• Jarek Mikołajczyk

Teatr Dada von Bzdülöw w Teatrze Fredry

Teatr Dada von Bzdülöw pokazał wczoraj u Fredry spektakl Intro. - Dwadzieścia lat pełnej sukcesów kariery artystów z ugruntowaną pozycją w środowisku polskiego teatru tańca. Widowisko na styku aktorstwa i tanecznej ekspresji. Nowoczesny, wyrazisty, z klarownym przesłaniem - tak Teatr Fredry anonsował ten wieczór. Trzeba przyznać, że było w tym sporo prawdy i nie dotyczyła ona jedynie lat działalności. 

 

Zanim o samym spektaklu, warto nadmienić, że choć przewidziany był na widownię jedynie na parterze, Teatr Fredry ze względu na duże zainteresowanie otworzył także balkon. Sam Teatr to grupa licząca się pośród teatrów tańca w Polsce. - Nazwa teatru Dada von Bzdülöw nawiązuje do międzynarodowego ruchu artystyczno-literackiego w sztuce XX wieku, którego główne hasła to dowolność wyrazu artystycznego, zerwanie z tradycją i swoboda twórcza odrzucająca istniejące kanony. Założony przez choreografa i reżysera - Leszka Bzdyla oraz tancerkę i choreografkę - Katarzynę Chmielewską, działa w Gdańsku nieprzerwanie od 1992 roku. Mimo dwóch dekad istnienia, najnowsze produkcje gdańskiego teatru wciąż jednak pozostają pełne żywiołowości, młodości, entuzjazmu i odwagi.Leszek Bzdyl prowadził już w Gnieźnie warsztaty z młodzieżą.

 

- Dzięki zróżnicowanemu zapleczu edukacyjnemu i zawodowemu udało mu się wykreować unikalny styl grupy, dopełniony inspiracją działaniami dadaistów i twórczością polskich pisarzy. Ruch, taniec, słowo, tekst, gra z formą i konwencją stały się trwałymi wyznaczniki prac Teatru Dada von Bzdülöw.

Jego zespół wypracował sobie własny, rozpoznawalny styl. Jako niezależna grupa tancerzy i aktorów realizuje poszczególne spektakle w kooperacji z polskimi i zagranicznymi instytucjami kultury. Grupę tę z powodzeniem można zobaczyć na licznych polskich i europejskich scenach. Na swoim koncie ma też występy na całym świecie, do tej pory teatr odwiedził Anglię, Belgię, Cypr, Chiny, Czechy, Danię, Estonię, Finlandię, Francję, Indie, Irlandię, Islandię, Izrael, Koreę Południową, Litwę, Niemcy, Palestynę, Rosję, Rumunię, Słowenię, Szwajcarię, Szwecję, Węgry, Włochy i Stany Zjednoczone - czytamy w materiałach Teatru. 


 

„Into” - niewątpliwie roztacza taneczny powab, a taniec styka się tu z różnorodnymi tradycjami, aktorzy poszukują inspiracji w sobie i otoczeniu, mimo stabilnej marki teatr nie boi się eksperymentu choreograficznego. W wielu punktach udanego, choć bywają momenty grania taneczną sztampą, której konsekwentnie unika Katarzyna Ustowska. Przepiękna "etiuda" z młynkiem do kawy będąca mixem japońskich ugiętych nóg i elementów klasyki baletowej z bardzo nowoczesną ekspresją ciała. Piękny powrót do motywu już bez młynka w ręku, pod koniec spektaklu. Kilka ładnych momentów trzeba przyznać miał każdy z czwórki występujących w Gnieźnie aktorów: Leszek Bzdyl, Katarzyna Chmielewska (to oni wyreżyserowali „Intro”), Katarzyna Ustowska i Piotr Stanek. Piękna solówka chaplinowsko-burleskowa Leszka Bzdyla - wzruszający moment, niebywała lekkość gestu i kroku. Aktorom w tym spektaklu towarzyszy zespół muzyczny Nagrobki, który tworzą: Adam Witkowski (Bębny, śpiew) i Maciej Salamon (gitara i śpiew). Muzyka na styku noise i post punka pięknie wpisała się, a może nawet wytyczała motorykę przedstawienia. Dobre połączenie mocnych tekstów podawanych przez aktorów z tekstami Nagrobków. Tu zdecydowanie partie Chmielewskiej i Stanka trafiają widza prosto w trzecie oko, rzecz chyba nie tylko w liście pożegnalnym Polaka - Czeczena gotowego wysadzić się dla Polski w zamachu samobójczym a właśnie w pewnej mechanice słowa. Trudno odmówić siły scenie zbiorowej o fundamentach, portkach i fundamentaliźmie, w której trójka aktorów ubiera Katarzynę Ustowską w nikab.

Plastycznie pięknie gra później założony na tę samą aktorkę nikab w polskich barwach narodowych. W tle pojawia się ogromna biało-czerwona flaga z napisem Teatr Narodowy Dada von Bzdülöw. I jeszcze moment gdy uderzając zaciśniętymi pięściami o uda aktorzy wystukują rytm Mazurka Dąbrowskiego wypowiadając jego tekst niemal bezgłośnie. Wydaje się, że mimo iż, teatr oparł się głównie na tańcu i ekspresji ruchowej siłę stanowi fuzja form, brak rezygnacji ze słowa i nietanecznych działań aktorskich. Trudno powiedzieć, ze przedstawienie jest mocne, ze cokolwiek demoluje świadomość widza. Nie ma tu prostej definicji ani polskości ani jej obśmiania. Ośmieszenie pewnych postaw, raczej nacjonalistycznych niż narodowych nie odbywa się tu na płaszczyźnie płaskiego dowcipu w stylu Jasia Kapeli. Nikt tu nie naigrywa się z Polski, owszem użyte jako figury teatralne zostały symbole narodowe, nie ma jednak taniej szydery. Zdarzają się jak pisaliśmy momenty przewidywalne jeśli chodzi o taniec, trudno jednak by w pełnym spektaklu granym bez zasłony rekwizytami i scenografią jedynie przez czwórkę aktorów bez przerwy widz był pozamiatany. Minimalizm rekwizytu, generalnie trochę teatr ubogi, zagrany bez większych potknięć. Treść ważna choć potraktowana dość jednoznacznie, mogła poruszyć, mogła też poirytować wydaje się jednak, że to bomba z opóźnionym zapłonem uporczywie powracających refleksji na długo po ostatnich oklaskach. Uczciwie zrobione widowisko, z jasnym przesłaniem bez drwiny z myślących inaczej niż reżyserzy, chyba tak powinna poszukiwać sztuka zaangażowana. Epoka tanich happeningów przeminęła na dobre zanim się jeszcze w Polsce zaczęła. To dobrze. Wydaje się, że to był istotny wieczór.

 

Dobre przedstawienie z mankamentami ale i z momentami, których było więcej. Rzetelny teatr, jeśli bez absolutnego Piękna, które jest jedyną miarą sztuki to jednak bez przekraczania granic dobrego smaku, bez taniej prowokacji, czysto. Dziś to bardzo dużo, może nawet więcej niż się wydaje.

 

Teks i zdjęcia

Jarek Mixer Mikołajczyk

 

więcej zdjęć