• Jarek Mikołajczyk

Nasze Miasto recenzja premiery u Fredry

Piotr Kruszczyński, nie pierwszy raz reżyserował w Gnieźnie u Fredry, generalnie nie ma to większego znaczenia, w tym przypadku jest dość ważne. Zostawmy aspekty lokalne, tak akcentowane podczas promocji wydarzenia. Chciałoby się też pominąć pisanie o samym tekście Thorntona Wildera, tak by artykuł dotykał jedynie tego co widz zobaczył podczas premiery. To jednak od tekstu wychodzi się z zasady w teatrze dramatycznym, lub jak postuluje Krzysztof Kurek repertuarowym.

Małoobsadowa sztuka Wildera, kiedy przywiózł ją do Polski sam Horzyca w niespełna rok od napisania, była wydarzeniem. Rzecz, którą zachwyciła się dopiero co Ameryka, zanim mogła ją oglądać Europa dokonała się pod okiem maestro Leona Schillera. Można niestety to sobie tylko wyobrazić z kolejnym mistrzem Aleksandrem Zelwerowiczem w roli reżysera, realizacja niestety nie zdążyła się dobrze rozkręcić – premiera w lutym 1939, mimo tego mówi się o niej na zajęciach historii teatru polskiego. Out Town – przyniosło Wilderowi drugiego już Pulitzera, ale też chyba wpisało, po wcześniejszych średnich jednoaktówkach, na listę dramaturgów ważnych.

 

 

Teatr w teatrze, podyktowany już przez samego Wildera, to element, którym świetnie posługuje się Kruszczyński w Naszym Mieście na deskach gnieźnieńskiego teatru.

 

Reżyser, trochę jak konferansjer z talk show, bardzo amerykański w swoich przykrótkich spodniach, skarpetach w serek i pięknych niebiesko-czerwonych butach. Grany oszczędnym gestem, ale też konsekwencją postaci (złamaną świadomie, na koniec spektaklu), tak naprawdę to on zaprasza nas do podglądania Grover's Corners. Od początku jednak widz wie, że miejsce, nawet jeśli determinuje los bohaterów, a u Kruszczyńskiego jak u Wildera – determinuje, nie jest wyznacznikiem odbioru sztuki.

 

Zaczęliśmy od Reżysera, grającego reżysera, nie dlatego by na wstępie oceniać już takie detale jak gra aktorska. To Reżyser, jak nadmieniliśmy decyduje o tym, co zobaczymy w trakcie pokazu. Wejścia Reżysera, nie są jednak interludiami, to raczej zabieg wprowadzający narratora, nie zapominajmy Wilder zaczynał od powieści. Postać od początku niejako obok Grover's Corners, w konwencji, którą przyjął Kruszczyński raczej prezenter, który gdzieś spycha na plan dalszy sprawczość reżysera, jeśli nawet szkicuje to co mamy zobaczyć, to raczej jako opowiadacz. Dobry początek spektaklu. Reżyser z wyczuciem markuje rozmowę z publicznością, bez nachalstwa.

 

I zaczyna się akcja. Piotr Kruszczyński, praktycznie zrezygnował z jasnego oddzielenia poszczególnych aktów, co u Wildera jednak było wypunktowane. Wydaje się, że to zabieg ze wszech miar słuszny. Widz dostaje jedna spójną opowieść, przynajmniej do momentu Zaświatów.

