• Jarek Mikołajczyk

Survival Folk - Sasha Boole/recenzja płyty

Oczy słyszą pierwsze. Potem jest dotyk, a dopiero po nim płyta ląduje w odtwarzaczu i zaczyna się słuchanie. Dziś wielu młodych muzyków nie dba: ani o nasz wzrok, ani o dotyk. Kolorowe, upstrzone okładki i nijaki w dotyku plastik. Sasha Boole, jednak zadbał o to, co trzeba. Czarna ręcznie złożona okładka z bristolu, przewinięta dratwą, zalakowana pieczęcią intrygowała jeszcze przed pierwszym słuchaniem. Matowa czerń i ciepło Hand Made to pierwsze wrażenie. Słuchacz otrzymał list, a może prezent – przecież lubimy odklejać pieczęcie.

 

Survival Folk. Jest już mafia folk Simone Salvatori, dlaczego nie miałoby być survival folka? Może tak właśnie trzeba by określać to, co gra Sasha. Życie dziś samo w sobie jest jak survival, nie trzeba się taplać w błocie niedostępnych lasów, by iść przez bagno. Ktoś kiedyś powiedział: życie to dżungla. Wszystko jasne. Folk Sashy Boole to sztuka. Sztuka przetrwania, miejska gra o drodze i o życiu. Zostawmy jednak dywagacje.

 

Intro – The Forst Day intryguje, nie przytłacza, po prostu wyruszamy w drogę.

 

Iron and Stone, dobrze nabudowany klimat, długi wstęp z trochę neurotycznymi smykami i harmonijką zapowiada, że tu nie będzie przeboju, a twarda opowieść. Sasha nie boi się tu kombinować; schemat zwrotka refren rozbity - długimi dźwiękami harmonijki. Proste bicie gitary trochę w kontraście z tłami skrzypiec i harmonijki. Dobrze budują dramaturgię kawałka i ciekawe brzmienie.

 

Would You Give Me a Hand, pozornie prosty kawałek. Tutaj jednak zarówno gitara, jak i smyki budują pewną monumentalność. Od pierwszych taktów wiadomo, że Sasha chce powiedzieć coś ważnego. W zwrotkach niesamowicie zbliża się właśnie do Simone Salvatrori i jego Spiritual Front. Inaczej budowane chórki czynią utwór niezwykle nostalgicznym. Piękna melancholia. To chyba najlepszy kawałek na bardzo równej płycie.

Doroga, opowieść z mocnym prostym biciem gitary. Bez ozdobników, zawodzące harmonijki w tle jedynie dodają surowej mocy tej niezwykle twardej życiowej historii. Piosenka trochę jakby niedokończona z zawieszonym finałem. Podskórnie dotyka dopiero na chwile po wysłuchaniu. Wokalnie bez akrobacji, pięknie i po prostej.

 

The Devil Is In My Bones, opowieść modlitwie w sercu i diabłu w kościach, nie prosty tekst o ziarnie i duszy i oczywiście o Złym. Taki song odwiecznego rozdarcia człowieka. Wcale nie idzie o panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Życie nie jest tak proste, ale dualizm rządzi.
The Devil's on my finger
and God's around my neck
i'm slowly walking empty road
All alone, all alone, all alone

 

Proste ciężkie bicie gitary i kolejna historia ciężkich rozważań, a jednak slow. Folk, który gdzieś tam w całej tej tradycji postdylanowskiej siedzi, a jednak nie jest czerstwy. Zaraz po Would You Give Me a Hand jeden z ważniejszych kawałków na płycie.

 

Коли стихнуть зайві звуки, kolejna pieść w języku ukraińskim. Smętna to pieśń, trochę jakby kto nam opowiadał przy piwie o ważnych sprawach lekko już zmęczony. Świetna piosenka tak na 3 rano. Muzycznie to dzieje się niewiele, poza tęsknymi okrzykami, raczej ascetyczny śpiew. Prawda o przemijalności i przewrotności losu nie potrzebuje baroku. Wczoraj koronacja, a dziś szafot tak już jest.

