• Start
  • Recenzje
  • Wyścig świń - Bez kurtyny jarmarcznie w dobrym rozumieniu
  • Jarek Mikołajczyk

Wyścig świń - Bez kurtyny jarmarcznie w dobrym rozumieniu

Ludyczna koncepcja działania, które twórcy Bez Kurtyny nazwali Wyścig Świń, nie pozbawiła go sensów i odniesień poza teatralnym tu i teraz. Akcję usytuowano tym razem na plaży. Udźwiękowienie, a raczej improwizowaną warstwę tła muzycznego teatry powierzyły gitarzystom gnieźnieńskiego Fuse, zabieg ten świetnie sprawdzał się zwłaszcza we fragmentach, gdy nakręcający działanie: narrator i koryfeusz Marek Kościółek operował głosem trochę jak Titus z Acid Drinkers. Prosta fabuła, zahaczająca w bardzo delikatny, acz czytelny sposób o królewskość Gniezna, chwyciła. Król Karol Barcki w błyszczącym niebieskim stroju kickboxera szykuje się do odejścia w bliżej nieokreślona przestrzeń zaświatów. Czas więc wybrać następcę. Jak to jednak bywa, ojciec dość niezdecydowany jest, zatem o wyborze następcy rozstrzygną igrzyska. Tu pojawiają się aluzje do Rio: drobne, czytelne, a jednak niewyznaczające działania. Temperaturę widowiska dyktują teraz potyczki plebejskie. Zanim jednak król i prowadzący i komentujący zdarzenie aktorzy zarządzą bezpośrednie rozgrywki rozstrzygające pomiędzy królewską dziatwą, pojawiają się pytania o wolę ludu, które nadal niczego nie rozstrzygają. Cześć konkurencji przenosi ciężar na udział widzów, tu głównie dzieci stają w szranki w arcytrudnych zmaganiach, takich jak choćby rzut butem, dorośli widzowie zaś wyścig taczek na plaży. Totalny powrót do teatru jarmarcznego, gdzie właśnie potrzeba rywalizacji i zabawy staje się osią opowieści snutej przez ekipę Kościółka, Barckiego i Pławskiego.

Zadział się więc teatr nieprzewidywalny, gdzie śmiech budzą sami widzowie anektowani na aktorów fragmentu widowiska. Pojawia się zdrowy śmiech sytuacyjny niewyreżyserowany i wydumany jak w polskim kabarecie, gdzie 70% tego śmiechu bywa wymuszana przez nachalność kabareciarzy. Jest śmiesznie, bo kiedy but wpada na dach ciężarówki, to w zaistniałej konkretnej sytuacji po prostu jest to śmieszne, salwy śmiechu budzi tu też trafienie przez małą dziewczynkę butem w uchyloną przestrzeń ciężarówki. Możemy się zżymać, że to pusty śmiech. Warto jednak przypomnieć, z czego śmiejemy się, gdy w niemym kinie pojawia się Chaplin czy Buster Keaton? Od zawsze, teatr jarmarczny śmieszy kopaniem po tyłkach, upadkiem aktora i prostą sytuacją. Zdrowy to śmiech, bo tak naprawdę nie śmiejemy się z tego, co upada a z samego upadku. Strzał z buta przez małą dziewczynkę czy chłopca na dach ciężarówki – jest śmieszny w tej konkretnej teatralnej sytuacji, nikt tu się nie śmieje z dzieci... To zdrowy niewymuszony śmiech – katharsis może się odbyć w teatrze przez łzy, wzburzenie czy lęk, ale może i przez śmiech.

Metafora demokratycznych wyborów, paradoksalnie ogłoszonych przez monarchę, bardzo prosta bez zawoalowań. Przecież tak to jest, że najczęściej wybieramy tych, co mają żółte portki, albo najszybciej zjedzą ogórka. Nieco rubaszny Król ewidentnie jednak ma ogłoszone przez siebie demokratyczne poczynania gdzieś. Ogłasza remisy lub unieważnia niepasujące mu wybory.


Bardzo burleskowe szukanie trufli powoli prowadzi już ostatecznemu rozstrzygnięciu. Większość dziatwy królewskiej rwie się do tronu dość wyraźnie jak ku ześwinieniu. Najmłodsza dość nieporadna córka ostatnia zjada ogórka i tak ogólnie...Poza wyścigiem. Dobrze zarysowane postaci. Brak zagłownego mikrofonu u króla – zasadniczej po narratorze – opowiadaczu osoby utrudniało nieco odbiór i chyba też zmniejszało dynamikę działania. Mimo wszystko rzecz jest czytelna.

