• Jarek Mikołajczyk

Po prostu przyjaźń?

Dzięki Bogu, mamy już za sobą czasy, gdzie na ekranach kin swe wątpliwe triumfy święciły filmy takie jak „Kac Wawa” czy „Wyjazd integracyjny". Naprawdę mamy za co dziękować, bo takich ekranizacji z naszego rodzimego dorobku można-niestety, ukradkiem ocieram łzę w tym momencie — wykopać nieco więcej, ale myślę, że te dwa wyżej wymienione mogą dać pełen obraz „błędów młodości” naszego kina popularnego, które-na dobrą sprawę-jakiś czas temu przestało raczkować. Niewątpliwie ta sfera naszej kinematografii zmierza w dobrą stronę. Niemniej jednak droga ta nie jest usłana różami, a nawet czasem pojawiają się na niej ciernie. Odkąd do kin weszły „Listy do M.”, Polaków ogarnął swoisty szał. Film był dosłownie wszędzie, liczono rekordowe wyniki sprzedaży biletów, a niedługo później mieliśmy już okazję podziwiać drugą część świątecznego hitu.

 

To wszystko obrazuje, że wspomniane „Listy” wypadły nad wyraz dobrze na tle pozostałych, mniej lub bardziej udanych dzieci polskiego kina kasowego. Łatwo się więc domyślić, że kiedy w internetach gruchnęła wieść o kolejnej premierze spod znaku produkcji TVNu i twórców Listów do M.”, cóż więcej pozostało widowni, jak tylko ruszyć tłumnie do kina? Panie i Panowie, przed Wami „Po prostu przyjaźń". Otóż w postaci tego jakże przeuroczego filmu otrzymujemy podręcznikowy przykład standardowej polskiej komedii na dobrym poziomie — dobrze skrojone ujęcia, dobrze dobrani aktorzy, dopracowana fabuła, barwne, ale także bardzo codzienne postaci i nutę dramatyzmu, momentami nieco przebrzmiałą.

A to wszystko tylko (i aż) wokół historii kilku przyjaciół i zdarzeń, w które się wplątują. W filmie Zylbera zobaczyć można grupę ludzi, którzy są powiązani ze sobą na różne sposoby, ścigani przez większe i mniejsze trudności czy problemy. Tym jednym zdaniem można zamknąć całą fabułę, bowiem opowiada ona w dużej mierze o codzienności. Na dobrą sprawę bardzo łatwo jest wysnuć wniosek, że producenci tworząc film, korzystali z wcześniej wytyczonego wzoru - zebranie grupy mniej lub bardziej połączonych ze sobą ludzi, okraszenie ich życia problemami, z którymi będą musieli zmierzyć się na ekranie; do tego w pakiecie tragedia różnego, najczęściej zdrowotnego czy śmiertelnego rodzaju a na końcu happy end po pokonaniu trudności i poradzeniu sobie z ową katastrofą.

Mimo to „Po prostu przyjaźń" to przyjemny film, a zadbali o to m.in. Magdalena Różdżka w duecie z Bartłomiejem Topą, Marcin Perchuć w roli jednego z głównych bohaterów oraz para Zakościelny-Domańska. Na ogromną uwagę i brawa zasłużyły też postaci, które były bardzo charakterystyczne i skutecznie przełamały „codzienną” aurę niektórych bohaterów pierwszoplanowych — znakomity Jan Peszek, choć w roli epizodycznej, Anna Polony jako babcia filmowego Topy czy jeden z młodszych aktorów w ekipie — Adam Tomaszewski. Producentom należy się także słowo pochwały w kwestii ścieżki dźwiękowej, za którą odpowiedzialny jest Maciej Zieliński — jest naprawdę dobrze dopasowana. No i co tu więcej mówić - "Po prostu przyjaźń" to po prostu w porządku film. Twórcy stanęli na wysokości zadania — sprostali wielowąkowości i połączyli na pozór chaotyczną historię w spójną i przejrzystą całość. Nie znajdziemy tu myśli wysokiej, ale nie uświadczymy też szokowej dawki kiczu, jakim niegdyś raczyły nas polskie komedie. Dlaczego więc warto zobaczyć „Po prostu przyjaźń"? Choćby ze względu na to, że czasem dobrze jest się zwyczajnie „odmóżdżyć".

 

Aleksandra Kondela

 

źródło zdjęć helios.pl