 

Заноза, raz jeszcze po ukraińsku. Bluesowo transowy wstęp, świetnie wkręca się w ucho słuchacza. Tęskne matowe tła harmonijki. Świetny efekt na wokalu, trochę arytmicznie w niektórych miejscach gitara blisko indyjskiego stroju, w relacji z oszczędną stopą wprowadza neurotyczną linię melodyczną. Transowy zawodzący śpiew. Piękny numer, który płynie gdzieś pozornie obok, ale dopiero gdy cichnie, zaczyna uwierać jak kamyk w bucie, drzazga w nodze, a nawet jak piasek w oku. Pieśń z tych bez podziału zwrotka refren, której moc dopada z opóźnionym zapłonem, kiedy już się wydaje, że o niej zapomnieliśmy.


I Will Take You to My Grave, song o miłości i przemijaniu, trochę new countrowa potoczysta gitara, bicie jak bieg pociągu. Oszczędnie zawodzi harmonijka. Bardzo rytmiczny kawałek. Jeden z tych, które świetnie rezonują na koncercie, dynamiczny zagrany z nerwem.

 

Impossible Dream. Śnić o niemożliwym zdarzyło się pewnie każdemu. Tęsknota do miejsc, których się nie odwiedziło. Droga, kolejny raz toczy się jak motyw przewodni. Nostalgiczny kawałek, tak naprawdę to po prostu opowieść. Życie potrafi zaskakiwać, kiedy zapuka właściwa osoba... Liryczna opowieść też chyba o szukaniu szczęścia i miłości. Sasha jest w tej pieśni trochę jak wędrowny pieśniarz z wieków srednich, któet zatrzymał się gdzieś pośród ludzi, by opowiedzieć ulotna historię, gitara jedynie towarzyszy schodząc gdzieś na plan tła.

 

Waiting for the doom. Nieodparte wrażenie, że gdzieś to słyszeliśmy. Kolejna prosta, piękna piosenka, taka, którą chciałoby się śpiewać gdzieś w odludnym miejscu może przy ognisku. Dylanowska harmonijka. I snuje się opowieść o kwiatach wiecznej młodości, o tańcu w sztormowa pogodę... Może to właśnie przez świetnie wyakcentowane forever young pieśń wydaje się znajoma... the sun will be the moon... Godne zamknięcie płyty...spokojna nostalgia, choć utwór raczej mroczny...to czekanie na koniec, na zagładę u Sashy nie jest beznadzieją.

 

Bonus. Alone and Frosaken. Powolna tęskna ballada, która pewnie kojarzona z survival horrorem. Pierwotna wersja Hirama King Williamsa, tego samego, którego obecny już Noblista Bob Dylan nazwał najlepszym pieśniarzem... I choć Alone and Frosaken, nie jest największym przebojem Hanka Williamsa, to chyba jedna z tych ballad miłosnych, które wpłynęły na wielu pieśniarzy. Głęboko brzmiąca gitara Sashy i wokal delikatnie na irlandzka modłę czynią tę wersję niezwykle mocną. Moc nie płynie to w wydzierania gardła. Gitara i harmonijka budują podskórne uderzenie, niezwykle dynamiczna, pełna dramaturgii wersja. Zdecydowanie więcej tu mocy niż w wersji Social Distortion. Bonus zdecydowanie zaskakujący, pozytywnie.

 

Survival Folk - Sasha Boole: to dobra, równa płyta. Sasha pokazuje się na niej z najlepszej strony. Słychać, że jest spadkobiercą zarówno tradycji Księstwa Bukowiny jak i tego, co przyniósł muzyce amerykański folk. Wokalnie sporo tu echa najlepszych z pogranicza gatunków, wprawdzie Survival Folk nie przynosi jeszcze kawałka na miarę Hurt śpiewanego przez Johnny Cash'a, trudno tego oczekiwać od młodego wędrowca. Nie ma tu też kawałka na miarę Hurricane - Dylana, bywają w tym neofolkowym klimacie kawałki bliskie Bastard AngelSimone Salvatori.

 

Jeśli dziś jest jeszcze miejsce na folk miejski, to właśnie tak on musi wyglądać. Dawno już stał się wartością pozaamerykańską, bez filtrowania go przez dzisiejsze brzmienia, przez pamięć muzyczną swoich stron jest archaiczny i asłuchalny.

 

Sasha Boole – kowboj z Ukrainy daje nam bardzo współczesną wersję takiego właśnie śpiewania songów. To jest przede wszystkim Survival Sashy, jeśli czytelne są inspiracje, to nie ma tu kalek. Naprawdę warto kupić tę płytę.

 

Survival Folk

Sasha Boole

wydawca

Aby Sho Mzk

 

Jarek Mixer Mikołajczyk