• Jarek Mikołajczyk

Zbigniew Chojnacki - Elektrotropizm recenzja

Akordeon poza tym, że wyparł z rynku muzyki tanecznej najpiękniejszy instrument świata czyli dudy, zrobił sporo dobrego nie tylko w muzyce do tańca. Zostawmy jednak: historię, pochodzenie i inne zaszłości instrumentu, który stał się na lata bazą muzyki ludowej w wielu częściach świata, który też długo walczył by wejść na salony i do sal koncertowych. Z drugiej strony jest stosunkowo młodym instrumentem, jeśli mówimy o akordeonie w obecnej postaci...

Elektrotropizm – poważne podejście bez nabożeństwa do instrumentu trudnego i co niezwykłe, jeszcze nieodkrytego. Album Zbigniewa Chojnackiego wciska się klinem pomiędzy dwa dość modne, zwłaszcza w Polsce, trendy gry na tym instrumencie, tak patrzy na płytę wielu krytyków. De facto jednak weselno-mozilowate granie wcale nie jest przeciwległym biegunem do efekciarskiej wirtuozerii, Wyrostek jest geniuszem, ale jego granie zahacza najczęściej o tę samą intencję (najczęściej, bo słyszałem już go np. z Łukaszem Kuropaczewskim i Orkiestrą Aukso) . Koniec porównań, bo one zawsze są do dupy, albo prowadza donikąd. Jedno się jeszcze pojawi, jest jednak w przeciwieństwie do poprzednich uzasadnione.

Mówi się, że Zbigniew Chojnacki eksperymentuje, to jest prawda. Warto jednak już na wstępie zaznaczyć, że jest to droga środka. Nie mamy tu do czynienia z eksperymentem obocznym do muzyki konkretnej. Krótkie frazy, elektronika i powtarzalność, nie zabijają do końca, ani melodyjności instrumentu, ani jego potencjału. Burdony nie są jedynym ciągiem brzmień. Wydaje się, że eksperyment to przede wszystkim potraktowanie samego instrumentu, ani wirtuozersko, ani weselno-przyśpiewkowo. To też sposób, komponowania: bardzo osadzony w muzyce intuicyjnej, a nawet w pewnym, bardzo skoncentrowanym głównie na dźwięku i jego przystawalności do poprzednich i następnych, ale też na brzmieniu - skupieniu. To właśnie ten eksperyment, który sprowadza się również do słuchania siebie i instrumentu, pozwolenia konkretnym dźwiękom zabrzmieć długo i szeroko, wybrzmieć do końca... Chojnacki nie czuje obowiązku grać ładnie i na okrągło, nikt tu nie będzie śpiewał mniej lub bardziej wdzięcznych piosenek. Nie ma jakiegoś przynaglenia, Elektrotropizm jest również wolna od przebierek szybkich palców. To jest płyta nie tyle nastawiona na efektowność, co na efektywność. Bardzo gęsty pełen powietrza krążek, szumy, echa i elektronika jedynie dopełniają oddech instrumentu.

 

Tropizm – pierwszy kawałek na płycie rozpoczyna się dźwiękami preparowanymi, szelestem gniecionej folii...Jest to jednak w pełni świadome szukanie dźwięków rozpoczynających utwór. Pojedynczy długi dźwięk, po nim kolejne, oszczędnie rozciągany akordeon, tak by to co w tle mogło trwać, brzmieć, narastać. Powolnie transowo budowana dramaturgia utworu, tak by akordeon brzmiał coraz pełniej. Wszystko od czasu do czasu, przecinają energiczne, krótkie serie dźwięków trochę piazzolowych, może nawet bliżej Richarda Galliano. Płynne zejście z utworu, świetnie komponuje się z początkiem kolejnego.

 

Suita – mocno osadzony w brzmieniach muzyki współczesnej, czy elektroniki performatywnej utwór w czterech częściach. Rozedrgane niczym delikatnie niestrojące dzwony, powykręcane elektronicznie dźwięki wprowadzają w pierwszą część.

