• Start
  • Recenzje
  • Zbrodnia Raskolnikowa, Swidrygajłow i Sonia. Dostojewski u Fredry
  • Jarek Mikołajczyk

Zbrodnia Raskolnikowa, Swidrygajłow i Sonia. Dostojewski u Fredry

Zbrodnia i Kara; rzecz jasna kobyła święta, ni osiodłać, ni zszargać jej imię. Jedna z tych lektur, które w istocie wybitne, tyle że zarżnięta czytaniem obowiązkowym, a zbyt wczesnym. Repertuar niegdyś nagminnie przegrzany, dziś głównie w monodramach, żyje na scenach. Teatr repertuarowy od czasu do czasu przypomina lepiej lub gorzej o kryminale psychologicznym Dostojewskiego. Za to niełatwe dzieło wziął się Teatr Fredry.

Dłużej jest tylko u Lupy, są jednak sytuacje, gdy dłużej to lepiej. W teatrze też tak bywa. Ryzyko inscenizacji Zbrodni i Kary jest o tyle duże, że oprócz 90% społeczeństwa, które zerknęło na Dostojewskiego w szkole, istnieje silna grupa psychofanów. Gdyby reżyser miałby ich zadowolić, nie mógłby tknąć, zmienić, wyrzucić żadnego: wątku, akcentu, postaci. #Niemożliwe.

Zbrodnię i Karę na deskach Fredry reżyserowała Małgorzata Bogajewska. Dość czytelna koncepcja, symboliczna, otwarta a jednocześnie bardzo rosyjska scenografia jest dziełem Macieja Chojnackiego. Muzyką zajął się Bartłomiej Woźniak.

Dawno u Fredry nie mieliśmy wieloobsadówki. Tym razem na scenie ponad 10 osób. Ponownie zespół gnieźnieński poszerzony o gości.

 

Raskolnikow osią spektaklu, co zrozumiałe. Raskolnikow grany przez Wojciecha Lato stał się też raczej w sposób niezamierzony punktem odniesienia i trampoliną, z której odbijają się na dużo wyższy level dwie inne postacie.

Opowieść, jaką pokazuje tekstem Dostojewskiego reżyserka, przede wszystkim zawarła się w słowach: nie zabiłem człowieka zabiłem zasadę. Niemal nietzscheański artykuł, raczej artykulik Raskolnikowa staje się, poniekąd słusznie, osnową dla wybranych wątków. Raskolnikow staje w świetle dzięki Porfiremu, dopiero jego pojawienie się wydobywa półcienie z dość płaskiego z początku Rodiona Romanowicza Raskolnikowa. Rozłożenie akcentów i wytłuszczenie podziału ludzi na kategorie; ponadczasowe i uniwersalne, jak widać bardzo aktualne i dziś. Trochę jednak ten dramat, czy obłęd Rodiona mało kontrastowy, ni przypiąć do F32 ni do ChAD. Generalnie, być może zamierzenie, w pierwszych scenach rozmyta choroba psychiczna, raczej zdaje się być jakimś fizyczną niemocą trochę. Zagubiony młody chłopak, co to chciałby nawet dobrze tylko składa się inaczej.

 

Młody student, a raczej były student czyta list matki, rozmywa się, nie jest to jednak bladość czy pustka celowa i czemuś służąca, płaska emocjonalność Raskolnikowa nie pozwala by Dunia (Anna Pijanowska) zagrała emocjonalnością, widmowość postaci chyba dobry zabieg, reżyserka gra jednak zbyt długo na jednym poziomie - zaczyna nużyć.

Zostawmy scenę zabicia lichwiarki, bo jeszcze nie czas. I może lepiej to przemilczeć zresztą.

Sen w teatrze, motyw stary jak teatr. Furtka dla reżysera, by zagrać innym teatrem, przełamać nieco konwencję, do tego widz kocha magiczne półsenne obrazki. Bardzo ciekawe maski, dobry motyw z założeniem przez część sennych postaci, trochę z egipska, maski twarzą na profil. Sen Rodiona o klaczy, jej zabójstwie, bardzo oderwany od bohatera, zrealizowany jednak sprawnie. To, nie tylko plastycznie jeden z tych momentów spektaklu, które zapisują się gdzieś w tyle głowy widza, odtworzą się same jeszcze nie raz na długo po przedstawieniu. Dobry Woźnica Siedleckiego. Zabicie klaczy zawoalowana wizja zabicia Lizawiety.

 

Tej sennej, może baśniowej aury widocznej w końcówce sztuki dodaje scenografia, czysta, symboliczna z kurzem patyny podmalowań klaczy, masek... i ten sztuczny śnieg...