Życie miasta na G. w tej realizacji jest blisko teatru ubogiego, aktorzy dostali kostiumy, proste ale wyraziste i narzucające postaci pewną stereotypową kalkę. Mamy Amerykę, zatem faceci w kapeluszach, kobiety jak wycięte z filmów w stylu Domek na prerii. Reżyser spektaklu zabrał im jednak rekwizyty. To ogrywanie nieistniejących: wiader, misek, noży, fasolek, kur, a nade wszystko kieliszków, wspaniale koreluje z pomysłem na udźwiękowienie spektaklu. Mistrzowskie gwizdy, mlaśnięcia, odgłosy krojenia posiłków i wszystkie inne – cudownie i lekko budują klimat jak ze starego kina, trochę jak w kreskówkach starego Walta Disneya, a troszkę jak na seansie z pogranicza burleski udźwiękowianym na żywca. Mistrzostwo świata w scenie popisów szczenięcych George Gibbsa i Emily Webbs. Odgłosy podbijanej wyimaginowanej piłki: lekkie i niebanalne, a tak przecież proste... Zabawa z podrzucanym plecakiem, (również jedynie ogranym) bezpretensjonalnie delikatna to w sporej części robota Spirituals & Gospel Quartet, który podaje dźwięki. Choć zdjęta z burleskowych scenek niemego kina w skali 1 : 1 zabawna gra Martyny Rozwadowskiej jest siłą sceny: bez świstów, gwizdów nie była by Piękna, a jedynie właśnie zabawna.

 

Rodzące się poczucie niebezpiecznej lekkości, dzięki prowadzeniu aktorów na poziomie podstawowego zadania aktorskiego, jakim jest nalewanie z nieistniejącej butelki i picie z ogrywanego kieliszka, podbite zostało przez paszczodźwięki Spirituals & Gospel Quartet. Ta lekkość, każe dość często, zwłaszcza w pierwszej części spektaklu, nie tyle śmiać się co uśmiechać. Oczywiście po chwili widz łapie się na tym, że te dość miałkie dialogi: o komodzie po babci, marzeniu o Paryżu, o pogodzie i to nieustanne obieranie fasoli, czy stukanie artykułów do lokalnej gazety przez Redaktora Webbsa, nie są aż tak zabawne...Zwłaszcza, gdy rodzi się dość uzasadnione podejrzenie, że ta płaskość emocji z jaką bohaterowie wypowiadają większość kwestii, wynikać może z tego, że Webbs czy Gibbs może być, którymś z nas.

 

Po chwili, dość uniwersalna, scenografia zaczyna przypominać konkretne miejsca. Ławki jakby wyniesione ze starej poczekalni dworcowej (gnieźnieńskiej, ale też każdej w małym miasteczku). Mimowolne skojarzenie kwadratu zegara z tym, który mógł wisieć kiedyś na dworcu. Elementy nie tyle lokalizacji, co raczej przemijalności i powtarzalności. Dzień, jak co dzień - taki sam. Obieranie fasoli i pytanie o to: czy będzie padać?... Te same odpowiedzi i te same czynności. No pojechało Rybczyńskim z Tanga, oj pojechało zwłaszcza ten George z piłką.

 

A jednak Doktor Gibbs wyznaje żonie, że kiedy się z nią pobierał, myślał, że szybko nie będą mieli o czym rozmawiać, a przecież rozmawiają codziennie od tylu lat...Wymowne potwierdzenie przez Panią Gibbs z dość celna uwagą, że repertuar tych rozmów dość ubogi.

Dialogi dość oszczędne i proste, jak proste jest życie w Grover's Corners. To jednak te nieudolne próby rozmowy Emily z matką o sexie, to znaczy: czy jestem ładna?...Przecież o sexie się w miasteczkach na G. nie rozmawia z dziećmi, zwłaszcza gdy zaczynają buzować hormony. Takie tam pogaduchy sąsiadek o mężach i życiu pokazują niezwykłe wyczucie Jacka Poniedziałka, który jest autorem przekładu. W odniesieniu do przekładu Julii Rylskiej, czuje się ogromną świeżość tego co z Wilderem zrobił Poniedziałek. (Julia Euzebia Rylska tłumaczyła Nasze miasto dla Leona Schillera, potem opublikowano jej przekład drukiem w 1967 roku w antologii Współczesny dramat amerykański.) Wydaje się, że dzięki Poniedziałkowi pełniej wybrzmiewają pewne śmiesznostki tekstowe, przekład mógł być też bliższy do zagrania aktorom.

