• Start
  • Recenzje
  • Joszko Broda goście i przyjaciele koncert Debora w eSTeDe
  • Jarek Mikołajczyk

Joszko Broda goście i przyjaciele koncert Debora w eSTeDe

Debora to tytuł koncertu – projektu, z którym wystąpił Joszko Broda i złożony przez niego na te okoliczność zespół. Koncert zamykał VII Festiwal Wyobraźni w Centrum Kultury eSTeDe. Festiwal dziwny, bo podporządkowany historii i dacie, którą w tym roku wycierano sobie gębę przy każdej zasadnej, lub niezasadnej okazji. 1050 rocznica Chrztu Polski w kontekście koncertu przygotowanego przez Joszko Brodę była jednak na właściwym miejscu.

Jeśli jest coś trwałego, co faktycznie jest spuścizną, skutkiem, a może dziedzictwem Chrztu, coś czego w żaden sposób nie musimy się wstydzić, to właśnie polska muzyka ludowa, oraz ta, która czerpie z niej inspirację. W pewien renesans korzennej polskiej tradycji muzycznej, obok takich postaci jak Apolonia Nowak, czy Adam Strug wpisuje się od pokoleń rodzina Brodów. To właśnie Józef Broda senior jest jednym z najważniejszych edukatorów muzycznych w tej dziedzinie. Jego syn Joszko to także niezwykle ważna i barwna postać na scenie czerpiącej ze źródeł. Joszko Broda grał w Gnieźnie już kilkukrotnie w różnych zestawieniach, legendą miejską niemal jest jego wspólny koncert z Darkiem Malejonkiem w Radiu św. Wojciech...

Niewątpliwie, choć pewnie sam nigdy by tak nie powiedział Joszko to geniusz muzyczny, dziś jednak jawi się nie tylko jako wirtuoz, ale też jako muzyk dojrzały. Szalone, niekiedy niemal nie realne projekty, jak choćby koncert kolęd pod koniec lat 90-tych w gnieźnieńskiej katedrze z udziałem: Maleo, śp. Stopy, Budzego, Mrówy i Haliny Młynek oraz samego Joszko, dziś zastępują równie niebywałe w zestawieniu muzyków, ale zupełnie inne formalnie projekty. Naturalna kolej rzeczy.

Takim przedsięwzięciem był niedzielny koncert Debora. Obok spinającego projekt, dyrygującego i grającego partie na instrumentach ludowych Joszko Brody na scenie amfiteatru eSTeDe pojawili się: Grażyna Auguścik - śpiew, Adam Bałdych - skrzypce, Franciszek Pospieszalski – kontrabas, Dima Gorelik – gitara, Frank Parker – perkusja oraz chór góralski. Praktycznie mieliśmy więc na scenie zestaw mistrzowski, niezależnie od wieku występujących artystów. Połączenie jazzowego grania z muzyką i tradycją ludową, nie jest niczym nowym w polskiej muzyce, wystarczy wspomnieć wczesne działania Zbigniewa Namysłowskiego czy choćby niektóre dokonania Grażyny Auguścik z jej fenomenalną płytą Inspiret by Lutosławski. Wydaje się, że projekt Debora miał pokazać wypośrodkowaną wersję tej fuzji. W części jazzowej to się sprawdziło w 100 %.

 

Niesamowite skrzypce Adama Bałdycha, wpasowały się brzmieniem i ekspresją,( która mogłaby być wypadkową Grapelliego i Daniela Ahaviela) w to połączenie wnosząc potężną dawkę energii. Bałdych, jest bez cienia wątpliwości jednym z potężniejszych skrzypków na świecie, choć pozornie w projekcie Debora nie był dostatecznie wyeksponowany – to co zagrał było czyste i absolutnie piękne.

Fantastycznie pracowała sekcja rytmiczna, w której na równych prawach Franciszek Pospieszalski pompował puls z Frankiem Parkerem. Uznany bębniarz pozwalał na basowe popisy młodego polskiego basmana, ramy jakie stworzyli pozwoliły płynąć gitarzyście Dimie Gorelikowi. Wirtuozerska gra gitarzysty momentami stylistycznie i brzmieniowo kompletnie obok warstwy folkowej ale j jazzowej momentami brzmiała wręcz epicko były jednak momenty, w których wydawała się być nieprzystająca do reszty, co nie przyćmiło umiejętności technicznych Gorelika.

 

Grażyna Auguścik zawsze z ogromną klasą i zawsze gdzieś w swoim nurcie obocznym. Daleko od jazzowego efekciarstwa i mainstreamu. Tak dalece wszechstronna by grać z mistrzami zza Wielkiej Wody, ale też by eksperymentować z niekiełznanym szamanem dźwięki – Włodkiem Kiniorskim, a jednocześnie przewrócić trzewia słuchacza ortodoksyjnie polskim Szumi dolina, nagranym właśnie z Joszko. Na koncercie w eSTeDe bliżej swojego Lutosławskiego i joszkowego folkloru. Może bardzo stonowana, gdzieś na tym diapazonie, gdzie już nie pojawia się dzikość, dama na scenie i tyle. Pięknie, bez udziwnień, czasem może troszkę mało.

 

Chór góralski, trochę grzeczny, za mało na całe białe gardło, na całe płuca, tak by się echo odbiło od wież katedry. Generalnie chyba trochę mało tego co siłą Joszko i całej familii Brodów – mocy gór ich surowego piękna.

W całym tym koncercie; kierownik, dyrygent, wizjoner i wreszcie coraz potężniejszy muzyk - Joszko Broda okazał za mało zaufania właśnie sobie. Nie rozpędził się, chyba nie tylko w śpiewie... dużo piszczałek, ale tych delikatnych, gładkich w dźwiękach...Magiczny, absolutnie piękny moment z fujarą sałaską. ABSOLUT...Piękniej jest chyba tylko gdy śpiewa Adam Strug – Którz tam po kómorze...albo Józef senior zapoda Boże, Boże, wielki, albo gdy Riccardo Muti konduktoruje Requiem Verdiego czy Stabat Mater Pergolesiego, może jeszcze jak Patton śpiewa z Bjork - Where Is The Line...Dlaczego tak krótko?

 

Joszko chyba tak naprawdę swój geniusz i mistrzostwo pokazał tylko w kilku momentach. Zdecydowanie z małego metalowego instrumentu pt. drumla wykrzesał tyle, że nie ma słów. Z drumlą w ustach Joszko stawał się muzyką, choć to taki mało muzyczny instrument.

Dobry koncert. Wirtuozersko bez zarzutu, owacje na stojąco – podsumowują wszystko. Trochę brakowało momentami tego o czym pisaliśmy, prostoty i surowej siły, wokalu Joszko, takiego na granicy...Takiego bez kompromisu...A jednak Od Morawy deszcz idzie i Szumi dolina...

 

Jarek Mixer Mikołajczyk