• Start
  • Recenzje
  • Kopciuszek Pommerat'a i gęste czytanie u Fredry
  • Jarek Mikołajczyk

Kopciuszek Pommerat'a i gęste czytanie u Fredry

Teatr Fredry, który pracuje cały czas na obrotach, znalazł chyba formę, która pozwala na realizację tekstów, które nie zawsze zostaną pokazane w pełnospektaklowej wersji. Formę zdarzenia na pograniczu, zdecydowanie wymagającego mniejszych nakładów, świetnie uzupełniającą repertuar. Czytanie performatywne okazało się bardzo dobrym przedsięwzięciem. 

Forma to zawieszona gdzieś pomiędzy słuchowiskiem, a prostym spektaklem. Trzeba przyznać, że na początek czytań, których będzie więcej sięgnięto po tekst szczegółny. Kopciuszek Joëla Pommerata, którego czytali aktorzy to bardzo współczesna wersja bajki, którą spisali i spopularyzowali Wilhelm Karl Grimm i i jego brat Jacob Ludwig Karl Grimm, a wcześniej Charles Perrault - Francuz. 

Autor czytanego dziś tekstu, to lider grupy Louis-Brouillard, współczesny dramaturg francuski, z pokolenia dzisiejszych 50-cio latków. Teatr Fredry realizował wcześniej jego sztukę Zjednoczenie dwóch Korei, było to przedstawienie również pod kierunkiem Łukasza Gajdzisa z-cy dyrektora Teatru im. Aleksandra Fredry i szefa artystycznego sceny jednocześnie. 

Tłumaczenia podjął się sam Gajdzis i jest to bodaj pierwszy polski przekład. Kopciuszek Joëla Pommerata we Francji wzbudził spore zainteresowanie, zarówno krytyków jak i publiczności. Dziś być może nie jest to już tekst kontrowersyjny, na pewno jednak nadal jest świeży. Mówi się, że siłą dramatów Pommerata jest fakt, że często powstają one w pracy zbiorowej, podczas prób we współpracy z aktorami i scenografami czy kompozytorami. Być może dzięki temu totalnemu myśleniu teatrem są niezwykle zrytmizowane. 

 

Siłą performatywnie przeczytanego Kopciuszka było właśnie bardzo lekkie, dynamiczne tłumaczenie, w którym Łukasz Gajdzis potwierdza przede wszystkim niezwykły słuch językowy ale i muzyczny, tłumaczenie samo w sobie zdaje się nieść tempa i rytmy tekstu. Jest też mocno współczesne, osadzone w dynamice języka współczesnych cartoon'owych kreskówek, przy czym jednak jest to język nadal literacki, mimo iż pojawiają się w nim potoczne słowa, trochę jak z gimnazjalnej przerwy. 

Zabieg czytania w szklanej klatce, nawiązujący do nowoczesnego domu macochy z tekstu Pommerata, oszczędna ale sugestywna gra światła i zdecydowane usytuowanie narratora poza resztą aktotów-lektorów naznaczyły czytanie formą szkicu teatralnego. Taka forma powinna u Fredry wydarzać się częściej. Wbrew pozorom, umiejętność słuchania bajek leży w naturze człowieka. Wydawać by się mogło, że w czasie obrazków migoczących z częstotliwością stroboskopu, zgubiliśmy gdzieś tę potrzebę. A jednak świetnie przeczytany tekst, w niemal statycznej sytuacji; nie nuży, może nawet pozwala wychwycić te znaczenia i sensy, które w standardowym przedstawieniu, czasem zmiękcza lub przejaskrawia cały ten teatralny anturaż: rekwizyty, scenografia i inne nie zawsze potrzebne bibeloty. 

Jest jeszcze coś: aktorzy czytający tekst są niezwykle na nim skoncentrowani – to zazwyczaj udziela się widzowi, choć pewnie bardziej słuchaczowi. Emocje zawarte w głosie, bywają silniejsze niż w gestach. 

 

Jasnym jest też, że te odwrócenia faktów, to książę nosi pantofelki, i wcale nie gubi a ofiarowuje jeden z nich Kopciuchowi...Reżyser, mocno wypunktował też macochę, podobnie chyba jak Pommerat. Prawdopodobnie rozłożenie akcentów, na pytania o piękno i szpetotę czyni tekst bliższy dzieciom niż ten barokowy, który napisał Charles Perrault. Sama Sandra jak też Książę wydają się bardziej realni niż złota suknia i karoca z dyni. Bo niełatwe jest dziś życie dziecka, czy nastolatka, nie tylko śmierć sprawia, że jedno z rodziców porzuca dom, a sama śmierć wyrzucona poza rzeczywistość bywa albo traumatyczna, albo banalnie powtarzalna jak w grze komputerowej. Jest jeszcze to niesamowite tempo życia, w którym brak tchu, bo nie zawsze kasy, by nadążyć za zmianą mód i kanonu bycia cool. 

 

To wszystko jest w tekście przeczytanym przez aktorów Fredry. Dyskusja po spektaklu raczej zdominowana przez dorosłych, może trochę niepotrzebnie podążyła w stronę pytania: czy to co przeczytano aby nie za trudne? Albo: Czy wolno mówić o śmierci? 

Wolno, a nawet trzeba tylko, albo to robić tak pięknie, choć smutno jak Andersem w Matce, albo tak prosto zwyczajnie jak Pommerat. Ściema w poważnych kwestiach jest jedyną rzeczą, której nie kupują dzieci. 

Bardzo ważne było to czytanie, dobrze byłoby je przypomnieć za czas jakiś i potem jeszcze, ale w takiej właśnie wersji. Powrót do: słowa i głosu to dobry kierunek w dzisiejszym postbajkowym świecie; mylącym ułudę z marzeniem i magią. Jest on też jednocześnie powrotem do szukania sensu. Co trzeba podkreślić świetna robota całego czytającego zespołu.  

 

Warto po wszystkim, nie pytać czy tak można? Skoro tak się zrobiło, to znaczy, że można. To trochę jak w Scenariuszu dla trzech Bogusława Schaeffera - kiedy Grabowski Andrzej mówi: ależ proszę pana ale tak nie można...Dostaje jasną i klarowną odpowiedź: można, można. Ciekawi mnie i to bardzo jak potoczyłaby się dyskusja, gdyby na sali byli uczniowie liceum? Bo zapewne by się potoczyła.

 

Mixer