• Jarek Mikołajczyk

Gadabit Drzewa recenzja płyty

#SlowFlow tak chyba na skróty można polecieć o płycie Drzewa. Gadabit płynie naturalnie, bez pośpiechu, jak rzeka czy jak rosnące drzewo, albo prawdziwy rozwój. Trochę marudzący powolnie Ind, w każdym kawałku nawija, melorecytuje o czymś. Miłośnicy braga odpadną już przy Intro, ale to niewielka strata. Jeśli nawet to #FlowSlow nie do końca wbija się we wszystko co dzieje się muzyczne, to jest na pewno idealnym strzałem na temat Inda, chyba nawet tekstowo wpisuje się w ten lifestyle nurt jakim jest Slow. W czasach coraz bardziej hałaśliwych syntetycznych eksperymentów rapu z dance, house i innymi podkręceniami tempa, płyta zespołu pokazuje, że dobra muzyka się sączy, płynie, narasta a nie napierdala szybciej niż absorbuje ludzkie ucho. Trochę zadaje kłam mitom i fetyszom młodych raperów, tak jak większy nie znaczy lepszy w życiu, tak szybkość de facto jest domeną sprinterów, którzy zdychają po kilku minutach. Zresztą po Buenos Aires Kory wyścigi wokalne dawno straciły sens.

 

Drzewa mają korzenie tak jak muzyka Gadabit, nie zrodziła się jak większość współczesnych albumów rap - wczoraj, konsekwentnie myśląc nie umrze też jutro. To jednak sięganie do prawdziwych korzeni, nie tylko tych od Kool Herca, Afrika Bambaataa, dalej do Delty Missisipi, do New Orleans ale i przez Kingston nie trudno też wyczuć jak bardzo jest to jednak polskie. Choć Gadabit nie bredzą o jakiejś sile dębu i potędze majestatu...Muzycznie wiadomo: żywy band robi swoje. Nie ma to tamto. Wystarczy wspomnieć potęgę The Roots. Może jednak dobrze, że ekipa z Krakowa nie skręca w tę stronę, nie ma w tym kalki.

 

Sporo tu jazzu, ale nie w klimacie jazzmatz, jeśli nawet to raczej z pierwszej płyty. Kiedy dostajemy bluesową melorecytację to jest to polski blues. Takie dogadywanie do może i trochę rytmów z Delty, a jednak niewytłumaczalnie polskich.

Od początku.

 

Intro nie jest jakimś wydumanym, wydłubanym w nosie początkiem co to ma zadziwić albo coś w ten deseń. Gadabit rozumie Intro jako czas na przedstawienie płyty. Zatem dostajemy rasowy kawałek na dzień dobry. Witamy was mamy tutaj sporo miejsca mamy ciepło a to odpowiedni czas by się ogrzać...poczuj się naprawdę wolny odrzuć strach. Piękne powitanie, a potem już tylko o tym o czym tu będzie. Zero jakiegoś eko-nawracania a jednak: i pamiętaj jesteśmy natury dziećmi i nie może być tak, że ktoś naturę naszą przekreśli...Niech dźwięki niosą nas rozpraszając opór nas...No i te zabawy chórkami. No płyta nie dla rapowych prawilniaków, na szczęście są słuchacze otwarci i dla nich jest ta płyta.

 

Rozwój drugi kawałek na płycie, daje nam Ind nie tylko siebie jako ostrzeżenie taki trochę autoironiczny tekst o tym jak to nie warto zaniedbywać własnego rozwoju. Tu nawet rapowanka idzie nie tak wolno, a jednak nadal tu gdzieś tak niby od niechcenia to naturalne flow przeplata się ze świetnymi wokalami. Całkiem ładnie wchodzi dość archaiczna gitara.

