• Start
  • Recenzje
  • Piaskownica jest Piękna. Cud niepamięci...szkic recenzencki
  • Jarek Mikołajczyk

Piaskownica jest Piękna. Cud niepamięci...szkic recenzencki

Piaskownica - Jewgieni Bogińskiej to piękna inscenizacja. Inscenizacja nie oznacza tu technicznego zabiegu przeniesienia literatury na scenę, a kreację opartą na interdyscyplinarnym języku teatru. Rosyjska szkoła inscenizacji to równowaga pomiędzy składowymi tego języka: gra aktorów, scenografia i kostium, światło, wizja plastyczna i muzyka i tekst. Kiedy jest ta równowaga podporządkowana realizmowi psychologicznemu postaci, kiedy reżyser ma świadomość, że oddziałuje na podświadomość widza to rodzi się to, co bywa podłożem pewnego zapomnianego rodzaju teatru.

Teatr Bogińskiej pokazuje, że teatr może być po prostu Piękny, może kompletnie pominąć intelekt i ludzkie spekulacje na temat: co autor chciał powiedzieć?, może tekst i treść dramatu potraktować jedynie jako inspirację, punkt wyjścia. To właśnie ta moc Stanisławskiego: aktor pracuje nad sobą w roli, reżyser pracuje nad spektaklem nie nad tekstem. Paradoks Stanisławskiego odczytanego na nowo przez Bogińską to powrót do oddziaływania na emocje i zmysły, gdzie klucz rozumowy ma założony opóźniony zapłon, schodzi na drugi plan, a jednocześnie wykorzystane są współczesne środki i skojarzenia.

 

Teatr, na szczęście dla samego siebie, dawno już wyzwolił się z bycia Biblią Pauperum. Rzecz nie w misteriach, mansjonach i piekłach i niebach... Teatr nie musi, a może nie powinien być na usługach takich zabobonów jak: literatura, polityka, racje społeczne, wychowanie czy religia lub jej erzac światopogląd? Stało się tak już dawno i choć to oczywista, oczywistość czasem bywa niezauważona przez publiczność, reżyserów, artystycznych, recenzentów i inne trole, co do dziś podniecają się strzelbą Czechowa.

 

To, co dostajemy w Teatrze Aleksandra Fredry w Gnieźnie w Piaskownicy to Teatr w czystej formie. Teatr, który nie jest tłumaczem: literatury, plastyki czy choreografii, to teatr, który mówi swoim językiem – językiem teatru. Teatr, który nie jest służącym i niewolnikiem: idei i treści pozateatralnych. Nie jest to jednak sztuka dla sztuki czy teatr dla teatru.

 

Początek trochę na za dużym speedzie, język i tempo takie masłowskie, że uwiera, ale może poruszyć gimnazjalistów, tyle że tych niedługo już nie będzie. Przy czym Maciej Hązła podaje ten naparzany tekst bardzo sprawnie no batmańsko wręcz. Martyna Rozwadowska przeszkadza mu dość umiejętnie. Maniera przedszkolno-gimnazjalna, szarpanie tekstu dialogu w tym wypadku uzasadnione. Bo chłopcy nie bawią się z dziewczynkami w pewnym wieku, choć już by może nawet chcieli. I ten...no wiesz. Poza tym to podbija nie-linearność wspomnień.

 

Piaskownica, której fizycznie nie ma na scenie, zdwaja działanie piaskownicy symbolu dziecięcego podwórka. Piaskownicy, z której się zabiera swoje wiaderka i łopatki, gdy tylko coś idzie nie tak. Piaskownica rzecz jasna jest Jego, a on się nie bawi z dziewczynami to z Miłką też. Granic nie wolno przekraczać, chociaż każde dziecko marzy o zagranicy, tylko Ona nie ma nic między nogami tak jak Ola i pewnie powinny iść do lekarza. Wszędzie pełno piasku, choć go nie ma na scenie, znaczy w Piaskownicy, kipi sex, choć go przecież nie ma, bo On ma 5 lat, jest może płeć... Dziewczynki bawią się lalkami, a chłopcy figurką Batmana.

Treść jak treść, konflikt, jak konflikt jakiś musi być i powinien być dramatyczny. To wiedzieli nawet kochający koturny Starożytni Grecy, którzy na szczęście dawno już nie żyją.

 

O ile uniwersalne miejsce zbudowane przez prostą umowną scenografię w pewnym sensie mimo pewnych przemieszczeń w zależności od tego, który plan staje się pierwszym, można podciągnąć pod klasyczne traktowanie jedności miejsca. Piaskownica to takie miejsce – gra, w którą gramy przecie faceci i mężczyźni od przedszkola do rozwodu lub śmierci.

