• Jarek Mikołajczyk

Piękno kryje się w najprostszych rzeczach

Akurat „Patersonowi” wymyślono takie hasło przewodnie, które właściwie idealnie zamyka zamysł i esencję historii. Jednak grzechem niewybaczalnym byłoby pozostawienie go w takim stanie skupienia – krzywdzące nie tylko dla widza, ale przede wszystkim dla dzieła mistrza Jarmuscha. „Paterson” bowiem jest opowieścią o malowaniu słowem, o codzienności pełnej kolorowych barw, o zwykłym szczęściu i drobnostkach niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka. Koniec końców więc hasło przewodnie nie zamyka tematu; przeciwnie – radośnie go obwieszcza i uświadamia nam, że w życiu liczy się coś więcej, niż tylko pożądane przez większość powszedniości.

Brzmi moralizatorsko? Oklepanie? Zbyt różowo? Cóż.

Szczerze mówiąc ani przez minutę seansu nie dało się odczuć, że coś tu zgrzyta. „Paterson” bowiem nie próbuje nas pouczać – w przeciwieństwie do wielu innych filmów o podobnej tematyce. On opowiada, snuje się niczym promienie słońca po zasłonach sypialni głównego bohatera. Spokojnie, leniwie, ale bez cienia nudy; bez jakiegokolwiek stresu czy strachu przed kolejnym porankiem. I właśnie tak jawi się nam Paterson. Paterson mieszkający w Paterson, kierujący autobusem linii nr „23 - Paterson”, pracujący w spółdzielni komunikacyjnej Paterson. A to nie jest podpucha. No i wiecie co? Paterson żyje spokojnie, od poniedziałku do piątku, ze sobotą i niedzielą włącznie. Codziennie rano wstaje do pracy, całuje żonę na dzień dobry, je śniadanie i wychodzi z domu. Prowadzi swój autobus, płynie z nim przez miasto w jego rytmie i w rytmie pasażerów przewijających się w międzyczasie, będąc jednocześnie integralną, choć tak cichą częścią ich życia. A później te piękne i delikatne jak bańki mydlane chwile uwiecznia w swoich wierszach. Trzeba Wam wiedzieć, że jest wspaniałym poetą. Co więc na koniec? Na koniec odstawia pojazd, wraca do domu, spędza – po prostu spędza – czas z żoną, bierze psa na spacer, zahaczając przy okazji o bar.
Wiecie co jeszcze?


Od początku do końca nie słychać od niego żadnej skargi. Zwróćcie na to uwagę.

Mistrz Jarmusch dba o widza nie tylko w kwestii scenariuszowej. Zdawać by się mogło, że cieszy nasze oczy każdym, nawet najdrobniejszym ujęciem i rozpieszcza nas, malując swoje kadry tak jak Paterson maluje słowem w swych wierszach. Wszystko jest tutaj idealnie skrojone – niczego nie zabrakło i niczego nie ma za dużo. Akurat tyle cudowności, żeby widza zachwycić, zaczarować, pozostawić po sobie smaczek i uciec z gracją, jeszcze zanim widz zdąży choćby mrugnąć. Można nawet zaryzykować słowem „bajeczny”, z zaznaczeniem, że bajką jest i samo działanie terapeutyczne Jarmuschowego dzieła – oglądając go człowiek naprawdę może odetchnąć pełną piersią i choć na niecałe dwie godziny pozbyć się wrażenia, że dźwiga na swoich barkach jakiś okropny głaz.

Nie bez znaczenia pozostaje kwestia doboru aktorów, choć zdawać by się mogło, że słowo „dobór” jest w tym przypadku nieco kanciaste. Podziwiając – dokładnie, podziwiając a nie jedynie śledząc wzrokiem – grę aktorską można naprawdę przepaść, co w sumie jest wskazane, by przesiąknąć klimatem „Patersona” do szpiku kości. Ale wracając – Adam Driver odgrywający głównego bohatera jest po prostu graną postacią; zlał się z nią i stopił w jedno. Podobnie zresztą jego filmowa żona Laura, którą zagrała Golshifteh Farahani. Na dobrą sprawę uznanie należy przyznać wszystkim aktorom we filmie. Dlaczego? Ponieważ zagrali tak, że widz ma wrażenie iż są oni realnymi postaciami a Jarmuschowy świat jest rzeczywisty.

Oglądając ten film, bardzo szybko doszłam do wniosku, że chciałabym żyć w świecie Patersona. Początkowo taki tytuł miał mieć ten tekst. Ale hej – zastanówmy się przez chwilę. Czy to nie jest trochę tak, że każdy z nas może być takim Patersonem? Stworzyć sobie własny świat, w którym wszytko będzie dobrze i nie trzeba będzie wstawać co rano z lękiem o kolejny dzień? I mimo tego, że po drodze będą większe i mniejsze trudności – przecież grunt to dostrzec piękno kryjące się w najprostszych rzeczach, prawda?

 

Aleksandra Kondela