• Start
  • Recenzje
  • Mamadou & Sama Yoon – Umbada - recenzja płyty
  • Jarek Mikołajczyk

Mamadou & Sama Yoon – Umbada - recenzja płyty

Gdzieś w tyle głowy włącza się ekspresja z łagodniejszych kawałków jakie nagrał Fela Anikulapo Kuti. Choć płyta Umbada - Mamadou & Sama Yoon podobnie jak Senegal nie graniczy z Nigerią, nie sąsiaduje bezpośrednio z afrobeatem Feli, jest w niej pewnie wypływający z tego samego źródła - Afrodisiac. O ile Mamadou Diouf jest bardziej opowiadaczem historii, a Fela bywa rozpalonym szamanem, to jest tu i tu; momentami zbliżony saxofon i rytm. Współtwórca płyty grywa tu i dość drapieżne nuty – Grzegorz Rytka, gra na saxie zarówno delikatne tła jak i gęste drapieżne dźwięki. Płyta rozwija się powoli, a jej potoczystość delikatnie wkręca, jest to jednak spokojny trans bez amoku. Bardzo przyjazna dla ucha płyta, bez banału.

1. Prélude á mangi xaar – piękny spokojny wstęp do opowieści, jaką jest ta płyta. Instrumenty tworzą jedynie plumkające tła. Wokal, który tu jedynie zapowiada, że coś się wydarzy, że warto się zatrzymać - płynie głównie przy dźwiękach kora, a ta muskana jedynie palcami Buba Badjie Kuyateh czaruje...jest trochę mandoliny.

 

2 . Mangi xaar, wyraźny puls, buja bez wgniatania w fotel, takie sobie: pum pum pum basu, podbite prawie zapętlonymi w rondo klawiszami i jeszcze trochę schowanymi, za to pięknie akcentującymi dęciakami – słuszna bardzo gościnka Łukasza Hodora – puzon i Piotra Korzeniowskiego z trąbką. Póki co perkusyjnie jeśli nawet gęstawo to bardzo spokojnie, prawie na szepcie. Przepiękny aranż. Oczywiście Mamadou płynie po dźwiękach swoim czarownym śpiewem. W tę delikatnie afrocountry (#mandolinatrochejakbanjo) pioseneczkę, bardzo lekko wplata się Pablopavo. Jest zresztą na całym krążku tylko na jedną zwroteczkę, a jednak niczego nie burzy i pozostaje w pamięci – tak robi maestro.

 

Nawet nie masz pojęcia

jak czasem chciałbym wrócić

do siebie lat temu dwadzieścia

tamtą energie w sobie ocucić...

 

Na rzeczywiste afrocountry jeszcze przyjdzie czas na krążku.

 

3. Aminata – klawisze i kilka oszczędnych oddechów udu, wprowadzają trochę manzarkowym klimatem, muzycznie The Doors z dęciakami zakręca gdy Mamadou zaczyna radosny śpiew. Taka radość, trochę pod nosem wymamrotana, gdzieś z wnętrza, a nie, że się ktoś przewrócił....Prosto w punkt gdzieś po rantach bębnów i rama basu solidna, ponad 5 minut lekkiego uniesienia. Darabuka daje znać gdzieś pomiędzy tym wszystkim. Świetnie pracują wokale z tła, to nie tylko kwestia Pako Sarr.

 

4. Afrocountry – czy ten kawałek jest faktycznie blisko country? Jeśli myślimy o zabawie, i pewnej chropawości pewnie tak. Gęsto, bardzo gęsto od rytmu, od wszelkich perkusyjnych i wyraźnie punktowanego basu. Dęciaki też pulsują, rozkręcając motorykę bliską właśnie afrobeatu. Klawisze ponownie bez przytłaczania, ale wyraźnie zaznaczają obecność – trochę zawinulowo. Mamadou trochę na warknięciach i chrypie, nie przerywa jednak czaru jaki roztoczył. Taki wokal w tym kawałku to pewna konwencja, trochę dialog ze samym sobą. To czwarty kawałek płyty, w której większość kompozycji to dzieło saksofonisty (we wszystkich z udziałem kompozytorskim Grzegorza Rytki) a dopiero tu saksofonista daje o sobie znać, bardzo wyraźnie, te tylko kilkanaście dmuchnięć tylko (koło 2'54) tak charakterystycznie pięknych wystarczy, zresztą trąbka nie pozostaje dłużna....Jest ten afrykański walec, który się rozpędza. W wersji koncertowej to musi miażdżyć.

 

5. Biguine - wyraźny powolny rytm, intryguje, Mamadou rozpoczyna opowieść, niepokojący jak Godfrey Tuup Duncan w swoim storytellingu. Po wprowadzeniu śpiew powraca do delikatnego czarowania, odczarowywania. Pewien niepokój opowieści jednak zostaje w warstwie muzycznej. Sax krótkimi dmuchnięciami maluje chropawo, gdzieś podskórnie wywołując zjeżony włos słuchacza, gęstnieje. Piękne chórki pogłosy i echa...Piękny kawałek. Michał Marecki zupełnie inaczej podróżuje po klawiszach niż w poprzednich kawałkach.

 

6. Bulma tooň – jest początek niemal stereotypowo afrykański bicie bębnów. To co zaczyna się jednak dziać dalej, to bardzo nowoczesne brzmienia powrotu do korzeni afrobeatu ale i chyba jazzu, jazz rocka, mocno i gęsto w warstwie instrumentów nieco w kontrze płynie spokojna choć dynamiczna opowieść Mamadou. Kawałek nie do pominięcia, a i nie do przejścia bez skojarzeń z wszystkim co piękne w dziejach muzyki. Rośnie, pęcznieje ten utwór, aż chce się krzyczeć. Sax, klawisze, potężny momentami bas i puls...To brzmi momentami jakby w Wather Report Zawinula podmienił Billy Preston. Wszystko podporządkowane rytmom, klawisze i sax malują, ale wszystko pulsuje. Ponownie echa, pogłosy...wokale, dęciaki. Zdecydowanie słychać, że ten kawałek współtworzył Michał Marecki.