 

O tyle czas zostaje poszatkowany, zdarzenia nie mają jako takiej chronologii. Piaskownica to wspomnienia. Zapamiętujemy właśnie w ten sposób, fragmentarycznie, splatamy kilka zdarzeń w jedno, mieszamy kolejność. Za każdym razem wspominamy inaczej z przesunięciem akcentów i niedokładnością powtórzenia. Ten problem komunikacji we wspólnej grze dziewczęcia i chłopca, kobiety i mężczyzny multiplikuje Bogińska wprowadzając na scenę dwie pary, choć u Walczaka to przecież para bohaterów. Przyjęta koncepcja pozwala reżyserce bawić się specyficznym teatralnym loopowaniem, a raczej samplingiem. Powtarzalność podbijają także napisy jak z gry komputerowej (rzutnik).

Nieco inna dynamika gry obu par, momenty pewnych powtarzalności niemal natychmiastowych, odliczanie... Tworzą się nie tylko dwa plany czasowe, ale i emocjonalne. A jednak odgrywane sceny przez powtarzalność zyskują nie tylko na znaczeniach i sensach, ale też wprowadzają rytmiczność i wrażenie koła. Nieco gorzkie, przetrawione żółcią fragmenty pamięci podaje starsza para (Hązła – Rozwadowska). Dynamika, niewinność, a jednak pewna drapieżność w grze młodszej pary, którą kreują studenci krakowskiej PWST Kamila Banasiak i Jan Niemczyk buduje głębię spektaklu, obie pary są dla siebie zarówno kontrastem, jak i dopełnieniem.

Maria Spis przywozi do Gniezna to, co dobre i świeże w Krakowie.

 

Wracając do inscenizacji. Po dość dziwnym początku i nie idzie tu o mazanie na ekranie napisu Lech Poznań, (śmieszne, ale od czapy), od pojawienia się ogromnego białego balonu, zaśpiewu i przeuroczego tańca Jana Niemczyka (coś między kazaczokiem a kankanem) zaczyna się opowieść magiczna. Mieszają się: wspomnienia, senne wspomnienia, gry i odgrywania w niezwykle emocjonalnej w oddziaływaniu, niemal ascetycznej, scenografii. Plastyka przedstawienia to czysta poezja.

Niezwykle precyzyjnie wyświecona subtelnym światłem. Piaskownica przypomina, że teatr nie musi krzyczeć w sprawie, buntować się czy pouczać, może po prostu pokazać nastrojowe obrazy, malować emocją. Oczarować i zadziwić.

 

Niezwykle rosyjska w pewnej wrażliwości na obraz jest ta Piaskownica Bogińskiej, a jednocześnie uniwersalna. Śmierć lalki, a może dziewczynki — niekoniecznie rzeczywista równie dobrze mogłaby być realizacją, którejś powieści Isabel Allende.

 

Budowanie spektaklu pokazuje właśnie, że kluczem jest myślenie obrazem i emocją, ale też, że teatr jest czymś, co można, nazwać Total Art. Niewątpliwie nie przypadkiem młoda reżyser dobiera sobie scenografa. Ilszat Wildanow buduje na scenie świat nie tyle surrealny co raczej obokrealny* niby nierzeczywisty i ze snu, a jednak osadzony na wyraźnych tropach dzieciństwa. Balon, wielkie obszyte miękkim materiałem piłki (cudownie współgrające ze światłem), kolejka na baterie, proste taborety, liny... Niezwykle spójna wizja, Pewnie już to wspomnieliśmy, ale baśniowo wręcz wyświecone to wszystko przez Łukasza Błażejewskiego (tu pożądana sugestia — zapewne artystycznej u Fredry – Marii Spis).

 

Kolejny, choć niewidzialny element magicznego realizmu katarynki wspomnień to muzyka. Tak spójna z obrazem, że pamiętamy totalną jej emocjonalność, i didżeridu z tekturowej rury, a jednak nie przyćmiła reszty. Zespolona z obrazem muzyka Sashy Raskina – jest dopełnieniem. To kolejny fragment języka teatru, którego odrębność od innych dziedzin sztuki przypomina nam Jewgienia Bogińska.

 

Oczywiście ta odrębność języka teatru zbudowana jest na bazie języków sztuk innych, więc zostawmy teorie teatru. Nie mniej ostatnimi czasy teatr o swojej odrębności zapomina, kiedy co poniektórzy ponownie sprowadzają go do roli trybuny...