 

 

Kruszczyński w przyjętej konwencji zdaje się zakładać, że podstawą gry aktorskiej jest po prostu: rzetelna gra aktorska. Aktorzy nie dostali być może szansy stworzenia jakiejś kreacji życia. Odrobinę tej wolności, ma tu jedynie Reżyser. Szymon Mysłakowski (gościnnie), gra bez brawury. To właśnie jest bardzo rzetelne aktorstwo, bez fajerwerków, ale bez Rowów Mariańskich. Słusznie Mysłakowski nie zasypuje widza sobą, dzięki temu nie burzy ważności planów.

 

Odkąd Gordon Craig powiedział, że aktor ma dobrze zagrać to co wymyśli reżyser, granie w punkt, choć nadal rzadkie jest w cenie.

 

Odrobina miejsca na budowanie postaci pozostaje też u Wojciecha Siedleckiego, który z pewną tendencją do zadreptywania dobrze rysuje postać epizodyczną, a ważną Profesora Willarda. To zresztą ładna scena, również jeśli idzie o sama warstwę tekstową. Dobra gra z Mysłakowskim w interakcji. No i mamy to zapowiadanie Gniezno w Grover's Corners. Przehajpowana, jak mówią młodzi, historyczność miasta na G., raczej wygląda jak „muzealna histeryczność” - ładnie oddana przez Willarda-Siedleckiego.

Również Siedlecki rysuje organistę Szymona Stimsona. Jego pijacki początek próby, nie urasta do monologu Marmieładowa, a jednak unosi ciężar pewnego przełamania dość jednowymiarowego obrazu Grover's Corners. Zachowawcze bardzo słowa o tym, że głośna muzyka nie może być piękna -  wydają się być oderwane od samego Szymona, który być może samego siebie próbuje przekonać do tej teorii. To jednak postać, jak na miasto na G., dość szczególna i dramatyczna w okolicznościach wszechobecnej sztucznej sielanki. To zresztą o nim Doktor Gibbs mówi do swojej żony: niektórzy nie są stworzeni do życia w tej dziurze. (Cytat niedosłowny z pamięci).

 

Próba chóru z udziałem Spirituals & Gospel Quartet i słuchaczy Gnieźnieńskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, wprowadza inną dynamikę, pozwala na zmianę rytmu spektaklu. Tyle, że to bodaj w niej, pojawia się największy kicz związany z Gnieznem. Żenująca piosenka Gniezno na mapie jest jedno. Nie jest jasnym, czy to sarkazm, czy może prawda o mieście na G? Intencja reżysera nie jest czytelna, być może celowo. Przyznać trzeba jest śmiesznie. Nie śmieszne jednak jest samobójstwo Szymona. Ładnie zagrany przez światła i Spiritual & Gospel Quartet pociąg.

 

 

Dobre momenty mają obie panie: Gibbs i Webbs. Wspólnie obieranie fasoli, rozmowa o komodzie po babci, a raczej o marzeniach. Ładnie bywa też w relacjach z dziećmi. Tu zdecydowanie wspomniana rozmowa Emily z Pania Webbs o byciu ładną i podobaniu się chłopcom, nawet jeśli Martyna Rozwadowska zbliża się do banału, jeśli chodzi o grę zawstydzenia mieszającego się z ciekawością „świata”, nie przekracza granicy. Dobrze się to ogląda z uśmiechem.

 

W pierwszej części mamy jeszcze kilka lekkich ładnie zbudowanych scen, które zapadają choć na chwile w pamięć. Wspomniana scena z podrzucanym plecakiem i podbijaną piłką. Bardzo ładnie zbudowana scena, w której Emily (Martyna Rozwadowska) i George (Paweł Dobek) zdają sobie sprawę, że są sobie przeznaczeni. Bardzo zgrabnie ograne wspólne jedzenie lodów.

