiewać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej...Boska Florence

... Ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi!
Zdawać by się mogło, że dokładnie takie hasło przyświecało Florence Jenkins gdy wchodziła na scenę, lub ćwiczyła w domu wraz ze swym pianistą. W myśl powyższej zasady, Boska Florence zupełnie nie przejmowała się tym, że do drugiej Marii Callas jej daleko. Mało tego, nawet nie była tego świadoma. Koniec końców – śpiewać każdy może, nie?


Zadajmy sobie jednak pytanie, czy białe kłamstwo zawsze jest tak szlachetne, jak się wydaje. Tak samo wydawać by się mogło, że „Boska Florence” to niesamowicie ciepły i zabawny film, który pod maską zabawy i radości skrywa wiele smutku.

 

Oglądając film Frearsa, można łatwo dojść do wniosku, że jego atmosferę kreuje przede wszystkim główna bohaterka, brylująca na srebrnym ekranie jak najprawdziwsza gwiazda. Rewelacyjna Meryl Streep – która notabene w życiu prywatnym może pochwalić się wspaniałym głosem, co można było usłyszeć np. w „Mamma Mii” – niejednokrotnie zaskakuje na ekranie. Dzięki niej Florence zdaje się błyszczeć równie mocno jak jej estradowe kreacje. Nie trzeba chyba specjalnie dodawać, że widz śmieje się przy tym do łez.

Nie zapominajmy jednak o wiernych towarzyszach naszej śpiewaczki – mężu St Clairu i pianiście Cosmé. Zbrodnią byłoby pominięcie Hugh Granta (który ponoć jest jak wino, choć wciąż trudno nie uronić łezki wzruszenia na wspomnienie „Notting Hill”) i Simona Helberga, tak charakterystycznego dzięki kultowej „Teorii wielkiego podrywu”.
Obaj panowie nie dają się wyeliminować Florence i – chociaż na ekranie jest ich mniej, niż głównej bohaterki – zdecydowanie tworzą wraz z nią nierozerwalne trio.

Trzeba przyznać, że Stephen Frears i Nicholas Martin stworzyli naprawdę dobrze przemyślaną i dobrze poprowadzoną filmową historię. Tutaj wszystko toczy się swoim tempem, nie sposób jednak na projekcji przysnąć ani zgubić się w połowie. Są nawet zwroty akcji, ale może pomińmy zbędne plot twisty i skupmy się tym razem na scenografii.


Oczywiście jak to zwykle bywa, scenografia jest wspaniała. Można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że w niektórych ujęciach jest niezłą ucztą dla oczu, zwłaszcza gdy w grę wchodzą apartamenty Florence albo wnętrze Carnegie Hall. Na uwagę zasługują także stroje czołówki głównych bohaterów, przede wszystkim naszej gwiazdy.

Koniec końców czego by nie powiedzieć o śpiewaniu Florence Jenkins – nie można tego samego powtórzyć o tej produkcji.
Co ciekawe „Boska Florence” to nie jedyny obraz tego kalibru. Warto także przyjrzeć się „Niesamowitej Marguerite” – nie brzmi czasem podobnie?

 

Aleksandra Kondela