Od początku słyszalna dbałość o kolejne dźwięki, mocna koncentracja na spójności brzmieniowej. Jest w tym momentami ambient, i to ten bliski niektórym dokonaniom Apexa, co zrozumiałe mniej elektroniczny. Wbrew dość poważnej formie Suita pozwala się czasem uśmiechnąć, Zbigniew Chojnacki obronił się przed ciężarem i nagminnym przy tego typu eksperymentach ponuractwem muzycznym. Niektóre dźwięki przywodzą na myśl ścieżki dźwiękowe ambitnych kreskówek sprzed lat. Zdecydowanie jest to muzyka niezwykle plastyczna. Pewna powtarzalność, nie będąca jednak formą ronda, wprowadza fragmenty rytmiczne. Już pod koniec pierwszej części Suity Chojnacki mimo niemal słyszalnej koncentracji, która przy improwizacji tego typu jest niezbędna, łapie jakąś sonoryczną lekkość. Przy czym, w tej powstającej podczas nagrania kompozycji dźwięk jest bliski modernistycznemu pojęciu object sonore. Dźwięk, jak każdy inny obiekt umiejscowiony jest w szeregu zjawisk, a także w otoczeniu. Nie tylko to co wydobywa z instrumentu Chojnacki gra w suicie, jest też oddech, szmer, gęstość powietrza i akustyka studia...Miejscami gdzieś w drugiej części Suity dźwięki, które serwuje Chojnacki z akordeonu i różnych FX'ów przypominają wariacje jakie wygrywał na temat Tierkreis Karlhaiza Stockhausena - Jaak Ludsoja.

 

Gdzieś w głowę słuchacza wwiercają się echa, klaksony, sprężyste przejścia dźwięków. Kompozycja, nawet jeśli powstała w czasie rzeczywistym, ma w sobie coś z architektury dźwięków, Chojnacki pokazuje olbrzymią wyobraźnię przestrzenną, każdy pojedynczy dźwięk kładzie się dokładnie w tym punkcie gdzie powinien. To niestety stawia słuchaczowi wymogi sprzętowe. Ale czy ktoś kto sięga po tego typu płyty słucha muzyki z telefonu?

 

Suita zdradza dość industrialne fascynacje. Nie mamy tu wprawdzie FX-ów w stylu Ululatori i Intonarumori innych wynalazków Luigi Russolo i jego bruitystycznych bandziorów, a jednak uruchomienie wyobraźni fragmentami buduje przed oczyma jakieś machiny fabryki i inne dźwiękotwórcze elementy rzeczywistości.

Piękne fragmenty, paradoksalnie zabawne po 3 minucie, nieco wcześniej powtarzalne rwane krótkie wstawki melodyjne. Słuchać, że suita rośnie. Problem ze suitą jest podobny jak z inną muzyką tego typu. Ona wymaga czasu słuchacza. Wbrew niektórym krytykom, nie jest to wcale utwór trudny. A czasu wcale nie trzeba by się wgryzać, osłuchać, wyrobić...To o trudności kompozycji to jakieś dyrdymały ktoś gdzieś napisał. Jeśli miarą łatwości utworu ma być Wlazł kotek to nawet Do tanga trzeba dwojga jest trudne.

 

Suita wymaga czasu by wysłuchać jej w spokoju, bez rozbiegania myśli, załatwiania po drodze kilku telefonów służbowych, czy jednoczesnego oglądania TV. Tak naprawdę jest to czas dla siebie; warto go znaleźć. Idealnym rozwiązaniem jest nocny długi spacer z discmanem i słuchawkami. W tym zestawieniu to o czym piszą, że jest trudne, staje się relaksem a może raczej odpoczynkiem.

 

Nie chwalcie się tą płytą znajomym podczas rozmowy przy kawie, wtedy docierają tylko strzępy, a pewna powtarzalność, sprawi, że powiedzą: fajne ale trochę monotonne i to będzie delikatny komentarz.

