• Jarek Mikołajczyk

Patron - premiera u Fredry (szkic recenzencki)

Patron — premiera w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie, to spektakl bardziej fredrowski niż pewnie cokolwiek, samego Patrona grano tu i być może indziej. Na przekór zwyczajom na jubileusz 70-lecia gnieźnieńskiej sceny, dyrektor Joanna Nowak decyduje się na spektakl miast składać wieńce pod pomnikiem a Łukasz Gajdzis niejako rozsadza pomnik również dosłownie, Maria Spiss zdejmuje gębę, którą przez lata usmarowaliśmy hrabiego Aleksandra. Jeśli ktoś przychodzi na ten spektakl popatrzeć na ojca komedii polskiej, to może się zdziwić. Zaczęliśmy jednak od końca, czasem tak po prostu łatwiej.

Tekst Marii Spis napisany specjalnie dla Teatru Fredry, obok współczesnego języka i jego bardzo wartkiego rytmu, który Spiss oddaje po mistrzowsku, ma w sobie rzecz jasna cytaty z tekstów samego Fredry. Żyjemy w czasach samplingu, który dawno przestał się odnosić jedynie do muzyki. Te sample literackie, ale i tropy, bezsprzecznie zastosowane w pełni świadomie przez autorkę podbijają teatralność tekstu. Są to tropy ważne: Akropolis Wyspiańskiego przeniesione z Krakowa do Gniezna, bo pytanie o świadomość narodową, o jej pojmowanie nie jest tu wcale drugim planem. Jest też Gombrowicz mniej dosłowny, ale jest, jest też w tym tekście też trop pozaliteracki, który dzięki zabiegom technicznym Gajdzis reżyserując spektakl wydobywa, nie używając drabiny #malczewski #Błędnekoło

 

Czy to, życie Fredry, czy może jednak pewna nomadyczność ludzkiego losu, polskiego losu - jest Błędnym kołem, namalowanym przez duet Spiss i Gajdzis z siła wirowania jak u Malczewskiego?

 

Reżyser mimo mocnego finału, tak naprawdę pyta, sam dla siebie dobrze zna odpowiedź, jest po określonej stronie konfliktu Fredro – Goszczyński, a raczej wojny polsko-polskiej, nie narzuca jednak tej odpowiedzi. Choć finał i owszem jest jednoznaczny.

 

Wracając do początku Patrona, czyli scenariusza i tekstu. Spiss porusza się sprawnie pośród cytatów, włada językiem jak wytrawny spawacz, łącząc swój scenariusz zwłaszcza z tekstami Fredry bez sztywnych skreczy, płynnie spoina jest tu mimo różnic formalnych niemal niewidoczna. Niewątpliwie Patron jest świetnym tekstem teatralnym – młoda reżyser, dramaturg i improwizatorka rozumie teatr współczesny doskonale. Tak się to dziś po prostu robi. Żyjemy w XXI wieku nareszcie.

Spektakl, przesłanie, idea Patrona to niewątpliwie wypadkowa. Materia, na której pracuje Gajdzis, czyli tekst Marii Spiss, powstawała w rozmowie autorki z przyszłym reżyserem, co widać. Sam Fredro jest tu mniej tekturowy, niż ten, jakiego znamy choćby z przedstawień gnieźnieńskiej sceny sprzed lat. W pewnym momencie przegrzany w Polsce ojciec komedii polskiej, eksploatowany do bólu, jak polska szynka i polska kiełbasa, zawsze grany na jednym tonie, tonie biesiady, wrzucony pomiędzy Hej sokoły i na zdrowie!!!; wychodzi z pomnika prawie nagi.

 

Wychodzi z niego dosłownie. Ukryty w kopii ponowoczesnego pomnika sprzed gmachu teatru, w samych gatkach wjeżdża na scenę. Tak go tam włożyliśmy, więc czemu nas to dziwi, że poskręcany taki, pomarszczony. Pewnie trochę sam sobie zawinił. Patron jest osią spektaklu i bohaterem, jest jednak Fredro raczej pryzmatem, przez który Gajdzis rozszczepia światło o Polsce. Dylematy Fredry, konflikt z romantykami paradoksalnie jego aż niePolska polskość pokazują właśnie to Błędne koło, dramat Fredry mógłby się rozegrać dziś, kiedy ponownie społeczeństwo polskie wydaje się podzielone przez dwa. Jakby nie było półcienia... 