Trzeci kawałek Dom rozpoczyna mocny rytm bluesa. Taki trochę polski, śląski prosty mocny sposób grania bluesa, pomiędzy Krzakiem a After Blues muzycznie. Bardzo ekspresyjna melorecytacja z mocno wbitym akcentowaniem. Harmonijka ustna rasowo pociągnięta właśnie po polsku w stylu Ryśka Skibińskiego przez Łukasza Wiśnię Wiśniewskiego. (Kraków Street Band). Dalej jednak tekstowo w naturalnym nurcie. To będzie moja ziemia i będę dbał o nią, i ty będziesz tam mile widziany byle byś miał poziom, Sterty książek i zwierzęta będą wypełniały ową przestrzeń...Tekst o budowaniu marzeń i delikatnej pomocy im by się ziszczały...Trochę piosenka naiwna, ale przez to szczera a co za tym idzie piękna.

 

(możesz wesprzeć Gadabit swoim głosem)

Historia – no kawałek pełen mocy mimo minimalistycznego początku. Jak walec powoli zaczyna się toczyć muzyka, wszak to opowieść o historii, która kołem się toczy. Sporo dobrej roboty tu DJ Feel-X odstawił. Piękne skrecze i piękniejsze cuty. Tekstowo no tak jak Historia o władzy dążeniu do niej czynieniu nie tylko Ziemi sobie poddanej.

Walcz – mocny muzycznie gdzieś podskórnie i z opóźnionym zapłonem, trochę zdrowego patosu dźwięków. Ładnie prowadzą bębny i bas, mocno pulsuje Brzmienie. Rap mniej marudzony toczy się wyraziście, ponownie delikatne przyśpieszenia. Ind wzywa do walki, również siebie co zaznacza. A jednak nie jest to jakieś rebelianckie naiwne wołanie. To taka walka o siebie i o życie, a jednocześnie z sobą i z życiem.

6 kawałek nareszcie jaja w prost. Trochę przypomina się zapomniany Stasio Rozbójnik. Zabawny tekst, historia jak zmyślona a jak zapewnia rapujący prawdziwa jak szatan. Oprócz świetnej historii z ratowaniem przez Batmana niesamowite łamanie językowej zabawy. Ja stoję jak mistrz stania – no przecież – pięknie i tyle. - I tak mnie jakoś wyprościło i mówię im sorry bracia pokój i miłość...A oni za kim jesteś? - za tęgą rozkminą. Ciekawe jakich ludzie używają imion lecz oni jej nie znają...pytają czego szukam i czemu tak ruszam szyją jaki mam numer buta i czy znam Koguta...zatkało mnie yyy jara mnie Andrzej Zaucha – więc jesteś gejem – nie! - lecz kto by mnie tam słuchał. I już lewy sierpowy leci koło mego ucha...

Przemocno zakręcony lekki kawałek.

Energie – trochę zamuły przed połową płyty. Niezły tekst, świetna marudna nawijka, muzycznie taki trip minimal/noise/folk. Mieszać można, w sumie słuchacz odpoczywa, a energia przepływa kawałek przepływa trochę obok. Ładna gościnka Magdy Niedbały mocniej słyszalne operowe skale niż w Intro, w którym też soprani.

Ludzie – taki kawałek nie przymierzając Ła Łada Ła...Bardzo ciekawie muzycznie, nawijka płynie mimo szybszego gadania, Fajnie brzmienie klawiszy i bardzo czarowny mezzosopranowe tła (Magda Niedbała). Motoryka trochę jak w Białej Fladze Republiki. Bardzo socjalizujący tekst, bo nie socjalny przecież. Człowiek to postać plemienna – sama nie przetrwa. Prosto ale na temat i z dobrym basem.

Drzewa – tytułowy kawałek. Taki mały wkurw na zastana rzeczywistość i gadające głowy wszystkowiedzących...o potrzebie ciepła i naturalnych odruchów. Kawałem oparty raczej na klimatach niż popisach. Witaj w świecie, który był tu od zawsze i będzie na zawsze tylko wyczuj swa jaźń i wyrzuć pogardę... Taki protest song w obronie Drzewa, Ziemi, Życia i naturalnego porządku bez hippiesowskiej egzaltacji.

