• Jarek Mikołajczyk

W więzieniu nic nie jest Git

Film Kamila Szymańskiego promowany hasłem: z kina możesz wyjść, stamtąd nie, wbrew pozorom nie jest kolejnym filmem o nieudolności polskiego systemu penitencjarnego. Prawda to oczywiście, że system więzienny, jak zresztą każdy system jest ze swej natury nieudolny, na szczęście nie jest to w filmie pierwszym planem. Kino, które opowiada o systemie a nie mówi o człowieku, jest jak balon bez powietrza: gumowe i do dupy. Wczorajszy pokaz filmu i spotkanie z reżyserem odbyły się w ramach trwających w Gnieźnie Dni Sztuki Zaangażowanej.

Wydaje się, że film pełnometrażowy zrealizowany przy niskim budżecie, bez całej otoczki instytucji wsparcia dostępnego dla autorów po państwowych filmówkach pokazuje, że mecenat państwowy nie jest niezbędny dla zrobienia przyzwoitego filmu. Przy czym przyzwoity, nie oznacza w tym wypadku obyczajności językowej, którą trudno byłoby zachować przy grypserze. Nie trudno odnieść wrażenia, że film ukazuje się jakieś 20 lat za późno, o indolencję w temacie całego pokolenia reżyserów jednak, trudno mieć pretensje do ropoczynającego drogę reżyserską Kamila Szymańskiego.

 

Połowa lat 80-tych to był ten czas kiedy Git ludzie zaczęli pękać. Wtedy słowa z bajery powoli wypływały poza więzienia. Mojka, czaj, a nawet tak kluczowe słowa jak kmina stają się częścią innych gwar środowiskowych, zwłaszcza języka młodzieży. Choć bazę stanowi gramatyka języka polskiego z wtrętami jidisz ale i rosyjskiego czy niemieckiego, brzmieniowo wysłyszeć można podobieństwo głównie do gwary warszawskiej, choćby charakterystyczne zamienianie w wymowie i w y.

 

Film z racji na to, że opowiada również o zjawisku kulturowym sięgającym korzeniami zaborów (wtedy rodziła się grypsera) a jednak wymierającym, musiał być umiejscowiony w dość odległej przestrzeni czasowej. Zatem akcja rozgrywa się w nieistniejącym już więzieniu w Łęczycy w końcówce lat 90-tych XX wieku. Podkultura Git związana z podskórnym życiem wiezień, choć determinuje niemal wszystko w filmie i nie można powiedzieć, że jest tylko tłem, nie jest na szczęście osią filmu. Jak przyznaje reżyser inspiracją do nakręcenia tego filmu była informacja prasowa sprzed lat, o tym, że człowiek zabił drugiego człowieka dlatego, że ten go o to poprosił.

 

Git pokazuje jak bardzo człowiek się może zapętlić, brutalna rzeczywistość więzienia, oczywiście jest dobrym miejscem dla uwypuklenia, pozornie tylko szokującej prawdy o tym, że są sytuacje, w których śmierć jest, lub wydaje się najlepszym rozwiązaniem. Nie, nie jest to film o ucieczce przed życiem, to nie ten segment myślowy co eutanazja.

 

Paradoksalnie film pokazuje, że życie bez kompromisu, według bardzo radykalnego zbioru zasad prowadzi człowieka pod ścianę. Lepiej umrzeć niż zostać cwelem. I nie jest to problem fizyczny to kwestia honoru. Honoru, który jak widać nie jest pojęciem jednorodnym dla wszystkich. Dla społeczeństwa na wolce zapewne, ci którzy odsiadują ćwiarę czy dziesiątkę to bandyci, zatem ludzie bez zasad i bez honoru. Przy czym przecież my wszyscy przykładni obywatele, płacący podatki, pracujący uczciwie jesteśmy frajerami dla git ludzi. (Rzecz nie w tym, że patrząc na system obowiązujący, chyba nie tylko w naszym kraju wychodzi na to, że jesteśmy nimi rzeczywiście).

Oczywiście pojęcie honoru grypsery, wydaje się dla nas absurdalnym, ale czy aby ten ostateczny krok Kuby (mąciciela) paradoksalnie nie jest tym czym było samobójstwo przedwojennego polskiego oficera jako jedyne rozwiązanie gdy postąpił niehonorowo? W jednym i drugim przypadku motywem jest strach przed konsekwencjami niehonorowego zachowania. Tak dzieje się zawsze gdy kodeks urasta do rangi religii?