 

Kto nie jest z nami ten przeciwko Polsce, Gajdzis pokazuje, Goszczyńscy są wśród nas, tyle że chyba nawet mniej towiańscy bardziej maszerujący, pomstujący...

 

Trudno pisać w przypadku Patrona o tym, o czym zwykłem pisać w recenzjach. Nadal przeświadczony jestem, że w teatrze nadrzędną wartością jest teatr. Do teatru chadzam po teatr, a treści szukam w literaturze, idei w dziełach filozofów, albo w świętych księgach... Chyba właśnie dla tego korzystam z furtki, jaką jest esej recenzencki.

 

 

Od samego Patrona początku jesteśmy w teatrze. Przy okazji podglądania życia Fredry, towarzyszenia mu przy rozterkach i dramatach osamotnienia wędrujemy przez koncepcje teatru. Mamy teatr współczesny, mamy teatr w teatrze mrożkowsko-szekspirowski zwyczaj, ale jest też ten „teatr mój widzę ogromny”... 

 

Pomiędzy pytaniami o to, czym jest Polska: czy sadzeniem pomidorów i uprawianiem ziemi, codziennością zwyczajną, czy może wędrówka z walizką zbawienia, pomstowaniem i nieustannym świętem narodowym?  – jest w Patronie teatr. Teatr totalny Gajdzisa włącznie z niezwykle przydatnym zabiegiem ruchomej widowni. Nie tylko aktorzy wraz z przerzucaniem akcji sztuki, pielgrzymują dookoła teatru, ale i widz. Odbiorca poniekąd musi w ten sposób być częścią dramatu. Zabieg ten niezwykle podbija pewną wizyjność, niektórych scen. Uwypukla moment, gdy przez głowę Aleksandra Fredry przetacza się cała polska martyrologia, powstańcy, tułacze, ranni, żołnierze... Karuzela widowni pozwala pomyśleć, że to widzowi się te majaki przyśniły.

 

I tylko patrzę w dół czy aby tej obrotowej widowni nie usadowił reżyser na szczycie drabiny. Też kocham Malczewskiego.

 

Utożsamienie się z bohaterem wzmacnia odbiór. W tym przypadku jak nie tylko z Fredrą można się utożsamić ale i z Goszczyńskim. Jak kto woli, z czym komu do twarzy, z czym komu do Polski... Wolność Tomku w swoim domku. Paweł i Gaweł zresztą pojawia się w śląskiej wersji, wypowiadany przez najmłodsza aktorkę przedstawienia. Wolność jest tu zresztą bardzo ważnym słowem.

 

O ile cały spektakl wydaje się pytaniem o to, jak możemy o Polsce mówić czy myśleć, o tyle finał mocny i jednoznaczny. Celuje w upupianie, w czynienie narodu wolnym wedle jedynej słusznej idei wolności, bez centymetra swobody. Reżyser, który odchodzi z Teatru im. Aleksandra Fredry, jest chyba jedynym wolnym na sali tak naprawdę do końca.

 

Patron jest grą wielopłaszczyznową. Fredro nareszcie w 3D. Piszemy tu nie tyle o kreacji Mariana Jaskulskiego co o tym, jak go wspólnie „wymyślili” Maria Spiss i Łukasz Gajdzis. Kondycja artysty jako takiego, jego odosobnienie a jednak wbrew sobie potrzeba przynależności, uznania... To ważny plan. Rzecz jasne pytanie o Polskę, o którym najwięcej póki co napisaliśmy, jest równorzędne z pytaniem o Fredrę. Co należy podkreślić, nie ma w Patronie antypolskości, nie ma drwiny... Śmiejemy się momentami, bo wszak rzecz o komediopisarzu jest, bo np. Mickiewicz opychający się polską szynką jest taki prawdziwy, taki bardziej polski niż Litwo ojczyzno moja...Bo głos ojca Fredry, jest tak męsko niezdecydowany... Nie śmieje się jednak Gajdzis w tej sztuce ani przez moment z Polski. To trzeba i warto podkreślić. By czasem wiecznie urażeni nie zmusili młodego reżysera do 15 lat milczenia, jak to kiedyś zrobiono z Fredrą. Niewątpliwie nie tylko widz utożsamia się z bohaterem. Jest w tej ironii losu Fredry, sporo Gajdzisa, który dla Gniezna zamilknie za muzułmanki w Gnieźnieńskiej katedrze, za pytania, za prawdę własną prawdę, ale czy obca prawda może nie być kłamstwem... O prawdzie zresztą w Patronie sporo mówi sam Fredro.