 

Trzecia część Suity najbardziej oparta na powtarzalności i pewnej zamierzonej monotonii, najbardziej melodyjna, po połowie przecina się właśnie wspomnianymi gallianowymi pociągnięciami trochę w duchu tanga.

 

Piękny początek ostatniej części Suity, akordeon skanduje dźwięk, dwa, pauza i ponownie. Tak, tu jest granie ciszą, można rzec bezdechem "kasty". Nieco inne formalnie granie ciszą niż u Milesa Davisa, a jednak...Dźwięki zaskakują i... Bawią. Z czasem coraz dłuższe frazy, piękne brzmienia, szurania, uderzenia, ataki akordami. Bardzo noise'owa motoryka kawałka. W tej części, po czasie, akordeon gra gęsto, podrzucając niemal fragmenty cytatów znanych melodii i zagrywek. Trochę buduje się klimat pomiędzy tangiem w rozumieniu Piazzoli, a głęboką klezmerką. I to przepiękne wrażenie rozpędzającego się walca. Bardzo energetyczny fragment; słyszymy pełną moc akordeonu, miech pracuje z całą świadomością i siłą. Niesamowita chrypa instrumentu koło 5,30. Przy przebierkach, które pojawiają się koło połowy utworu kompletne wrażenie zabawy autora. Chojnacki bardzo umiejętnie zmienia tempa i natężenie dźwięków. Czwarta część Suity pokazuje instrument który ma moc, momentami brzmi jak organy, momentami jednak jest zupełnie odwrotnie. Dobrze sklamrowany ten ostatni fragment Suity. Ładne zejście ze stuknięciami i bezdźwięcznym oddechem miechu na koniec.

 

Tuwim – taki ładny, dopracowany utwór na koniec. Wytchnienie po burzliwym tripie Suity. To chyba utwór zaaranżowany przed wejściem do studia. Melodie i melodyjki, mimo bardzo nadal efektywnego grania...Jest też efektownie. Piękne, powolne dociągnięcie ostatniego dźwięku.

 

Elektropizm to bardzo dobra płyta. Momentami piękna. Oczywiście Chojnacki nie odkrywa tu akordeonowej Ameryki, ale nie o to w tej płycie chodzi by być pierwszym, ale by odkryć po swojemu. Jasne nestorka maestra Pauline Oliveros zrobiła z akordeonem już wszystko co możliwe. Rzecz w tym, że czasy wymagają dziś od muzyka nie tyle czegoś nowego, to prawie nie możliwe, wymagają autorskiej redefinicji, to właśnie zrobił na płycie Elektrotropizm Zbigniew Chojnacki. Oczywiście jak przy tego typu komponowaniu podczas gry, zdarzyło się kilka momentów mniej udanych, dosłownie kilka. Przeważa jednak: szacunek do każdego dźwięku i ogromne wsłuchiwanie się w dźwięki i brzmienia wrażliwość na podpowiedzi samego instrumentu.

 

Płytę wydał Dom Wydawniczy For Tune

 

Wracam do płyty by odpocząć od wszech obecnej muzyki udającej coś czym nie jest. Odpoczywam od elevator music, od smooth jazz, pop rocka, od new school'owych podróbek rapu...Znajduję prawdziwe dźwięki. Chciałbym usłyszeć na żywo, gdzie object sonor Chojnackiego uzupełniały by jeszcze odgłosy, szmery czy aplauz sali. 

 

Zbigniew Chojnacki - Elektrotropizm

 

1. Tropizm

2. Suita part 1

3. Suita part 2

4. Suita part 3

5. Suita part t

6. Tuwim

total time: 41:29

 

Wydawnictwo: For Tune

2015

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

Tagi: Zbigniew Chojnacki Elektrotropizm Recenzja Jazz Akordeon Eksperyment For Tune