Spektakl właściwie cały czas bardziej niż poprawny, mamy to co nazywa się solidnym teatrem. To już coś. Przez długi czas pierwszej części nie ma jednak nic ponadto.

 

Nadzieja tli się krótko, Hązła i Marmieładow – światełko, latarenka, której reżyser nie pozwala rozbłysnąć. Przede wszystkim człowieczeństwo z krwi i kości i upodlenia.

 

Gryzę się w język, by nie wrzasnąć, no do diaska dlaczego tak okrojono Marmieładowa!!! Z monologu zrobił się monolożek. Nie dlatego, że Maciej Hązła to nie Jan Świderski. Aktor daje radę. Tyle ile mu pozwolono zagrał i zrobił to w punkt. Cóż taka wizja reżyserki.

 

 

Nie, nie, to że czas sceniczny to nie guma - nie jest argumentem za kastrowaniem postaci Marmieładowa.

 

Rozbudowany nad wszystkie postacie Raskolnikow, owszem sam Fiodor Dostojewski skroił go ponad miarę, złożony u Fredry na barki młodego aktora, studenta Wojciecha Lato; niestety nie miał prawa leżeć jak szyty na miarę. W żadnej mierze nie można za to winić Laty. Część spektaklu gra poprawnie, w 1/4 jest przekonujący, czysty i emocjonalny.

 

Sceny policyjno-urzędnicze, bronią się między innymi dzięki Wojciechowi Siedleckiemu. Trochę przyruchów, dreptania, a jednak jest w nim prawda urzędnika czy kelnera. Porfiry na szczęście zaakcentowany mocno. Odrobina śmiesznostki Porfirego w grze, nie zabija jednak motoryki aktorstwa, Kalinowskiego, przerysowania i rozedrganie krótkie, bez spłycenia sędziego śledczego policji petersburskiej. A jednak duet Porfiry – Raskolnikow, mocny moment spektaklu. Tu jednak Kalinowski, nie przytłacza Lato, raczej pomaga znaleźć Raskolnikowa, który byłby wielowymiarowy. Pomaga ze skutkiem.

 

Zanim jednak duet Porfiry Raskolnikow.

 

Zbrodnia i Kara w tym sama postać Raskolnikowa, toczy się rozwija w miarę intrygująco, jest takie wraże: dobry spektakl, tylko może się wolno rozkręca. Przychodzi moment, jak kliknięcie palca i...jesteśmy na najczystszym, najwyższym diapazonie.

 

- O kurcze - słyszę młodzieńca siedzącego obok, gdy wszedł, gdy po prostu jest, mówi Swidrygajłow.

 

W tym momencie jakby wyrzuciło nas widzów w kosmos. Swidrygajłowa gra jeden z najważniejszych, bo trudno powiedzieć najbardziej znanych aktorów w tym kraju. Zapachniało Kowalem Nędzy, choć tu przecie nikt nie będzie tańczył Malambo. Tak, przy Mariuszu Saniterniku to i Tytus Pukacki brzmi jakoś tak, nie jak w Acid Drinkers. Raskolnikow grany przez Lato blednie, przy pierwszej wspólnej scenie. Nie skreślajmy go jednak show trwa dalej.

 

Scena po ratowaniu Marmieładowa i wszystkie z udziałem Katarzyny Iwanowny Marmieładowej biją po twarzy, przede wszystkim plastycznościa. Rozwadowska gra dobrze, choć obłęd utrzymuje gdzieś na zewnątrz, bez rozrywania trzewi...I te genialnie dzieci – lalki-manekiny. Sztywne,i tak szare...Scenograf pograł po bandzie, to on tu rozrywa trzewia, kiedy aktorka próbuje pozbierać do kupy te trójkę – wymuszone rozedrganie, pewna nieporadność w animowaniu lalką, która właściwie może być tylko przenoszona...Piękne, bolesne, i jeszcze raz genialne...

Kolejny ważny duet, który ponownie przykrywa Latę, to duet Raskolnikow i Sonia. I to kolejny moment teatru totalnego. Gra Michaliny Rodak, oparta na pewnej neurotyczności i tym czego teatr współczesny jakoś się boi: na emocjach, zapiera dech wymusza uważność, skupienie, ciszę... I łza spływa po policzkach, niektórych widzów. Chciałoby się przerwać spektakl, jest tak dobrze. Ta scena rozsadza, jeszcze po chwili. Trzeba przyznać Sonia Rodak dokonała nie tylko tego co nakazał jej zrobić Dostojewski. To że nawróciła, albo zapoczątkowała nawrócenie Rodiona, to małe Miki do tego, jak otworzyła tą sceną Wojciecha Lato. Znika mdły i niewyraźny Raskolnikow.