 

Jak zauważyła na facebooku pewna znajoma esej dygresyjno-recenzencji pewnie będzie. To nie było pewne, ale tak. Zatem dygresje na bok. W teatrze teatr tylko się liczy.

 

Teatru w Patronie mamy sporo. Wejście z Akropolis... Zapach kadzidła na sali, bardzo to gnieźnieński zapach i pewnie polski. Teatr więc działanie na zmysły. Głos Mariusza Benoit z offu – pięknie wprowadza w dymy i grę świateł. Niezwykle plastyczna scena, trochę monumentalna. Trafny pomysł, by wprowadzić Fredrę do gry z pomnika. Kopia niemal 1:1, gra przez moment w światłach niczym orzeł z głową Patrona. Niebywale łamie ten patos Gajdzis wyjściem ojca polskiej komedii jedynie w slipach z dość krępującego wnętrza pomnika. Oczywiście tych momentów pięknych jest więcej. Ciekawie gra reżyser przerzucaniem scen zbiorowych, tworzeniem ludzkiego tła. Wspomniana ruchoma widownia oraz powtarzalny motyw wędrujących po półkolu grup ludzkich w domyśle jednak kole, granych między innymi przez studentów Uniwersytetu Trzeciego Wieku i młodzież z warsztatów teatralnych. Sprytnie przemyca historię tego, co działo się w teatrze za jego kierownictwa artystycznego.

 

Żonglowaniu formą teatralną pomaga nie tylko powtórzenie scen zaczerpniętych z dzieł Fredry w różnych konwencjach. Tu niezwykle płynnie sampluje się nie tylko tekst, ale i koncepcje teatru. Równolegle do konfliktu ideowego mamy niejako „konflikt” formalny w teatrze. Sceny monumentalne, romantyczne granie grupami aktorów, rozwiązania niemal ze Swinarskiego, przeplatają się zarówno z typowym aktorstwem komediowym, jak i ze scenami niemal komiksowymi czy momentami schaefferowskim rytmem.

W kilku scenach perfekcyjnie gra Gajdzis w Patronie obrazem, jest więc tu plastyczne myślenie o teatrze, które podbija scenografia i kostium w niektórych momentach też światło.

 

Piękna scena w białych kostiumach, fredrowskie intrygi zagrane na krawędzi teatru ruchu i tańca Michalina Rodak, Martyna Rozwadowska, Paweł Dobek, Maciej Hązła – robią piękny teatr. Wspomniane sceny wędrówki... Najpełniej, najmocniej wygrane, kiedy Fredro stając na tle kurtyny gra tę chwilę nieco obłędną, po której milknie na 15 lat. Oczywiście w przedstawieniu milknie na dłuższa chwilę tylko. Dobrze wygrane przez Jaskulskiego, doskonały muzycznie fragment.

 

Bardzo dobrze zbudowana „scena balkonowa” Mickiewicz do góry Fredro na dole. Wspaniale ucharakteryzowany Dobek, gra gestem i miną – robi to świetnie. Fredro być może trochę zakrzyczany w tej scenie mimo wszystko nie gubi dynamiki, przywodzi na myśl monolog Andrzeja Grabowskiego ze Scenariusza dla trzech. Kilka dobrych scen małżeńskich, nie tych z Mąż i żona a tych z prywatności Aleksandra i Zofii. Pożegnanie Fredry i Goszczyńskiego bardzo ładny motyw nie tylko tekstowo.