Masztocoś – połowa płyty, przynajmniej jeśli mowa o numeracji. Luźno, w dobrym ożywczym tempie. Trochę taka dzisiejsza ludowa piosenka, z świetnymi dźwiękami od DJ Feel-Xa. Bardzo dobrze wbijają okrzyki pod koniec kawałka. I chórki afro.

Czarno-biało-szare – przełomowy punkt na płycie. Piękny muzycznie, mocny tekstem no i rapem. Mocne wsparcie dla Inda przez 4 raperów. Czterech nawijaczy i cztery style więcej. Grem, Lekker Luke, Dziki, Zoołv, potrafią i popłynęli.

Usiądź – elektryczne skrzypce Stanisława Słowińskiego budują klimat podbity powolnym wyraźnym pulsem i elektroniką. No znowu jest Slow i fajnie w tym pędzącym świecie, Gadabit jest nie z tej epoki.

Marsz Dzikich Plemion ładny wstęp, klimatyczny zaświatowy, elektronicznie słowiański z echami Aborygenów. Joanna Słowińska swoim folkowym wokalem dobrze podbija recytacje Inda, który może niepotrzebnie czasem podśpiewał. Mocny zaangażowany tekst. W spisie lektur kawałka nie widać didżeridu, a jakby grało.

Pieprzysz – lajtowy autoironiczny kawałek, pełen zabawy ale też czasem jakiś dziwnych spiętrzeń. Pytanie więcej tu zabawy czy popisów? Powiedzmy, że to interludium albo przyśpiewka ludowa.

Wiatr – po Pieprzeniu zaczyna się marudzenie. Plumkające dźwięki i dość monotonna melorecytacja usypiają. Elektronika jak z lat 80-tych muli, choć wersy niegłupie, tak trochę zagrzybione.

Robaki – bardzo ładnie transują pulsem i trochę betem jak z Dead Can Dance, ciepły bardzo zgrabny kawałek. Sporo fajnej roboty Kuby Płużka.

Spokojnie – jak każe tytuł jest spokojne. Powoli wkręcająca się rapowanka – melorecytacja. Ind właściwie opowiada o sobie, o pisaniu, na szczęście daleko od braga. Delikatnie płyną też beatboxy Jurnego. Trochę śmieszne wokalizy w tle, w sumie kleją się z kawałkiem.

Luz, znowu bluesujemy. Inaczej mniej energetycznie niż gdzieś na początku płyty. Kita dobrze dopełnia raperkę powolną Inda. Bardzo afterowy kawałek z klimatem niemal doorsowskich klawiszy, momentami i nieco bardziej slow.

Dingdong, to przedostatni kawałek, zaczyna się bardzo fajnie trochę new country rozbite fletem wprowadzonym przez Dorotę Habasińską. Świetnie poprowadzony puls. Kawałek rozpędza się powoli, chyba szkoda, że nie przechodzi do galopu w finale. Tyle tylko, że chyba tu za dużo wokalów i wokalików. Mimo wszystko da się strawić, ratuje opowiadana historia.

Dziwka Iwan Bezdomny intryguje recytacją i to byłby piękny koniec płyty. Rozwiniecie raczej "z tych za grubych rozkmin". Wszystko ładnie się toczy pytanie tylko czy Syzyfowe prace potrzebne na koniec? Za to piękne urwanie kawałka.

 

Dobra płyta. Materiału, dźwięków i pomysłów wystarczyłoby na dwie. To chyba paradoksalnie jedyny mankament albumu. Za dużo. Nie bez przyczyny w czasach, gdy ludzie słuchali całych płyt long play miał 40 minut i to z przerwą na zmianę strony. Gdyby wybrać to co najlepsze z tej płyty: była by nie tylko dobrą płytą ale jedną z najlepszych. Sporo tu naprawdę wybitnych wersów podanych jakby mimochodem, dobrych dźwięków i wokali. Na pewno warto nie tylko posłuchać, ale po prostu kupić i mieć. Jeśli jeszcze ktoś lubi wrzucić krążek w discmana i iść w noc i sobie odpłynąć niezobowiązująco – polecam.

 

Gadabit Drzewa

For Tune 2015

 

 

Jarek Mixer Mikołajczyk