• Jarek Mikołajczyk

Wołyń - pomiędzy, szkic recenzencki

Film mocny i niezwykle potrzebny. Jako taki już w zapowiedziach budził emocje. Demony Wołynia odżyły w Polsce całkiem niedawno, uśpione przez lata, skazane na przemilczenie. Kresy wschodnie, o których tak często z tęsknotą różne środowiska mówią, że nasze. Być może kiedyś takimi były, ale czyje były wcześniej? Kto komu zabrał tu dom, kto kogo upodlił...Pytania, na które nikt dziś nie odpowie, albo każdy odpowie inaczej. Szukanie pierwszego winowajcy jest dziś bezzasadne. Z całą świadomością unika tych pytań Wojciech Samarzowski. Chyba właśnie dzięki temu udaje mu się obnażyć potwory. Ból jest tak samo silny, czy to Ty wszczynasz bójkę, czy gdy obrywasz, bo się bronisz. Z zasady trudno ustalić, w którym miejscu pojawia się smród i dym, zgnilizna zaczyna się rozprzestrzeniać powoli. Podobnie trudno ustalić źródło nienawiści. Pierwsze dowcipy, docinki rodzą się gdzieś pomiędzy zabawą, niby nic a piasek w bucie.

Te Kresy, nie ważne już czyje, a jednak idylliczne, dostajemy na dzień dobry. Przedziwne, że coraz młodsi Polacy tęsknią za nimi, jakby im były zabrane, taka tęsknota psychosomatyczna za czymś, czego się nie poznało.

 

Piękne obrazki polsko-ukraińskiego wesela. Na poły polski, na poły ukraiński obrzęd, bo przecież tak wygląda tu życie przed zarazą. Sąsiady po prostu, żyją obok, a czasem razem. Może ta codzienność wschodu jedynie Lachom, wydaje się szczęśliwością bez skazy, bo Ony pany, a Ukraińcy lepszej posady tu nie dostaną...

Podskórnie, coś musi pęcznieć, tego możemy się póki co jedynie domyślać. Smarzowski rozkręca film bardzo powoli. Paradoksalnie wesele radośnie się zaczyna, mniej już do śmiechu się kończy. Helena szczęśliwa, że wychodzi za Wasyla. Świat zdaje się wirować, wyścigi konne, potem walka na cepy, zwyczaje weselne. Folklor, ten prosty, obrzędowy bez wyraźniej granicy prawosławni, katolicy, Polacy, Ukraińcy...jest czysty, choć czasy i miejsce powoli czernieją. Miłość nie ma nacji, jest uniwersalna. To chyba nieśmiały postulat reżysera.

 

Pieśń płynie po wsi... Kiełkuje miłość Zosi Głowackiej do Petra - Ukraińca. Pełna młodzieńcza pierś rozdygotanej dziewczyny kuli się, gdy ojciec sprzedaje ją za morgi sołtysowi Maciejowi Skibie, bo Polak to pan, bo dobrze jej będzie...

 

Gdzieś w tym samym czasie, gdy Helena i Wasyl cieszą się ślubem, a Zosia przeżywa pierwsze kochanie, powoli w rozmowach przy wódce, zaczyna się szeptanie i nie są to dobre szepty baby. Tak to jest, gdy chłopy się za szepty biorą. Jedni na drugich, że to, tamto...rośnie przy stołach Lach Lachowi gada, Ukrainiec Ukraińcowi. Pochowane niechęci wychodzą zza pazuchy razem z wódką, która się leje, w tle handlują Żydzi. Jeszcze prawie sielankowo, a już coś uwiera. Gdzieś jedynie w rozmowach wypływają wzajemne niechęci, rysuje się pewna dysproporcja społeczna. Lach pan, Ukrainiec – sługa, Smarzowski, nie wnika, szkicuje we wspomnieniach; nie szuka odpowiedzi na to, jaka tego może być przyczyna, i co jest tego skutkiem. I jeszcze Sowiecka propaganda...truje coraz silniej, coraz bardziej antypolsko, choć po prawdzie antyludzko. Zostawmy jednak zdradzanie fabuły... Nie o to biega w recenzji przecież... To jednak świadomie, blisko półgodziny tak Smarzowski ciągnie pozorne niedzianie się nic. Widz zaczyna się zastanawiać, gdzie ta Rzeź Wołyńska, gdzie ta mocna filmowa historia, o której tyle słyszał, gdzie rzeka krwi i patriotyczny Kill Bill?

