• Start
  • Recenzje
  • Przecież to nie jest Nowy Jork, Pani myśli, że ktoś to będzie czytał? Sztuka kochania widziana przez Olę
  • Jarek Mikołajczyk

Przecież to nie jest Nowy Jork, Pani myśli, że ktoś to będzie czytał? Sztuka kochania widziana przez Olę

Wystarczy tylko rzucić hasło: „Wisłocka” i wszystko staje się jasne. A jeśli nie, to po „Sztuce kochania” zdecydowanie powinno. Powszechnie wiadomym jest, że naród polski słynie z wybitnie wprost charyzmatycznych i niesamowicie temperamentnych osobistości – przykładem na to może, a nawet musi być właśnie najsłynniejsza polska ginekolog i seksuolog, jaka kiedykolwiek chodziła po tej ziemi.

Ja chcę pomóc zwykłym ludziom. Żeby się nie zdradzali
Nie od dzisiaj „te tematy” należały do sfery tabu. Tego się nie rusza i o tym się nie mówi. A Wisłocka na to - stop, tak dłużej być nie może. I nigdy więcej nie było. Sama o sobie powiedziała, że nie rozpętała rewolucji. To ona była rewolucją. W zasadzie dalej jest, bo mimo tego, że pani Michaliny nie ma już z nami, to jej „Sztuka kochania” rewolucjonizuje kolejne pokolenia młodych Polaków. Aktualnie – trzynaste wydanie. I pomyśleć tylko, że na początku nikt nie chciał jej rozpowszechnić drukiem.


To jest gotowa instrukcja, nie rozumiecie?!
Nie rozumieli. Dlatego książkę trzymali w kasach pancernych. Albo pod stołem, by w czasie nudnych obrad móc poczytać to, przed czym tak wzbraniało się Ministerstwo Kultury. A pani Wisłocka co? Jak jej drzwiami nie wpuścili, to potrafiła wejść oknem. To się dopiero nazywa ostry zawodnik. A zawodnika z takim charakterkiem próżno szukać – nawet ze świecą.


Wiesz skąd jesteś? Z waginy jesteś.
I ciebie też w kapuście nie znaleźli.
Jak widać nie trzeba wiele, by filmowemu upamiętnieniu pani Michaliny przyznać zasłużone 10/10. Wystarczy wybiórczo posłuchać dialogów i już wiadomo, że tej premiery nie można ominąć. Jednak nie samymi ciętymi ripostami Wisłockiej człowiek żyje, dlatego warto też wspomnieć choćby o Magdalenie Boczarskiej, która perfekcyjnie – nie bójmy się tego słowa – wcieliła się w rolę bohaterki setek tysięcy kobiet. Właściwie o tej roli można napisać osobny artykuł, koniec końców prawdziwą sztuką musi być zagranie postaci tak, by widz – w tym przypadku ja – miał pod koniec wątpliwości, czy dograny do napisów wywiad przeprowadzany jest z pierwowzorem czy ucharakteryzowaną aktorką. Sama maniera w głosie Magdaleny Boczarskiej i to, jak potrafiła naśladować Wisłocką to majstersztyk, nie wspominając już o charakteryzacji i stopniowemu postarzaniu w miarę upływu lat.


Mili państwo, gdzie jest Oscar?
Jednak tak jak i jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak obok pierwszoplanowej roli występują kolejne, niemniej znamienite. Choćby fenomenalny Eryk Lubos w roli Lubniewickiego komitetu powitalnego czy Justyny Wasilewskiej – filmowej Wandzi, przyjaciółki Michaliny. Jak mogłabym jednak pominąć męża Stanisława, w tym wypadku Piotra Adamczyka, który tak swobodnie brylował na ekranie? Wszakże bez niego ani róż.
Nie zapominajmy też o wydawniczym duecie – Jaśmina Polak & Borys Szyc. (Jak widać można przeżywać renesans aktorskiej twórczości – lepiej późno niż później!)


Idźmy dalej – muzyką się żyje, prawda? No to co powiecie na kompozycje Radzmira Dębskiego? Ścieżka dźwiękowa sama w sobie jest genialna, ale to, co zrobił Jimek po prostu wymiata. Kompozycja (i kompozytor) przez duże K.


A sama scenografia? Istna poezja na ekranie. Uczta dla oczu, zresztą ujęcia również robią swoje. Mało tego, wystrój wnętrz w połączeniu z kostiumami postaci sprawia, że ta historia wszystkim jawi się realna – nawet widzowi, który rodził się dużo później, aniżeli „Sztuka kochania”.

 

Wątpię, żeby Instytut dał na to pieniądze

Choć przecież nie o tym jest ta historia. Nie w stu procentach, choć walka o pieniądze i wydanie książki Michaliny Wisłockiej przypominała momentami walkę z wiatrakami.


Bo w gruncie rzeczy to nie tylko historia powstawania, wydawania i życia „Sztuki kochania”, ale także – a raczej przede wszystkim – jej autorki, które nie było usłane różami. Oglądając ten film od początku poznajemy bohaterkę jako równą babkę – taką, do której można przyjść jak w dym, pójść na piwko i pogadać swobodnie, bo nie zna tabu. Jednak przyjrzyjmy się temu, co musiała przejść i ile wycierpieć, by stać się „tą Wisłocką”, którą znamy. Jej historia w filmie biegnie równolegle wobec historii książki, mimo to czasem przyćmiewa się ją zawirowaniami z wydaniem, z cenzurą, z robieniem pod górkę.
Spoglądając na ten wyłaniający się powoli całokształt, z perspektywy młodego widza, którego szał związany ze „Sztuką kochania” nie zdążył ogarnąć ze względu na różnicę przeszło 25. lat mogę śmiało stwierdzić – Michalina Wisłocka to po prostu złota kobieta.

 

Aleksandra Kondela