 

Rzec można wybór, oddano w ręce Dżina, choć tak naprawdę był on tylko papierkiem lakmusowym. Wydobyty z butelki płynu do naczyń Dżin pojawia się z ciężarówki, której opuszczana klapa staje się magicznym pudełkiem lub kulisami kilkukrotnie. Na prośbę Króla Dżin rzuca zaklęcie na wszystkie zdradliwe, chciwe dzieci i przemieniają się w świnie zagnane na ciężarówkę. Pozostaje, rzecz jasna najmłodsza córka.

 

W istocie to pozostanie córki pewnie trafne rozwiązanie, przez moment jednak wydawało się, że oto przeżyjemy prawdę o rozbiciu dzielnicowym.

Recenzja zasadniczo powinna unikać streszczenia, zająć się użytymi środkami teatralnymi, tym czy było czysto, ile było w działaniu teatralnego brudu, jeśli był. Zapewne też wedle kanonu winniśmy się skupić na grze aktorskiej, a w przypadku tego typu zdarzenia na umiejętności improwizacji, na ograniu sytuacji i reakcji publiczności...

 

Tym razem jednak, kiedy mamy do czynienia ze zdarzeniem jednorazowym; w domyśle niepowtarzalnym, a do tego autorskim, ocena treści, czytanie sensów wydaje się istotne.

Historia stara jak świat, a nawet jeszcze starsza, bo stara jak Gniezno, które było w mniemaniu gnieźnian mitycznym prapoczątkiem. Tron, zbliżające się zejście króla i walka dziatwy. Rzecz zgubna jak rozbicie dzielnicowe, a jednak powszechna bardziej niż rodziny królewskie, opowiedziana przez trupy Marka Kościółka, Marcina Pławskiego i Karola Barckiego w prosty, zabawny i dynamiczny sposób. Narracja jarmarczno-cyrkowa, którą posługują się autorzy, uwypukla treści, które działają podskórnie, by uderzyć dopiero po wszystkim, kiedy już fala śmiechu ucichnie.

 

Perfekcyjna rola opowiadacza, komentatora i kreatora zdarzeń po raz kolejny pokazuje Kościółka, niezwykle skoncentrowanego z widocznym skupieniem na twarzy, jednocześnie bacznie obserwującego publiczność i sytuacje przypadkowy, by celnie zareagować lub spointować. Lider Krzyku to przede wszystkim 100% świadomość sceny, nawet jeśli tej sceny de facto nie ma, nie ma też cienia wątpliwości ani przez moment, że to napięcie, które emanuje z aktora to po prostu bycie w rzeczywistości teatralnej na sto procent.

Dobre podegrania drugiego prowadzącego – Janka?.

Karol Barcki w pewnej swojej nieporadności – zupełnie inny styl gry niż Kościółka wbił się w role króla bardzo wyraziście.

Pisaliśmy już, powinien mieć mikrofon zagłowny. Dzieci zagrane żywiołowo, przez większość. Dobrze nieco ślamazarny aktor grający najmłodszą córkę – w kontrze do reszty. Dżin – jak trzeba.

Zespół uniósł zarówno to, co zapewne przygotował w partyturze, jak i to, co dodała improwizacja. Perfekcyjne ogranie przestrzeni plaży i ponownie dobre wykorzystanie ciężarówki.

 

Po raz kolejny Bez Kurtyny podjęło ważne tematy, a jednak w innej nieco lżejszej formie. To dobrze. Bardzo rzetelne wydarzenie, ponownie zespół mimo improwizacji nie zagrywa się, nie gubi granic dobrego smaku. Tak się to robi. Prowokacja nie polega na wysyłaniu dzieci w nikabach do katedry. Teatr odpowiedzialny prowokuje opowieścią, opowiedzianą przez siebie. Tym razem Bez Kurtyny zebrało brawa, forma i treść lżejsza nie przytłoczyła odbiorców. W tym rzecz nie można cały czas na ostro i po pysku... Czasem widz musi wygrać ciasteczka, banana czy czekoladę.

 

zdj. Damazy Gandurski 

Jarek Mixer Mikołajczyk