 

Świetnie prowadzona kamera, kolory budują wrażenie patyny – przeniesienia w czasie... Kino w obrazie Smarzowskiego, nie przestaje być kinem, choć ewidentnie służy sprawie, a sprawą jest prawda, tak mówi reżyser. Recenzja filmu o tyle trudna, że to, co w kinie najważniejsze – film zdominowała tu historia, fabuła, treść, jak zwał tak zwał. Montaż pozostawia sporo do życzenia, nader slow. Dynamika podbiłaby co trzeba. Może za dużo tej mgły, nieostrości...

 

Zaczyna się równia pochyła. Na pierwszy ogień Żydzi. Reżyser, który niemal usypia czujność widza, daje pierwszy strzał widzowi prosto między oczy. Dzieci, które chwilę wcześniej biegały razem...nie zapominają o tym. A jednak... Ukrywanie Żydów jest biznesem, ale jest też odruchem serca – zależy od człowieka, nie od narodowości. Jest też wskazanie na uciekające dziecko, strzał... Burza emocji rośnie, niezdrowych emocji. W tym wszystkim Zosia rozdarta szuka miłości i tak naprawdę tę miłość daje. Skiba wrócił z frontu do zupełnie innej wsi. Sąsiady patrzą coraz otwarciej na siebie spode łba. Sowiecka szkoła kwituje i prawosławie i katolicyzm jako zabobon. Agitacja, antypolska, antyludzka, Ukraińcy w jakimś mentalnym bagnie. Okaleczeni przez wszelkie możliwe tu nacje: Sowietów, Polaków i Niemców, choć u Smarzowskiego ci ostatni zupełnie w tle... Władza radziecka pokazuje wreszcie co myśli o wolnej Ukrainie. W te już sny o potędze, o wielkiej największej Ukrainie, w której tylko swoi, żadnych Lachów, Żydów OUN i Bandera. Zaczyna się krwawa siekierezada. Migotanie obrazów zamglonych, lecz krwawych. Jest jednak przecież i siekiera, którą Skiba obcina dłoń kradnącą kurę... Bestialstwo rośnie.

W całym tym popieprzonym czasie, który niczego nie usprawiedliwia, to właśnie Skiba, który kupił sobie Zosię za morgi do roboty na morgach i przy dzieciach, mówi o tym, że zwierzęta nie są takimi oprawcami jak ludzie... Sceny symbole – rozerwanie końmi emisariusza rządu londyńskiego przez Ukraińców. Płoną zagrody i wsie. W całym tym bagnie są jednak i Ukraińcy, którzy próbują ostrzegać, pomagać...jest pop, który mówi o prawie do współistnienia, różnych wyznań, narodowości i kultur, jest też i ten drugi, który błogosławi siekiery i kosy na żniwa, porywa wiernych w cerkwi do żniw, by wyrżnęli polski kąkol... Przez tak niedawno urocze Kresy, gdzie bywało różnie, ale sąsiedzi byli sąsiadami, przetoczyła się Armia Czerwona, po niej Niemcy, gdzieś jeszcze po lasach polscy żołnierze. Ukraina wyniszczana metodycznie przez Sowietów. I wreszcie zbiorowe szaleństwo.

 

Tempo rozwoju akcji wyprzedza rytm i tempo filmu. Kino chyba jednak nie nadąża za treścią, to może być zabieg celowy. Niestety nie ma pewności.

W tym wszystkim Zosia uwikłana w małżeństwo ze Skibą wierna miłości do swojego Ukraińca, rodzi dziecko, ukrywa Żydów, coraz bardziej też troszczy się o dzieci Skiby, te z poprzedniego małżeństwa... Nie ma mocnych, gdzieś Zosia tli się jak nadzieja, że miłość nie tylko u Marqueza możliwa jest w czasach zarazy, sploty zdarzeń, propaganda, pamięć o krzywdach. I ten piękny koniec, w którym niby ta miłość zwycięża, a jednak jakby sił już nie byłoby się cieszyć...Tyle że czy jest z czego? Bo komu to raczej nie ma...

