• Start
  • Recenzje
  • „Miłość... to nie pluszowy miś...” recenzja Zjednoczonych Stanów Miłości
  • Jarek Mikołajczyk

„Miłość... to nie pluszowy miś...” recenzja Zjednoczonych Stanów Miłości

... Ani kwiaty. To też nie diabeł rogaty.” Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. Wszystkiemu wierzy i wszystko przetrzyma, choć trudniejsza jest niż to, o czym można usłyszeć na niedzielnym kazaniu. Bywa różowa, jak różowe lata siedemdziesiąte. Ciężka do zniesienia jak ból, który za sobą ciągnie.


Nie odkryliśmy Ameryki. To tylko „Zjednoczone Stany Miłości”.

Tylko, a może aż? Czego spodziewać się po reżyserskim powrocie do lat 90.; szarości pudrowanej zachodem, wciąż pamiętającej echo poprzedniej epoki, do VHSu i klatek z betonu?

Nasz komitet powitalny stanowią cztery kobiety – Agata, matka, żona i pracownica wypożyczalni kaset. Izabela, kobieta sukcesu, dyrektorka szkoły. Renata; pedagog u schyłku kariery. Marzena. Młoda, piękna, z marzeniami i perspektywami.


Zdejmijmy buty i rozgośćmy się w ich życiu uważnie słuchając i wypatrując.

Odrzucenie takiego zaproszenia byłoby niegrzeczne, bo odtrącenie filmu epatującego tak magnetycznym klimatem mogłoby być grzechem, który męczyłby długo sumienie każdego kinomana. Co najlepsze, dzieło Wasilewskiego chyba nie jest świadome swej specyficznej aury. Czyja to zasługa? Najpewniej samego reżysera, który jest mistrzem w delikatnym, wysublimowanym wręcz snuciu ujęć malujących najprostszą codzienność bohaterów swoich filmów. Nie bez winy jest również praca kamery, która tworzy minimalistyczne, majestatycznie surowe a nawet ascetyczne kadry, hipnotyzujące widza od pierwszych chwil seansu. Wszystko to sprawia, że z produkcji młodego reżysera bije niezwykła prostota, nieuchwytna jak cichnąca nuta ducha zmierzchającej epoki.

 

Mimo to jego bohaterki tworzą mocno zarysowane postaci, zdające się posiadać własne mikroświaty. Pierwsza z nich, w potrzasku wypalonego małżeństwa z echem przymusu w tle, tęskniąca za innym czasem, w innej, dalekiej rzeczywistości. Druga pozornie spełniona, posiadająca wszystko, o czym marzyła niemal każda kobieta w tamtych czasach, ponad pozorami goniąca coś, co nieuchwytnie wymyka jej się z rąk. Trzecia samotna jak palec, złakniona kontaktu z młodszymi od siebie, z energią od nich bijącą, której jej samej już brakuje... no i czwarta, najmłodsza – pełna wigoru, pozytywna; tak ufna, że aż dająca złapać się w pułapkę.
Filarem tej produkcji są kobiety, tego nie da się ukryć. Zdaje się nawet, że one podtrzymują cały jej ciężar, tworzą fundamenty a dopiero wokół nich zbudowane jest otoczenie. Nie sposób więc pominąć fantastycznych kreacji aktorskich, za które odpowiedzialne są Julia Kijowska, Magdalena Cielecka, Dorota Kolak oraz Marta Nieradkiewicz. Nic dodać, nic ująć.

 

W „Stanach” jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, która przewija się w tle i jest tak naturalna, jak klimat otaczający film.

 

Scenografia.
Mili Widzowie, tercet w postaci Katarzyny Sobańskiej, Marcela Sławińskiego i Moniki Kalety stworzył niesamowity obraz, biegnący równolegle do tego filmowego. W gruncie rzeczy dobra scenografia ze współgrającymi kostiumami to połowa sukcesu, chociaż nie zawsze potrafimy to dostrzec i – co ważniejsze – docenić. Z jednej strony – to dobrze, bo wówczas wiadomo, że odegrały one swoją rolę. Z drugiej jednak – koniec końców dobrą oprawą można stworzyć dzieło paralelne do filmu.
Warto także skupić się na muzyce, a właściwie na tym, że muzyki tutaj brak. Cisza jest muzyką i to ona gra tutaj pierwsze skrzypce. Sam wydźwięk, jaki powoduje, śmiało zastępuje niejedną ścieżkę dźwiękową.

 

Zdaje się, że temu obrazowi zbędne są słowa podsumowania.

 

Aleksandra Kondela