• Start
  • Recenzje
  • 7 days. Jest pysznie? recenzja filmu Rings reż. F. Javier Gutiérrez
  • Jarek Mikołajczyk

7 days. Jest pysznie? recenzja filmu Rings reż. F. Javier Gutiérrez

Jakby ktoś nie złapał aluzji to chodzi o reklamę takiego popularnego ciastka. Śmieszne, nie? Nie? Ok, to przejdźmy do konkretów.
Pamiętam, że kiedy byłam trochę mniejsza, postanowiłyśmy z koleżankami obejrzeć „Straszny Film 3”, ot tak dla hecy. I wiecie co? Przestraszył mnie bardziej, aniżeli kontynuacja oryginalnej serii.

Generalnie rzecz polega na pociągnięciu historii opowiedzianej we wcześniejszych częściach sagi – jest taka sobie kaseta, trzeba ją obejrzeć, później dzwoni telefon no i słyszy się to osławione „7 days”. Na tym zabawa się kończy i zostaje blade przerażenie. Przynajmniej w teorii.
Bohaterką tej odsłony jest Julia. Julia ma chłopaka, Holta. Holt wyjeżdża na studia. Julia za nim tęskni. Holt zaczyna się dziwnie zachowywać. Julie to niepokoi, ale w końcu rasowym wejściem smoka do akcji wkracza inna dziewczyna i Julia zaczyna się denerwować nie na żarty. Rzuca więc wszystko i pędzi w środku nocy na uniwerek ukochanego. Oczywiście nikt się nie spodziewał, że Holt wplątał się w swego rodzaju eksperyment związany z ową kasetą, panienka z okienka jest jego koleżanką w opałach, bo kończy się jej czas a Julia postanawia ratować sytuację – taki plot twist. W tym przypadku ratowanie sytuacji oznacza mniej więcej tyle co skopiowanie filmu i pokazanie go kolejnej osobie, która – jeśli chce się uratować – powinna powtórzyć cały zabieg.

 

Cóż za komedia pomyłek. W zasadzie pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy są dziury fabularne, które ciężko jakkolwiek zapełnić. To znaczy twórcy się starali, ale coś im nie wyszło. Biedni bohaterowie starają się jak mogą, ale ich wysiłki w gruncie rzeczy spełzają na niczym, bo tym razem to jednak wina scenariusza. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby twórcy tej części nie zapoznali się bliżej z poprzednimi. A jeśli już to po łebkach, bo na dobrą sprawę pierwsza była naprawdę w porządku.

Skoro już jesteśmy przy aktorstwie – nie jest źle. Tytułowa Julia (Matilda Anna Ingrid Lutz) wypada całkiem przekonująco. Nawet nie odczuwa się tak bardzo syndromu „głupiej lali”, jaki posiada większość bohaterek horrorów. Szczerze powiedziawszy, Julia na ich tle wygląda bardzo pozytywnie. Podobnie rzecz się ma z Alexem Roe, któremu w udziale przypadła rola Holta. Tworzą razem całkiem uroczą parę, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, kiedy akcja się rozkręca i oboje stają się bardziej wiarygodni. Warto też zwrócić uwagę na postać Profesora, który skutecznie dodał historii pikanterii.

 

Na plus działa ten słynny dreszczyk emocji, który twórcom udało się (jakimś cudem) wyhodować. Bądź co bądź jest to raczej jego zubożała wersja, ale zdarzają się momenty, które trzymają w umiarkowanym napięciu. Jump scare nie działa jednak tak dobrze, bo praktycznie żaden z nich nie powoduje zawału ani nawet stanu przedzawałowego. Ba, od czasu do czasu zdarza się nawet salwa śmiechu.

Praca kamery jest bez zarzutu, czasem nawet przyczynia się do spotęgowania napięcia. Plusik należy się za scenografię, bo potrafi od raz po raz wrażenie – zwłaszcza, gdy akcja przenosi się w inne miejsce niż to początkowe.

 

Czego by o tym filmie nie powiedzieć, to i tak wychodzi na to, że szału nie ma. Źle do kwadratu też nie jest, ale mimo wszystko najnowszy film Ringd - Gutierreza nie ma co kandydować do miana klasyku gatunku. Może ewentualnie jako komedia, bo jest się z czego pośmiać. Na pocieszenie za to mogę powiedzieć, że kończy się właściwie się nie kończąc, więc prawdopodobnie czeka nas kolejna część. Cóż, będzie z czego boki zrywać.

 

Aleksandra Kondela