• Jarek Mikołajczyk

Piękny koncert Dagadana w eSTeDe

Dziennikarz staje się naklejaczem etykiet. To oczywiście jedynie wyraz naszej zawodowej nieudolności i lęku. Bo jakoś tak zręczniej napisać, że było nastrojowo, że fajny klimat, że muzycy profesjonalni...Jacy niby mają być, kiedy są profesjonalistami? Absolut jest absolutem, a Piękno nie jest nastrojem czy klimatem.

 

Koncert Dagadany w Centrum Kultury eSTeDe był jednym z tych wydarzeń, o których nie można napisać inaczej niż, że było Pięknie. (Piękno to jedno z tych słów dziś nie modnych w pisaniu o sztuce lub mylonych z tym, że coś jest ładne czyli niebrzydkie.) Wydaje się, że właściwie w odniesieniu do tego co stworzyli w ten wieczór na scenie muzycy Dagadany wystarczyłoby napisać to był Piękny koncert i zakończyć recenzję wydarzenia. Relacje de facto tym, którzy byli są nie potrzebne, a tych, których nie było nie obchodzą.

Płyta Meridian 68 wydana przez zespół właściwie przed chwilą rozbudziła ogromne oczekiwania co do koncertu. Rzecz jasna, ta część materiału, w której na płycie słyszymy chińskich i mongolskich muzyków oraz śpiew gardłowy nie mogła zaistnieć tak jak na płycie, kwartet jednak zbudował dynamikę i dramaturgię koncertu tak by publiczność otrzymała ogromną dawkę dźwięków i emocji.

Grupa nie trzymała się, co zrozumiałe, kurczowo track listy z ostatniego krążka, budując za to nową koncertową wartość. Nie zabrakło jednak chińskiej części repertuaru. Uchodząca za jedną z piękniejszych historii miłosnych o rodowodzie ludowym piosenka Kangding Qingge, wysłana przez NASA w przestrzeń kosmiczną, śpiewana między innymi przez fenomenalną sopranistkę z Chin Yu Yixuan, ale też przez Placida Dominga, zabrzmiała pięknie w wykonaniu Dagadany. Nie był to jednak początek koncertu, ani jego kulminacja.

 

Zespół umiejętnie rozłożył akcenty, budując atmosferę stopniowo. Dagadana rozpoczęła koncert we troje dopiero w trakcie dołączyła Dana Vynntyska. Solidna baza jaką daje dwóm wokalistkom Dadze Gregorowicz i wspomnianej Danie Vynntyskiej sekcja rytmiczna pozwala śpiewającym paniom na bezpiecznie wykraczać poza schematy wokalne, ale też bawić się elektroniką i klawiszami. Od początku koncertu maszyną do utrzymania rytmu był przede wszystkim Bartosz Mikołaj Nazaruk – perkusyjny metronom nie pozbawiony jednak finezyjnych momentów i uderzeń: o których nie wiadomo jak i kiedy on to zrobił? Bas Mikołaja Pospieszalskiego to nie tylko puls z momentami przywodzącymi na myśl Garego Peacock'a potoczystymi powtarzalnymi motywami – to także granie smykiem w momentach niezbędnych. Ogólnie kilka utworów, choć utrzymanych w ryzach stylistyki Dagadany raczej granych blisko widza, bez przytłaczania kanonadą dźwięków miało w sobie moc rozpędzającego się powoli i monotonnie walca (walec, nie walc) w motoryce bardzo podobną właśnie do Tria Keith'a Jarrett'a – w jednym utworze bardzo rozbudowanym instrumentalnie Dagadana wykroczyła daleko poza granice ethno jazzowego grania. To były momenty, kiedy zespół przywodził na myśl, tę pierwotną zapomnianą nieco niesłużebną formę ludowego grania. Gdy muzycy nie grali do tańca, a dla wspólnoty tworzenia zagrywając się czasem rozbudowując tematy do ich wyczerpania...

Pisanie o tym, że DagaDana łączy w bardzo naturalny sposób przede wszystkim muzyczną kulturę Ukrainy i Polski, wydaje się niepotrzebne bo oczywiste. To jednak ta rozpiętość wokalna jaką daje przestrzeń pomiędzy śpiewem Dagi Gregorowicz oprawionym momentami przez elektronikę, a pełnymi ukraińskiej ekspresji śpiewami Dany buduje tę pierwszą charakterystyczną cechę zespołu. Ta właśnie przestrzeń wokalna magnetyzowała również publiczność w eSTeDe. Zespół wprawdzie dawał odpocząć percepcji publiki choćby grając Tango. Kawałek z początków działalności grupy wpisał się w datę 14 lutego idealnie, był też pewnym oddechem, choć zagranie go nie było, żadnym umizgiwaniem się do publiczności, dobrze wkomponowany w koncert utwór był jednym z ważniejszych momentów występu. Zdecydowanie jednak trudno analizować wieczór utwór po utworze i szukać jakiś mocniejszych momentów. Zdecydowanie piękne utwory z polskiej tradycji takie jak Rano rano ranusieńko z Wielkopolski czy Grajo Gracyki – pieśń kurpiowska wykonane na koncercie bez wygładzenia, chropawo i z pazurem - zabrzmiały naprawdę pięknie. W całość świetnie wpisały się utwory z repertuaru ukraińskiego. Niezwykle adekwatna okazała się prośba o modlitwę o pokój na Ukrainie i w Serbii, jaka skierowała przed jednym z utworów Dana. Ten moment pozwolił bez zbędnego nawiedzenia i egzaltacji budować zespołowi coś na kształt muzycznego misterium. Pływe kacza po Tysyni (pieść łemkowska, jeden z hymnów Majdanu) - piękne. Potem też niesamowicie rozbudowane podczas koncertu wykonanie Koby ne moroz, ze skrzypcami Mikołaja Pospieszalskiego, z wyklaskiwaniem przez publiczność rytmu nie tylko chwilami przywodziło na myśl mistrzostwo wokalne Lissy Gerrard ale też nie burząc niczego wniosło sporo energii publiczności.

Dagadana pokazała, że można czerpiąc z muzyki ludowej budować na nowo, tę jej zapomnianą wartość, jaką był nierozerwalny związek z życiem człowieka, nie tylko we frywolnych i tanecznych jego momentach, ale też w tych: smutnych, pełnych refleksji, a przecież równie ważnych i pięknych. Koncert jak wspomnieliśmy stał się czymś na miarę misterium, przeżycia duchowego, co ważne bez modnego naw age, mieszania pojęć i muzycznej dewocji. Zero egzaltacji - 100 % muzycznej prawdy.

Piękny i Dobry koncert. - Jeśli artysta nie tworzy by nieść dobro, jeśli nie powstaje dzięki jego działaniu Piękno nierozerwalnie związane z Dobrem, to jego sztuka nie służy niczemu innemu jak zaspokajaniu własnego ego – powiedział kiedyś Sławomir Kuczkowski gnieźnieński mistyk i poeta. Po tym koncercie nie sposób nie przyznać mu racji. Dagadana stworzyła Piękny pełen Dobra i wzruszeń koncert. Koncert, który po prostu miał sens.

 

 

zdj. JMM

Jarosław Mixer Mikołajczyk