 

 

Mężczyźni w tym dramacie trochę w cieniu, choć widzimy, że to oni wyznaczają rytm domów. Dobrze zagrani Redaktor Webbs i Doktor Gibbs nie mają wiele do roboty. To raczej o nich się mówi, Oni zaś sami mówią niewiele. Leszek Wojtaszak (Webbs) i Maciej Hązła mają za zadanie po prostu być. To jednak też trzeba potrafić. Potrafią.

 

Trochę śmieszna i nudna codzienność Grover's Corners, które tak naprawdę poznajemy przez pryzmat dwóch rodzin zmienia się kiedy niepostrzeżenie gramy już Miłość i małżeństwo (drugi akt). Jeszcze nie dawno dzieci szykują się teraz do ślubu. Pani Gibbs zamartwia się, że syn najpewniej będzie zaniedbywany przez młodą żonę zaziębi się i umrze, zaś pani Webbs z uporem pilnuje, żeby George przypadkiem nie zobaczył panny młodej wcześniej niż w kościele, bo tak każe przesąd. Scenę w drzwiach grana pomiędzy panią Webbs (Agatę Wojtaszak) i George'm ogląda się bardzo dobrze. Tu ponownie sprawdza się patent ogrywania rekwizytów i części scenografii. Nie istniejące drzwi, o których aktorzy muszą cały czas pamiętać, z średniej dramatycznie sceny pomagają aktorom stworzyć jeden z fajnych momentów. Tłem bardzo zgrabie wymyślone i zagrane przez Emilly i Rebekę zabiegi przedweselne dziewcząt.

 

Tu jednak kończy się to co lekkie łatwe i przyjemne. Wcześniej jednak Reżyser przypomina pełne szczęśliwości i uroku momenty z przeszłości, pojawia się apel do publiki by przypomniała sobie te chwile gdy każdy z widzów był po raz pierwszy zakochany. Jeszcze pojawi się liryczna dość scena ślubu – ładne wprowadzenie w obrzęd słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku. A jednak już nie sielankowo, jest więc: przerażenie chłopca i ale i dziewczyny, że za chwilę mają stać się mężczyzną i kobietą, obie scenki rozgrywają się pomiędzy dziećmi i matkami. Krótkie momenty grają się pomiedzy Emily, a jej ojcem Redaktorem Webbsem, zresztą pan Webbs objaśnia potrzebę wesel i przesądów również Georgeowi. „To baby wymyśliły wesela”.

 

Na ślubie, wiadomo: jest wzruszenie młodych, łzy matek i gości, Są też wątpliwości choćby pani Webbs czy koleżanki powiedziały Emily o tych sprawach, bo ona jako matka nie mówiła córce bo nie wypada, bo nie było jak...

 

 

I już się zdaje, że zaraz będzie ponownie: lekko, przyjemnie choć nieco nudno. A tu Reżyser i inspicjentka zapraszają widownię do zmiany miejsca.

 

Mam nadzieję, że nie ciągną nas teraz na bankiet premierowy, który będzie jednocześnie finałem na przyjęciu weselnym – przemknęło mi przez głowę. Szybko jednak przypominam sobie treść dramatu Wildera, bardziej chyba z tej telewizyjnej realizacji z lat 90-tych z Anną Dymną, Kingą Preis i Henrykiem Bistą. Ufff – nie zniósłbym takiej hochsztaplerki.

 

 

Przewidywalna, a niby nieoczekiwana zamiana miejsc. Trochę zgrany manewr przeniesienia widzów na scenę, z domyślnym póki co, wrzuceniem aktorów na widownię. Na ten greps reżyser musi mieć poważne argumenty. Nie są nimi trochę dosłowne, momenty osobiste Reżysera. Opowiedziana przez cień reżysera historia babci, uprawniona i uzasadniona. Plan filmowy na ekranie, może kupić Gnieźnian, którzy zapewne stanowią 90 procent widowni. Owszem to się może gnieźnianom podobać gdy słyszą opowieść o urokliwym widoku w mieście na G. Czy jednak widz, który nie zawsze jest po raz pierwszy w teatrze, i prawem szoku robi z marszu wielkie WOW!!! na wszystko co zobaczy i usłyszy, czy ten widz nieprzypadkowy, musiał dostać między oczy cios wieżami katedry? Chyba w dość umownym, powiedzmy szczerze, ze swej natury teatrze dosłowność to zbyt dosłowna.