 

Sceny z konkurentem do ręki DuniŁużynem i kilka innych zagrane dobrze. Matka – Iwona Sapa gra po prostu dobry drugi plan. Takie jej zadanie, spełnia je. Bogdan Ferenc, chyba ma trochę mało czasu i przestrzeni by stworzyć kreację. Jest za to Łużynem, a przecie Łużyn to taka nieszczególna postać: filantrop z premedytacją.

 

Swidrygajłow – pięknie w scenie z kelnerem.

 

Dobrze buduje się także to co rozgrywa się pomiędzy nim, a Awdotią Romanowną. - Anna Pijanowska nie ustępuje tu Saniternikowi. Buduje się napięcie, jest teatr... I nagle trach - odpust św. Wojciecha. Strzał z korkowca...Dobrze, tylko po co? Kompletnie od czapy w tej spójnej koncepcji i wizji...Jeśli to miał być absurd, no wyszedł tani kabaret, a nie Mrożek. Ułamek sekundy i trochę zapachniało stylistyką, której w tym Teatrze miało już nie być...To na prawdę można ograć, i ten pierwszy nie trafiony strzał i ten drugi skuteczny...Widz wie, że w teatrze to nie dzieje się naprawdę, nie potrzebuje strzału korkowca, by wiedzieć, że pistolet nie był prawdziwy...

 

Wróćmy w tym miejscu do zabicia lichwiarki...nieźle, choć jeszcze widać nierozgrzany Lato, bardzo dobrze gra tu Katarzyna Kalinowska – Lichwiarka. I mamy coś w stylu strzału z korkowca, puste, bezbarwne walenie siekiera w podłogę, że niby to, jednak było to uderzenie, no i widz jak by nie zobaczył, nie usłyszał - to by nie uwierzył.

 

Na szczęście aktorom udało się odbudować spektakl. Końcówka zdecydowanie dobra gra Raskolnikowa. Lato w kolejnym dialogu z Saniternikiem – bardzo ludzki, prawdziwy wielowymiarowy. Dobra scena, w której Swidrygajłow odkrywa przed Raskolnikowem, że podobni są sobie, choć Rodion nie zdołał przekroczyć...Co uświadamia właśnie Swidrygajłow...

 

Sonia, Raskolnikow i pismo święte – piękny fragment.

 

Piękny moment przyćmionych świateł, scena zbiorowa lekko statyczna – poetyka rosyjskich baśni wyciągnięta światłami, scenografią i śniegiem...

Trzeba też powiedzieć, że wątek Łazarza zagrał dobrze i to posłanie Raskolnikowa przez Sonię na rozstaje dróg.

Drugi plan mocno zarysowuje też Razumichin zagrany gęsto przez Tomasza Marczyńskiego. Nie ma wiele do zagrania, a jednak nie jest przezroczysty. Cały drugi plan zresztą jest solidną bazą spektaklu. Jak w dobrym jazz bandzie, ktoś ten rytm musi trzymać by inny mogli popłynąć. Nieznacznie pokazuje się Paweł Dobek, właściwie trzeci plan, a jednak gra dobrze.

 

Reżyserka, choć może lepiej reżyser, bo reżyserka kojarzy się z dziuplą realizatora dźwięku, wie co chce pokazać, zaznaczyć, zaakcentować. To wszystko jest czytelne. Zwarta, spójna konwencja, realizuje zamysł reżyserski. Dyskusyjne wyciszenie Marmieładowa, schowanie wielu postaci chyba za bardzo za Raskolnikowa. Dyskusyjne znaczy warte uwagi. Po za łupaniem siekiera w podłogę i pistolecikiem strzelającym jakby miał nie zastrzelić, jedna czytelna linia. Zarysowanie postaci wyraźnie, mimo że nie zawsze są wielowymiarowe - nie są kartonowe. Wydaje się że przydałoby się dookreślić Raskolnikowa, lub mimo wszystko zaufać młodemu aktorowi, zwłaszcza, że Zbrodnia i Kara stała się u Fredry: Zbrodnią Raskolnikowa. Spójna wizja ze scenografem.

 

Scenograf wykonał tu bardzo dobrą robotę, pewnych pomysłów nie powstydzili by się bracia Pronaszko. Śnieg stereotyp Rosji, ale też piękny stereotyp, bardzo korzystny zabieg. Kostiumy w punkt, choć no wiadomo cholera wdrukowany jest w Raskolnikowa szapoklak z pracowni Zimmermana...Lalki drobnych dzieciątek Katarzyny Marmieładow – niesamowicie pełne, symboliczne – prawdziwie trudno dać sobie radę z takimi dzieciakami, to widać. Mocna strona spektaklu. Maciej Chojnacki zrobił kawał dobrej roboty.