 

Siłą Patrona jest tekst i reżyser bliskie konwencji Craiga, bo bardzo zespolone. Ewidentnie jest to spektakl reżyserski. Gdzie wszystko, co jest składową teatru, jest podporządkowane jego kreacji. Gajdzis jak dobry kompozytor układa wszystkie elementy, począwszy od tekstu, przez scenografię, muzykę, po grę aktorów czy technikę układa w swoja wizję. Pewna dosłowność ostatniej sceny z Żelazną Beatrycze wrzucona w postpunkową muzycznie stylistykę, jest bardzo osobista kodą, niczego jednak nie burzy.

 

Aktorzy grają w Patronie bardzo równo. To dobra gra, która jest raczej realizacją wizji reżysera niż kreacją własną. Na tym też polega rzemiosło aktorskie.

Marian Jaskulski – pierwsze co uderza niebywałe podobieństwo fizyczne do hrabiego Aleksandra Fredry. Jest postacią na, której co zrozumiałe opiera się spektakl. Przeważnie wychodzi z zadania dobrze. Unosi godzinę i 45 minut nieustannej gry. Wydaje się, że miewa momenty, w których ucieka w jeden emocjonalny ton, krzyku i goryczy. Nie można jednak nie zauważyć, że potrafi zarówno rozśmieszyć, jak i zatrzymać. Zdecydowanie pomaga mu w tym dobrze napisana rola.

 

Wojciech Kalinowski jako Goszczyński jest mniej Dyzmą niż zwykle. Reżyser jednak eksponuje umiejętnie to, co w grze Kalinowskiego najlepsze. Postać Goszczyńskiego, mimo że ma narzucony dość sztywny ogląd rzeczywistości przez historyczną i literacką wartość, w grze Kalinowskiego nie wypada płasko. Zdecydowanie mimo pewnych podobieństw do dzisiejszych narodowców ten Goszczyński rysuje się jednak jako człowiek idei, a jednocześnie w głębi duszy człowiek wrażliwy.

 

Agnieszka Dulęba – Kasza rola gdzieś w drugim planie. Żona Aleksandra sytuacja tak w życiu, jak i na scenie nie do pozazdroszczenia. Trochę jak Aleksandra Konieczna w filmie Ostatnia rodzina, daje radę, widz ją zapamięta, choć prawie jej nie widział.

 

Paweł Dobek – powoli zaczyna być jasnym, dlaczego były artystyczny Fredry zwrócił na niego uwagę. Dobre momenty w scenach cytatach Fredry. Przepięknie zagrany Mickiewicz. Sporo jeszcze pracy przed aktorem w Patronie jednak bardzo jasna gra.

 

Michalina Rodak poza dobrą aktorska robotą w scenach fredrowskich. Unosi ciężar sceny finałowej. Żelazna Beatrycze wykrzyczana bardzo ciekawie, postpunkową, a jednocześnie bardzo dzisiejszą poetyką. Trafia i w moc tekstu i w tło towarzyszącej temu muzyki. Coraz dojrzalsza aktorka.

 

Martyna Rozwadowska, nie ma wiele do zagrania, a jednak to, co ma zrobić, robi dobrze. Mocno zróżnicowana w scenach fredrowskich.

 

Maciej Hązła też nie ma go wiele, ale kiedy jest, to jest na miejscu. 

 

Tu podobnie ma się rzecz zresztą obsady. Mało na nich miejsca, ale robią swoje.

Świetnie wypadają traktowani raczej jako ruchomy obraz amatorzy.

Być może nie ma w Patronie wybitnej kreacji aktorskiej. Jest jednak dobra gra, to co tak naprawdę jest siłą teatru reżyserskiego, czy wizjonerskiego, do którego zbliżył się tutaj Łukasz Gajdzis. Aktor jest, od realizowania pomysłu reżysera jak postulował Edward Gordon Craig. Na szczęście reżyser nie wziął dosłownie idei nadmarionety.

 

Muzyka jest w przedstawieniu jednym z wielu środków. To jest bardzo mocny walor Patrona. Chyba udało się Maciejowi Szymborskiemu osiągnąć to, co jest ideą. Muzyka nie ilustruje, staje się integralną częścią, podbija emocje. Widz ją zapamiętuje, a jednak nie tylko ją. Dobra współczesna muzyka.