Oczywiście i na szczęście w filmie Git, jest też ten zrozumiały dla prostego człowieka, zwyczajny ludzki strach przed fizycznym koszmarem stania się cwelem, (wizja, bycia spluwaczką na więzienną spermę i workiem do rozładowania wszelkich frustracji i to przez byłych podkomendnych) Kuba boi się też, że nie da sobie rady jeśli jednak ta odroczona wolka stanie się faktem. Git to także opowieść o tym, że okoliczności i dostosowanie się do nich nie muszą zabić człowieka. To jakim jest Kuba, przez lata pnący się w hierarchii Git, mąciciel (rządzący na pawilonie) tak naprawdę jest tylko w nim samym. Zadziwiająca jest ta zdolność udawania kogoś, kim się nie jest, po to by przetrwać. Funkcjonowanie w grypserze i wewnetrzne nie bycie nią sama - to wyczyn ogromny. A jednak nie można udawać bez konsekwencji, krótko przed wyjściem, generał-mąciciel opowiada o całej tej mistyfikacji dziennikarzowi. Właściwie to jasne gdzie media tam kłopoty. Pęka też kiedy nie sypie Młodego przed grypserą, tyle że niestety Ruski już wszystko wie i rozgrywa po swojemu.

 

Dramat w tym filmie to nie tylko Kuba, to także Młody i nie tylko przez wzgląd na to co robi ostatecznie... Młody na początku swojej więziennej historii, ma pozamiatane, albo powieli drogę Kuby.

Film to oczywiście nie tylko opowiedziana historia. Mocna również dzięki otoczce grypsery. Scenariusz dość spójny.

Ale nie ma kina bez aktorów.

Tu zdecydowanie Włodek Matuszak (Kuba) pokazuje się bardzo wiarygodnie. Paradoksalnie: no pokazuje, że jest człowiek, a nie klecha z Plebanii. Trudno mówić o jakiejś kreacji życia nie mniej mamy kawał rzetelnego aktorstwa, wydaje się, że bardzo wyważona gra udało się chyba uniknąć przerysowania, o które w takim temacie bardzo łatwo.

Młody Arkadiusza Detmera przerysowany na wejściu, cwaniakuje chyba zbyt cwaniaczo. Jednak w miarę rozwoju filmu idzie krok w krok z Manuszakiem. Kilka naprawdę dobrych scen. Oszczędnie aktorstwo może poza momentem ataku na dziennikarza. Sprawdza się.

Zdecydowanie dobrze poprowadzony także Naczelnik grany przez Mariana Krawczyka.

 

Jeśli nawet zdjęcia są po prostu dobrą robotą operatorska niczym więcej, ale też niczym mniej. Ogląda się to dobrze.

Muzyka Jacka Mazurkiewicza, właściwie gdzieś znika, mało jej to chyba sprzyja jedynie właściwym proporcjom. Generalnie Szymański trochę wycofał cały filmowy anturaż na rzecz pozwolenia by bohaterowie filmu i ich historia były tym co skupia naszą uwagę. Ta powiedzmy asceza, pewnie trochę wymuszona budżetem, pomaga filmowi. Przydałoby się chyba jedynie podkręcić sceny przemocy. Wyjścia na parkiet mało więzienne, trochę jakby bójki nie były na serio. To pewnie podbiło by jeszcze tę surowość obrazu.

 

To co jest siłą filmu to na pewno bardzo dobrze odrobiona lekcja z zwyczajów więziennych, znajomość Gitów i zależności. Choć oczywiście na początku filmu nawet rodzi się pytanie po co taki film o Gitach, wymarłej już subkulturze więziennej? Bo przecież dziś nie kmina rządzi a kasa pod celą. Jak już napisaliśmy na szczęście film nie jest filmem o Git ludziach. To tło jest jednak bardzo dobrze oddane. Taka dbałość niemal dokumentalisty.

Oczywiście jak na Gitów ci w filmie może poza Ruskim coś mało wyrywni. To jednak chyba pozwala nie zakrzyczeć problemu.

Powiedzmy szczerze na kolana film nie rzuca, wydaje się jednak, że w zalewie kocmopołów filmowych z migającymi obrazkami, z tysiącem ujęć na minutę i milionem fruwających pięści - dostaliśmy od Kamila Szymańskiego opowieść. Właściwie są to opowieści dwóch ludzi, jeśli nie przez cały film się je ogląda z zapartym tchem to słucha się dobrze bez przerwy.

 

Trochę jak dobijanie dawno wbitych gwoździ ta piosenka na końcu...Nie, no jasne wszyscy wiemy, śpiewaliśmy na ogniskach piosenkę o git funflu co to na zgniłym posłaniu umiera, a gity jak stali...Jakoś tak naturalnie w temacie, tyle, że gity po Kubie raczej się nie chlastali. To jednak jedynie na napisach, więc nie czepiajmy się. 

Jarek Mixer Mikołajczyk

 

PS

Poza wartościa filmu. Dużo ważnych budujących słów padło w rozmowie po seansie, którą z reżyserem prowadził Piotr Wiśniewski. Przede wszystkim niesamowita determinacja debiutanta i może przesłanie dla młodych...Kamil Szymański jak to bywa, gdy nie jest się prominentnym w branży, postawił na jedna kartę. Realizacja filmu bez wsparcia instytucjonalnego, to: kredyty, pożyczki i ogromne ryzyko, a jednak kiedy się jest przekonanym do pomysłu i wizji na własne życie trzeba zagrać na maxa. Podziwiam.

 

 

Tagi: Git Kamil Szymański Dni Sztuki zaangażowanej