 

Muzyka, niektórzy mówią, że jeśli wychodzisz ze spektaklu i pamiętasz tylko muzykę, to kompozytor dał ciała. Tu tak się nie dzieje, właściwie nie zauważamy dźwięku, choć jest i jest bardzo przystający do scenografii i gry aktorskiej. Autorem jest Bartłomiej Woźniak.

 

Gra aktorów w dużej mierze już o niej pisaliśmy.

 

Zdecydowanie najpiękniejsze momenty należą do Mariusza Saniternika, jego Swidrygajłow to jedna z mocniejszych kreacji tej postaci na przestrzeni wielu lat w polskim teatrze. Może Swidrygajłow – Gajosa, ale tam to właśnie ta postać była na pierwszym planie. Gra bez przerysowań, z jednej strony ascetyczna z drugiej pełna. Korci by porównać do pana Tadeusza. Momenty gdy sam odnosi się do przemocy, czy słabości do dzieci - Piękne

 

Sonia – przemocne, emocjonalne, delikatnie neurotyczne granie. Piękne momenty, prawdy teatralnej. Gęsto zagrana rola, bez miotania się i krzyku, coraz rzadsza wrażliwość sceniczna. Tak otwarta gra, jest bardzo ryzykowna, można pójść za daleko; w kicz w śmieszność...Michalina Rodak poruszyła widza, i nie było to ckliwe poruszenie. Kolejna życiówka tej młodej aktorki.

 

RaskolnikowStrasznie dużo Raskolnikowa na scenie, to prawie mordercze wyzwanie, zwłaszcza dla młodego aktora. Wojciech Lato generalnie sprostał wyzwaniu. Zdecydowanie lepiej robi się po antrakcie. Pewien brak wyrazistości na początku być, może wynika z koncepcji reżysera. Trudno by aktor, który praktycznie całe 3 godziny jest na scenie, był cały czas porywający. Debiut w tak poważnej roli, zdecydowanie udany.

 

Porfiry – przyzwyczailiśmy się do tego, że Kalinowski gra dobrze. Nie zawiódł i tym razem. Może jako śledczy sądowy, mógłby mieć mniej cwaniaczka w sobie...może, ale tworzy postać wyraźną wartą oglądania.Dobre aktorstwo.

 

Dunia – schowana, pewnie zgodnie z założeniem reżyser. Anna Pijanowska gra dobrze. To nie jest jedynie poprawne. Początek trochę bez aktorskiego mięcha, jest jednak kilka naprawdę świetnych momentów. Kiedy wydaje się już, że mamy wybitną scenę Dunia strzela z korkowca. Szkoda, bo tę scenę aktorka nabudowała zawodowo...

 

Marmieładow – tak, Hązła pewnie te rolę zagrałby porywająco. Zaznaczył to we fragmentach, w których go nie wycięto. Było dobrze, na lepiej nie było miejsca w tej realizacji.

 

Łużyn – pisaliśmy już o Ferencu, życiówki tu nie zagrał, nikt tego od niego zresztą nie wymagał. Postać sama też tylko kilkoma kreskami zaznaczona.

 

O drugim planie wspominaliśmy. W całości jest dobry, użyjmy słowa rzetelny. Iwona Sapa – Matka; Katarzyna Kalinowska – Lichwiarka, Anastazja; Woźnica, Urzędnik, Kelner – Wojciech Siedlecki; Mikołaj – Paweł Dobek...

 

Dobrze grany Rzaumichin, to pisaliśmy, podobnie Katarzyna.

Po mocnym współczesnym repertuarze; u Fredry pojawia się klasyka. Do tego teatr lektur szkolnych, jak się okazuje można to robić: bez szkody mentalnej, dla aktorów i widzów.

To dobry spektakl, z momentami zawodu, ale też momentami uniesienia. Nie ma tu jakiejś wtopy, poza tym że naprawdę nie wiadomo dlaczego tak się tu zabija śmiesznie, bo sztuka nieśmieszna. Fragmentami prosi się podkręcić tempo...A jednak to dobry spektakl, ważny nie tylko przez wagę Dostojewskiego. Wart obejrzenia nie tylko przez młodzież licealną, choć tu może być przyczynkiem, podporą w dyskusji o Zbrodni i Karze.

 

Mamy momenty mocnego uderzenia, emocje, wzruszenie; jeśli więc widz zaczyna współodczuwać z bohaterem, to trochę jakby teatr był na swoim pierwotnym miejscu.

 

zdjęcia: Dawid Stube www.fotostube.pl

Jarek Mixer Mikołajczyk