• Jarek Mikołajczyk

50 JazzGra - Ray Wilson

W środę w Auli Pomnika odbył się 50 jubileuszowy koncert pod hasłem: ” Jazz-Gra w Gnieźnie – Pierwszej Stolicy Polski ” organizowany przez Agencję Artystyczną Jazz Gra, której gościem był Ray Wilson. Przez 15 lat swojej działalności, dba o to, by dać Gnieźnianom możliwość posłuchania niejednokrotnie, obecnie niszowej muzyki, która niekoniecznie przyciągnie tłumy. Pochodzi ona jednocześnie, z najwyższej półki. Wystarczy tylko wymienić kilku gości z ostatnich lat, by się o tym przekonać: Artur Dutkiewicz Trio i Jorgos Skolias, Leszek Cichoński, Marek Piekarczyk, czy Yankiel Band. Wykonawca przyjechał do Gniezna już po raz drugi na zaproszenie JazzGry.


Pierwszą bytnością Wilsona, w Pomniku był bowiem koncert z projektem „Genesis Classic”, czyli przedłużeniem twórczości zespołu Genesis. Odbywał się on w tym samym miejscu, w ramach wielkopolskiego festiwalu Akademia Gitary. Występ miał miejsce 7 września 2013 r. Wokalista przez dwa lata (1996-98), był częścią tej legendarnej grupy, z którą nagrał album „…Calling All Stations...” (97’) Początki supergrupy Genesis sięgają jeszcze lat 60’ ubiegłego wieku, a nieodłącznymi jej elementami, jeśli chodzi o piętno wokalne, byli Peter Gabriel i Phil Colins, do dziś muzycy ci cieczą się ogromną popularnością. Mają za sobą sporą ilość nagranych krążków w karierach solowych. Wszystkich wymienionych panów darzę, szacunkiem, choć nie powiem, żebym specjalnie śledziła ich dokonania, to są tacy muzycy, których przynajmniej część utworów się po prostu zna, lub kojarzy ;)

Trzy lata temu nie mogłam pojawić się na koncercie i można powiedzieć, że od tego czasu polowałam na takie wydarzenie. Kilka razy wybierałam się na wydarzenia, które odbywały się nawet w niedalekiej okolicy, dość często, gdyż muzyk od 8 lat, z własnego wyboru mieszka w Poznaniu. Nigdy nie dotarłam, mimo chęci. Tym razem po prostu być musiałam, nie mogłam odpuścić. Z relacji, które czytałam, przygotowując się do napisania tej recenzji, wynika, że poprzedni występ został przyjęty bardzo ciepło oraz że artysta wysoko zawiesił poprzeczkę, jeśli chodzi o granie żywej muzyki. To nie dziwota, ponieważ można powiedzieć, że specjalizuje się on w nagrywaniu albumów z występami na żywo, od 2002 r. wydał ich aż osiem (7 solo + 1 z Stiltskin w roku 2007. Skład ten brzmi nieco ostrzej).


Większa część twórczości Raya oscyluje jednak wokół ballad i brzmień akustycznych. Akustyczny miał być pierwotnie, także ten koncert, z takim nastawieniem na niego przyszłam. Ponieważ bardzo lubuję się w tego rodzaju dźwiękach, chciałam sprawdzić, czy informacje dotyczące rzemiosła Szkota nie są przesadzone. Jestem zwolennikiem teorii, że prawdziwego muzyka pozna się po tym, jak radzi sobie grając akustycznie, na żywo. Ten rodzaj grania weryfikuje umiejętności. Zastanawiałam się, czy mogłabym „postawić” go obok moich ulubionych wykonawców, którzy z praktyką Unplugged radzą sobie znakomicie, (np. Chris Cornell, Eddie Vedder). Artysta postanowił jednak uczynić wszystkim niespodziankę i przywiózł ze sobą pełen zespół, by móc z muzyki wyciągnąć jeszcze więcej, w tym swojego brata, innego znanego muzyka, Stevena. Tak oto na scenie mogliśmy zobaczyć:
Ray Wilson – wokal, gitary
Steve Wilson - gitara elektryczna, chórki
Michał Łyczek - instrumenty klawiszowe
Marcin Kajper - saksofon, flet poprzeczny, gitara basowa,
Mariusz Koszel - perkusja

Na Sali byłam już dużo wcześniej, nie pozostało więc nic innego tylko czekać. Koncert rozpoczął się z akademickim opóźnieniem, co jest dość zwykłą praktyką. Na repertuar składał się głównie materiał ze wspomnianej już ostatniej płyty Genesis i dwóch wydanych w 2016 r. płyt. „Song for a friend” (maj 2016). To jednocześnie hołd dla zmarłego przyjaciela, o czym mówił sam wykonawca podczas koncertu, i Makes Me Think of Home, przepięknego wydawnictwa akustycznego, które pojawiło się na rynku równe dwa miesiące przed odwiedzinami w Gnieźnie. (Obie przesłuchałam, jakiś czas przed koncertem, by wiedzieć, czego mogę się spodziewać, nie żałuję). To na szczęście nie wszystko, co można było usłyszeć.