 

7. Xam xam –pierwszy i chyba jedyny kawałek, który zdradza, że Grzegorz Rytka to między innymi sax Daabu. Melodyka, potem bicie reggae w bębny i te spokojne, potoczyste klawisze wyjęte z muzyki serc na początku by przerodzić się w podbitą darabuką arabską nieco stylistykę. Świetna gościnka Marcina Rumińskiego z Chӧӧmej.

 

8. Jigėenu Afrika – bezsprzecznie Afryka jest źródłem tej muzyki. Rzecz nie w odwołaniu w tytule. Potężna, wcale nie dzika, jakby to chcieli widzieć bandyci wyznający teorie J.C.Pricharda, nieokiełznana i nieujarzmiona wbrew kretynom, którzy do dziś wierzyć by chcieli w dyrdymały Roberta Knoxa. Piękna muzyka, pełna energii, tak bardzo motorycznie zbliżona do No Agreement – Kutiego, a jednak miejscami trochę jest w kawałku delikatności wokalnej Khadji Nin (raczej z Wale Watu niż Sambolera). Jest to też utwór, który bardzo chce się zatańczyć. Bardzo dynamiczna kompozycja zbiorowa zespołu. Pięknie zaaranżowane chórki.

 

9. Sama yaye – kawałek skomponowali Rytka i Janusz Tytman. Czuje się, że to utwór dający pole strunowcom. Mandolina Tytmana, ale i kora (Buba Bodjie Kuyathen) w iście epickich fragmentach. Bas w nieco pokrytym patyną punktowym brzmieniu, kołysze, buduje ramę utworu, pozwala snuć opowieść, nie tylko Mamadou ale i reszcie instrumentów.

 

10. Sama reggae - kolejna kompozycja zbiorowa. Niezwykle czytelna radość grania ze sobą. Bo przecież muzyka to spotkanie, wspólnota myśli ale i emocji. Dubowe momenty, a i Daabowe też (melodyka), nieco arabskie klimaty w tłach. Chropawy sax niby schowany zza węgła ale spróbuj go nie usłyszeć...Piękny aranż i praca zespołowa. Mamadou ponownie na delikatnej chrypie, pokrzykuje, opowiada, śpiewa...Pod koniec numeru trochę szaleństwa.

 

11. Umbada – piękne zejście z płyty. Dopowiedzenie, zamknięcie. Mamadou gdzieś trochę jakby do siebie, trochę jednak jakby na ucho blisko słuchacza. Sax ciepło w bliskim planie. Puls, mamrotanie tło klawisza i dęciaki, których nie jest pełno, są pastelowo i w sam raz. Mimowolnie szukamy gitary...Za to bas, jest, jest na swoim miejscu, to on wiezie ten utwór. Świetnie wywazona dynamika, niby nic a momenty chwytają za gardło. Tak powinna wyglądać coda, jeśli płyte traktować jako pełną zwartą kompozycję, a nie zbiór mniej lub bardziej przypadkowy piosenek.

 

Kolejna piękna płyta w zielonej serii For Tune. Niebywałe spotkanie saksofonisty kojarzonego słusznie z Daabem i T. Love - Grzegorza Rytki i lekarza z Senegalu, który pokochał Polskę – Mamadou Diouf. Płyta, na której mamy Mamadou takiego jakim go już znamy, jakiego lubimy. Słyszymy go momentami w jeszcze bliższym planie, niż wcześniej. Są jednak na tej płycie chwile, gdy brzmi jak Griot i to Jeliba. To jednak płyta, na której mamy Grzegorza Rytkę, wyrazistego, osadzonego muzycznie w koncepcji czerpiącej z Afryki nieco bliżej i głębiej niż jamajskie reggae. Rytka pokazał też na tej płycie, że jest świetnym kompozytorem. Perkusyjni, którzy wzięli udział w płycie zagrali lekko i w punkt. Praca dęciaków bez zarzutu. Klawisze rasowo pięknie na charakterystycznych brzmieniach. Bas nieco jak z poprzedniej epoki, dobra stara szkoła. Aranże wokali chyba jedna z niewielu polskich płyt, tak trafionych w tej materii. Mandolina i kora – to już napisaliśmy – epicko.

 

Mamadou & Sama Yoon

Wydawnictwo For Tune 2016

Zielona seria 013

 

Nagrano 1–3 kwietnia 2015 roku w The Rolling Tapes Studio oraz w czerwcu 2015 w Studio Srebrna, Gabinecie PP i Tarchostudio w Warszawie (Polska), mix & master w Studio AS One.

 

grają:

 

Patrycja Napierała – cajon, darabuka, udu, drums

Anna Patynek – back vocals, djembe, conga, percusion

Mamadou Diouf – vocal, shekere, lyric

Michał Marecki – instrumenty klawiszowe

Paweł Mazurczak – double bass, back vocal

Grzekorz Rytka – sax: tenor & bari, melodica, back vocal, music

goście

Łukasz Hodor – trombone

Piotr Korzeniowski – trumpet

Buba Badjie Kuyateh – kora

Pablopavo – vocal

Marcin Rumiński – throat singing

Pako Sarr – back vocal

Janusz Tytman - mandolin

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

 

Płyta dostępna: http://store.for-tune.pl/mamadou-sama-yoon-umbada