 

Wracając do filmu, w sensie obrazu, produkcji, a nie tylko historii. Jeśli można mówić o aktorstwie czy o kreacji to niewątpliwie mamy dwie znaczące role. Michalina Łabacz Zosia Głowacka, choć zgodnie z rysem postaci nakreślonym przez reżysera, z minuty na minuty gaśnie, ma do dyspozycji najszersze emocje spośród bohaterów. Gra matowo, a jednak jest kontrastem, punktem odniesienia. Debiutantka unosi ciężar obserwatorki i pryzmatu, przez który przepływa cała groza Wołynia.

 

Arkadiusz Jakubik jako Maciej Skiba chyba odwrotnie, wyraźny nieco butny bohater, pan na wsi, gubi siebie i rezon, a jednak dojrzewa. Grany mocno, emocjonalnie, doświadczenie zabiera pierwotną butę, a jednak złe emocje to podstawa, po której musi się poruszać. Szkoda, że tak szybko Smarzowski go uśmierca. To w istocie obok Łabacz – oś aktorstwa w filmie.

 

Jest jeszcze Lech Dyblik jako Hawryluk.

Aktorzy ukraińscy grają lepiej niż poprawnie, reżyser chyba jednak nie daje im szansy na pełną kreacje. Na budowanie postaci Wasyla i Petra mało tu miejsca. Niewątpliwie sam udział aktorów ukraińskich jest ważnym dla przesłania filmu. Choć samo przesłanie, chyba bardziej zawarte w materiałach promujących film niż w samym filmie.

 

Okrojenie Wołynia do tego krótkiego okresu, do konkretnych zdarzeń, pozwala pokazać uniwersalną prawdę o bólu, o tym, że łatwo podpalić nienawiść. To fakt. Nie daje jednak szansy na pokazanie konkretnego źródła, konkretnych uwarunkowań. Wołyń to film o nienawiści umieszczonej w przestrzeni Kresów, bez kresowych kontekstów. Smarzowski pokazuje Ukraińców przysięgających nienawiść wszystkim, nie Ukraińcom... Pokazuje Ukraińców, którzy palą żywcem dziecko w snopku, mordują, odzierają ze skóry, tyleże tak naprawdę robi to tak, jakby za Ukraińców można było podstawić dowolnych oprawców, za Polaków dowolne ofiary. Smarzowski nie pokazuje Ukrainy niszczonej i głodzonej metodycznie przez sowietów. Opowieść o Wołyniu, jeśli ma być filmem pojednania, czy opowieścią o konkretnych zdarzeniach, musi być usytuowana w konkretnych kontekstach. Mord na Wołyniu nie wydarza się w Bośni czy w Warszawie XXI wieku, nie wydarza się nawet we Francji. Tu nie ma pojedynczych terrorystów, zło jest powszechne, nienawiść dotyka całe wsie.

 

Prawda o ogromie rzezi w tym filmie jest jednostronna. Brutalność, a raczej brutalizm i rozmiar tego, co czynią Polakom – Ukraińcy przyjmą z radością środowiska narodowo-patriotyczne, które już dawno anektowały temat, jak wszystko, co polskie, nawet jeśli nie do końca polskie. I ten nikły odwet Polaków też nam na rękę. No owszem Lachy też brutalni i swoją zabili za zdradę...ale mało krwi leje się po ukraińskiej stronie... Uniwersalność za to zadowoli tych, którzy szukają protest songu – filmowej pieśni o nacjonalizmie i o tym, że to ZŁO. Czy jedni i drudzy mogą mieć rację?

 

Nie sądzę. Mit obiektywizmu, XX wieczna ściema. Trudny ten klucz, którego Smarzowski nie daje widzowi na tacy.

 

Most, przez który wjeżdża półprzytomna Zosia w końcowej scenie, miał połączyć byłych sąsiadów. Nie połączył? No raczej. Ukraina w totalnie krytycznej sytuacji, chyba nie będzie miała czasu zatrzymać się nad filmem, nad Wołyniem. Coś sobie wybaczaliśmy na Majdanie, nie do końca to prawda... Oby dokończył to Wołyń. Most na pewno rzucił Wojciech Smarzowski pomiędzy ostatnich, którzy byli dziećmi, a pamiętają, a ich wnukami. Pomiędzy rozpamiętujących tamte wydarzenia Kresowiaków, którzy nieustannie przypominają, napominają, piętnują a tymi, którzy już mają dość, którzy nie dowierzali. Uwiarygodnił Smarzowski te niepojęte ich opowieści... Jako naród miejmy nadzieję, nie znaleźliśmy sobie swojego holocaust, najgorsze co może zrobić każdy naród, nawet wybrany.