 

Ruch sceniczny przede wszystkim świetne operowanie scenami zbiorowymi. Scena w bieli – bardzo sugestywna. Sprawiły się Aneta Jankowska i Urszula Parol.

 

Scenografia, dobre wykorzystanie przestrzeni teatru. Świetne tło scen klasycznie fredrowskich i przede wszystkim namiętności w bieli. Prosto, ściana drzwi niby mieszczaństwo, a jednak symbolicznie oszczędnie. Joanna Łagowska i Katarzyna Jeznach podają też ładny efekt folii i świetnie sygnalizują kostium. Wspaniała charakteryzacja Mickiewicza, karykatura wieszcza, nie jest jednak paszkwilem.

 

Scenariusz i dramaturgia. Pisaliśmy już o Marii Spiss, to się klei. Jest w tekście sporo błyskotliwej zabawy językiem zwłaszcza współczesnym trochę poetyki niemal stand up, jest też konflikt poważny wręcz ideowy, nie brak namysłu o Polsce, o Fredrze...a może odwrotnie. Świetne tempo, bez dłużyzn.

 

I wreszcie reżyseria. Przecież napisaliśmy już wszystko. Konsekwentna wizja, świadomość zamierzonego efektu wywołanego u widza. Rozmach reżyserski, wiele form i środków. Odwaga. Rzecz nie tylko w scenie finałowej, w uderzeniu w ton polityczny. Finał jest raczej dopowiedzeniem dopowiedzianego, punkrockowym performance na koniec. Zrobionym jednak na tyle dobrze, że uprawnionym. Czuje się, że reżyser poświęcił czas i moc sztuce, też jest w tym pewna motoryka, nerw emocji bardzo mocnych, a jednak już oswojonych.

 

Technika - ludzie od tej roboty też nie zawiedli. 

 

To niezwykle ważna sztuka. Dotyka, tematów niezwykle istotnych: wolności, kondycji artysty, Polskich i bycia artystą w Polsce. Dotyka tego, że Polska to może być uprawianie pomidorów, doglądanie ziemi, może też nią być komedia. Nie pierwsza to wprawdzie próba oderwania kurczowo trzymających się wizji mesjańskich i romantycznego woni kadzidła rodaków. Podobnie jak nie pierwsza to widownia obrotowa. Ważne jednak, że widz ma wrażenie odkrycia, każdy może mieć swoją Amerykę, tak jak każdy może mieć swoja prawdę i swoja Polskę.

 

W teatrze Gajdzisa, pierwszy raz od Szpaka Fryderyka nadmiar idei nie przysłania teatru.

 

Czy jest to teatr doskonały? Pewnie nie. Jest go jednak dużo, jest bardzo różnorodny, momentami totalny, zanurzony niemal w całej polskiej tradycji teatralnej. Użytymi środkami można by obdzielić kilka spektakli, jednocześnie nie ma wrażenia odpustu.

 

Wspaniałe przedstawienie jako przyczynek do dyskursu. Nie dostajemy pozycji ze spisu lektur, na którą swoje klasy przyprowadzą leniwi nauczyciele, przyjdą na Patrona ci z nich którzy chcą uczniów inspirować, chcą z nimi pracować.

 

Pojawią się pewnie głosy, że kontrowersja, że nie można mówić w teatrze tak bardzo wprost, jak w finale... Otóż można. skoro Gajdzis to robi i to bez większego wysiłku to znaczy, że można. 

 

Być może odrobinę dynamiki dodałoby wyciszanie w pewnych momentach Fredry, zróżnicowanie emocji. Być może...

 

Patron to jednak przede wszystkim blisko dwugodzinna wycieczka do teatru. A po to do teatru chodzę. Pewne momenty lepsze inne nieco słabsze. Nie mógłbym jednak powiedzieć, że mam mieszane uczucia.

To dobry spektakl. Momentami bardzo.

 

Gdyby ocenić ten spektakl również jako wyreżyserowane pożegnanie, ostatnie słowo, ta kwestia na koniec wypowiedziana sprawia, że zdejmuję kapelusz.

 

Jarek Mixer Mikołajczyk