I wszystko idzie Pięknie w tej Piaskownicy, zadziwia, rodzi uśmiech właśnie zadziwienia przede wszystkim obrazem teatru. Pomysły reżyserskie, poszczególne sceny budowane niezwykle plastycznie. Scena z balonem, zabawa piłkami, cudowna bardzo wszak dziecięca scena z rurą tekturową...nawet powtarzalna zazdrość o Karola, rozerwana biała lalka... No Absolut i tyle. Nawet te piłki podwieszone pod stropem grają, jest Pięknie cudnie i krucho.

 

Nagle Disneyland. Martyna Rozwadowska prawie jak wróżka z kreskówki wisi na stalowej linie. Po kilkudziesięciu minutach gęstego efektywnego teatru dostajemy trochę cyrkowo broadway'owe efekty specjalne. Nie no fajnie, aktorzy to nawet ogrywają dobrze...takie życie w Piaskownicy po życiu w Piaskownicy?... A jednak ziarnko piasku w bucie... Na szczęście, szybko i ładnie ucieka z tej sceny Bogińska, która pozwoliła podziałać scenografowi i reżyserowi świateł.

 

Często w recenzji ocenia się elementy składowe spektaklu. Taka koncepcja krytyki teatralnej utwierdza niestety przeświadczenie, że to inne sztuki budują teatr. A Teatr to Teatr. To, co istotne w Piaskownicy Bogińskiej to właśnie spójność wizji. Myślenie obrazem, które zespala tekst, grę aktora, scenografie i kostium, muzykę i światło, pracę techników... To jest inscenizacja w naszym rozumieniu, w rozumieniu młodej reżyser z Sankt Petersburga, chyba także. Piaskownica u Fredry to świetna robota koncepcyjna Jewgieni Bogińskiej, Ilszata Wildanowa i Łukasza Błażejewskiego w warstwie tego, co widzimy uzupełniona przez Sashę Raskina tym, co słyszymy w piękny sposób.

 

Spektakl Piękny, to pewnie i dobry, bo Piękno nie implikuje zła.

 

Zostawiamy dywagacje na temat sensów i znaczeń tekstu, o tym, że Walczak napisał świetny tekst, pisano wielokrotnie. Pamięć, wspomnienie, gry damsko-męskie, dziecieństwo dorosłych i dorosłość dzieci...wszystko to i kołowrót zdarzeń osobistych widz sam sobie dośpiewa.

 

Niezwykle spójny spektakl, nic tu nie wystaje, nie ma kantów, nie rani na szczęście wisząca wróżka Miłka, tylko na chwilę fruwa w obłokach.

 

Aktorzy, czyli wykonawcy; zarówno ci młodsi jak i ci starsi, przepracowali siebie w rolach. Niełatwe zadania unieśli niemal w punkt. W przestrzeni zbudowanej misternie przez reżyser, scenografa i reżysera świateł odnaleźli się bez rozbijania jej. Budowanie emocji i bez artystycznej hochsztaplerki i bardzo widoczna praca metodą Stanisławskiego — przyniosły efekt. Aktorzy nie są tu podawaczami tekstu, ale integralną częścią całości, nie rozbijają także warstwy muzycznej, zostali w nią wpisani i unoszą to zadanie. Bardzo rzetelne aktorstwo bez podpierania się rekwizytem i trikami.

 

Powtarzalność, multiplikacja zamierzone i udane, być może trochę przeciągnęły spektakl, który mógłby być krótszy. To, co ważne w spektaklu to Teatr – nareszcie reszta jest tu dodatkiem albo jak mawiają ekonomiści i politycy plusem dodatnim. Tego Teatru jest w spektaklu Bogińskiej sporo. Piaskownica to powrót do wiary w to, że Teatr nie potrzebuje protez, sam w sobie jest wartością.

 

zdj. 2x Dawid Stube www.fotostube.pl

 

Jarek Mixer Mikołajczyk (tekst i 1x zdjęcie)

 

* Obokrealizm - kierunek sztuki zapoczątkowany przez twórców polsko-niemieckiej formacji artystycznej Die Gruppe

 

 

PS.

 

Czy Piaskownica urzeknie wszystkich?
- Nie, tyle tylko, że nic nie jest dla wszystkich, bo dla wszystkich to dla nikogo. To nie oznacza jednak, że jest sztuką dla wybranych, język teatru wbrew pozorom jest prosty, a odbiór spektaklu często zależy od tego, czego szukamy w Teatrze. Ni jesteśmy lepsi, gdy nas Piaskownica porusza, ni gorsi, gdy nie poddajemy się zadziwieniu. To, też na szczęście jak odbieramy sztukę, nie wpływa na jej wartość. To, że na ten przykład nie znoszę „Eine Kleine Nachtmusik” nie dowodzi, ani, że głupi jestem i nie wrażliwy, ani że Mozartowi zdarzyło się kiepskie dzieło. Piękno jest bezdyskusyjne i niezależne od gustu.