 

Co więc przyniesie Wołyń jaki rezonans – pokaże czas. Jest nadzieją na Katharsis.

 

Charakteryzacja i kostiumy oparte na stereotypie czasu i miejsca – a może prawdzie i najwięcej roboty przy ranach, krwi odzieranej skórze...
Muzycznie w punkt, bo inaczej chyba się nie dało. Trzaska lubi Smarzowskiego z wzajemnością.

 

Ważna opowieść to już pisaliśmy. Poważny film z namysłem. Wbrew zapowiedziom, nie jest to jednak morze krwi, która płynie gęsto, ale jakoś powolnie... Jest zagubione człowieczeństwo. Technicznie arcydziełem ten film nie jest. Trudno jednak znaleźć szczególne mankamenty. Wydaje się, że przyszedł czas w polskim kinie na filmy o czymś i po coś. Może nawet zbyt geste od treści. Tego chyba nam trzeba.

Nie jest to film, po którym można spokojnie rozegrać partyjkę pokera, nie da się też pewnie wypić chianti do kolacji. Choć i to nie jest pewne.

 

Wojciech Smarzowski

reżyseria

Wojciech Smarzowski

scenariusz

Piotr Sobociński Jr.

zdjęcia

Mikołaj Trzaska

muzyka

Stanisław Srokowski

materiały do scenariusza (opowiadanie)

Paweł Laskowski

montaż

Marek Zawierucha

scenografia (scenograf)

Paweł Grabarczyk

kostiumy

 

obsada:

Michalina Łabacz - Zosia Głowacka   

Wasyl Wasylik - Petro       

Arkadiusz Jakubik - Maciej Skiba    

Adrian Zaremba - Antek Wilk    

Lech Dyblik - Hawryluk        

Jacek Braciak - Głowacki        

Izabela Kuna - Głowacka   

 

film oglądaliśmy w kinie Helios

 

Jarosław Mixer Mikołajczyk

zdj. materiały dystrybutora

PS:
1. Bywali i tacy, którzy już na filmie "wpieprzali" popcorn z orłem na piersi. Znaczy popcorn był amerykański, orzeł na piersi był widza patrioty. Być może mieszane uczucia to pytanie o sens, zrodzone poprzez wrażenia poza filmowe. Kolo, na oko klasa średnia przyszedł do kina z synem. Rząd 5 miejsce 9 komentuje. I to jak komentuje. Skiba obcina rękę temu, który ukradł kurę. Pan tak w ramach umoralniania młodzieży i nauki historii tak na dwa rzędy rzuca: i dobrze mu kur... Chwilę po tenże bez ręki przynosi dowód odwetu... Pan na to równie głośno: Kur... co za ch.... W sumie trzeba mieć odwagę obnażyć swój intelekt tak centralnie przy dzieciaku...

 

2. Czy Wołyń odkrył to co kiedyś ktoś nazwał Ludzie Wschodu? Pewnie niechcący.

 

3. Ludzie ludziom zgotowali ten los - napisał, ktoś w innym odniesieniu. Niepojęte? Kiedy Amerykanom zwaliły się Dwie Wieże zginęły 3 tys. ludzi, z tymi co zostali okaleczeni pracowało z 10 tys. psychologów, psychiatrów i terapeutów. Kiedy na Kresach przelała się Armia Radziecka, a potem Niemcy, kiedy wcześniej Sowieci niszczyli Ukraińców masowo i w sposób zorganizowany, kiedy Polacy poczuli się zdradzeni o świcie, kiedy waliły się Dwa Narody i ginął Trzeci - oprócz radzieckich i innych trucicieli nikt nie zainteresował się kompletnie nikt, bo i chyba nie miał kto. To musiało zapłonąć...To musiało boleć...Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, nie śmiem nikogo osądzać.