Gdy na scenę weszli wykonawcy, temperatura w dość chłodnej przestrzeni auli, natychmiast podskoczyła Publiczność, zwłaszcza ta, która zajęła miejsce w pierwszych rzędach. Koncert otworzył, wymieniany w wywiadach przez wokalistę, jako ulubiony, z ostatniej płyty Genesis „In The Air Tonight. Widownia od pierwszych minut została wciągnięta w interakcję z członkami zespołu. Bodaj już przy drugim kawałku, „Solsbury Hill” mogła odebrać swoistą lekcję rytmiki, tendencja ta utrzymywała się przez cały czas, z pomocą poszczególnych członków zespołu. Z repertuaru Genesis, dane nam było słyszeć, między innymi „That’s All” „In The Air Tonight”, „Another Day In Paradise”. 

Wykonał także wspomnianą już tytułową piosenkę z przedostatniej płyty oraz przepiękną balladę, napisaną, by pocieszyć własną partnerkę w chwilili załamania - „Not Long Till Springtime”.

Koncert podzielony został na dwie części. Po mniej więcej 45 minutach występu nastąpiła 15 min przerwa. Wspominam o tym, bo odczuwam znaczną różnicę w jakości koncertu, jakby zespół potrzebował czasu, żeby się rozkręcić, pokazać, na co go stać. Moją i wiem, że nie tylko moją, szczególną uwagę zwrócił saksofonista, gitarzysta, i flecista w jednym. Marcin Kajper. Jest to postać, która chyba, się na scenie urodziła, pokłady pozytywnej energii były bardzo duże, podobnie jak zapas poczucia humoru. To wszystko nie pozwoliło stracić wirtuozerii i płynności gry na instrumentach oraz wpadających w ucho solówek. Dla mnie ten człowiek ukradł show głównemu bohaterowi wieczoru. Szczerze żałuję, że nie miałam okazji oglądać go wcześniej, prawdziwy muzyczny gentleman, w gustownym przebraniu na głowie. Pozostali instrumentaliści również radzili sobie bardzo dobrze. Np. w utworze „Makes Me Think Of Home” spotykamy przepięknie wyeksponowaną linię pianina, gdzie Mariusz Koszel, miał okazję pokazać co potrafi. Prócz tego, jest to utwór, który jak na razie. Przy każdym odsłuchu powoduje u mnie wzruszenie. Od niego zaczęła się według mojej opinii najlepsza, choć już końcowa, część koncertu, trwającego i tak blisko dwie godziny, konkretnego grania, bez zbędnego gadania, co dla mnie jako odbiorcy, jest zawsze bardzo ważne. I tak oto słyszę następnie brawurowe wykonanie „Mama” (w oryginale perfekcyjnie śpiewa Phil Collins), gdzie Brytyjczyk pokazał wreszcie ciemny kawałek swojej duszy. Hipnotycznemu wrażeniu towarzyszyło jeszcze momentami odpowiednie oświetlenie twarzy, co dodawało temu wszystkiemu demonizmu. Właśnie na to cały czas czekałam, trochę długo, choć oczywiście nie mogę Wilsonowi odmówić umiejętności wykonawczych również poza tym utworem.


Steve Wilson, który do tej pory głównie towarzyszył bratu na gitarze, i chórkach, świetnie zaśpiewał „One” U2. Przez ostatnie kawałki publiczność z pierwszych rzędów nie siadała już na miejsca wcale, wdając się w spontaniczny taniec. Zespół schodził ze sceny w towarzystwie gorących oklasków fanów. Na bis wykonał „Congo” i poczynił ukłon w stronę tegorocznego noblisty w dziedzinie literatury Boba Dylana „Knockin' on Heaven's Door”. Tym ostatnim, Brytyjczyk, żyjący jak Polak kupił mnie doszczętnie.

Po koncercie nie obyło się oczywiście, bez podpisów i zdjęć, na holu tłoczył się więc spory tłumek.
Podsumowując, koncert uważam za bardzo udany, nawet jeśli ja spodziewałam się czegoś nieco odmiennego . Obserwując scenę i reakcje publiczności, trudno jest napisać coś innego. Warto było czekać do końca, tego typu koncert z powodzeniem mógłby się spodobać także tym, którzy nie są zanurzeni na co dzień w muzycznym świecie. Widzę spore różnice między wykonawcami krajowymi, a „obcymi”, często na korzyść tych drugich, (niestety). Trudno o lepszy wybór Jubileuszowych gości.

 

więcej zdjęć

Ewa Jenek 

 

Ps. Na koniec muszę dodać łyżkę dziegciu, tzn. coś do zastanowienia. Zaznaczam, że nie przelewam tu tej myśli myśląc o kimś konkretnym. Podczas jednej z krótkich przerw między utworami, kiedy Ray, mówił o swojej kobiecie, ktoś, jak myślę pół żartem powiedział, żeby zaczął mówić po polsku. Sytuacje rozładował z wyczuciem saksofonista, ale z widowni dało się usłyszeć odpowiedź – naucz się angielskiego!

- Owszem każdy ma prawo do wyrażania swojego zdania i poglądów, a język obcy to język przydatny, ale czy naprawdę wszyscy muszą znać ten język? Ja rozumiem, o czym była mowa ze sceny, choć umiejętności na pewno pozostawiają wiele do życzenia, ale np. osoby starsze niekoniecznie wiedzą i niekoniecznie chcą znać język obcy, bo nie mają takiej potrzeby. Swoisty rodzaj narzucania swojego zdania, nawet jeśli w dobrej wierze, nie musi wszystkim do gustu, ważne, żeby oglądane wydarzenie, odbierać na poziomie emocji, żeby coś w nas zostało. Stay in Peace!