 

 

Ten fragment właśnie ratuje osobista refleksja reżysera. Znaczące słowa: Z tego miasta nawet umarli uciekają (cytat niedosłowny z pamięci).

A jednak Kruszczyński ma argument na to wrzucenie na scenę publiczności. Krótka, poetycka scena Zaświatów. To co u Wildera stanowi akt finałowy. Trudno byłoby zbudować na scenie cmentarz w Grover's Corners. Wedle zapewnień Reżysera wszak, choć w strugach deszczu to na uroczym jednak cmentarzysku spotykają się starzy znajomi z miasteczka na G., którzy już leżą tutaj, ale i ci, którzy odprowadzają tu zmarłą w połogu Emilkę Gibbs z domu Webbs.

 

 

Dzięki tym właśnie odprowadzającym Emily, ustawionym na balkonie widowni, z pięknie grającymi plastycznie czerwonymi parasolami i porozsadzanymi w rzędach parteru „tymi co już umarli” faktycznie widzowie patrzą, w tej scenie, na naprawdę piękny nawet jeśli smutny widok. Bardzo ważna plastycznie jest tu obecność słuchaczy GUTW. Trochę nie słyszalne kwestie z umarłych, ważne i wypowiedziane cicho, wymuszają uwagę. Rebeka Gibbs dopiero po śmierci Emily może zaistnieć w swoim rodzinnym mieście. Michalina Rodak ma chwilę na bycie gwiazdą. Dość dziwaczny wiersz, wypowiadany nad trumną Emily brzmi jednak dobrze i blisko widza. Rebeka, choć we wcześniejszych scenach mało miała do zagrania, budowała wszystko na dziewczęcym wrodzonym uroku aktorki. W ostatniej już innej odsłonie też się broni.

 

 

Dobry spektakl. W części uniwersalnej, mimo możliwego wrażenia pewnego braku prawdy czy szczerości wynikającego z koncepcji Kruszczyńskiego, bardzo rzetelny teatr, bez artystowskiej ściemy - tak dziś modnej. Obok lekko zagranych scen, kilka pięknych momentów, większość już wspomnieliśmy. Warto jeszcze powiedzieć, że o ile epoka Heleny Modrzejewskiej odeszła już w zapomnienie i raczej słusznie, to rzucane z wózka inwalidzkiego komentarze przez Danielę Zybalankę - Jaśko (scena ślubu) są czyste. A ogrywane bez drutów dzierganie, pozornie nieistotne – zrytmizowane do perfekcji. I jeszcze jedno, te nagrane wspomnienia słuchaczy GUTW, opowieści Gniezna z ich młodości – piękne na wejście.

 

 

Reżyser: Piotr Kruszczyński ma bardzo spójną wizję, jeśli łamie przyjętą konwencję to bardzo świadomie. Bardzo dobrze wygrywa zwłaszcza pierwsze części dramatu. Reżyser potrafi się bawić teatrem w teatrze. Finał, jak to bywa z Zaświatami - trudny, również się broni. Jeśli pojawiają się wątpliwości to, dotyczą gnieźnieńskiej dosłowności: katedra na filmie i przebój lokalnej rozgłośni radiowej. Są to jednak zabiegi zrozumiałe. 

 

Siłą realizacji Kruszczyńskiego jest zapewne pewna podskórność działania i opóźniony zapłon. Mimo dość poważnego finału, wychodzimy z teatru z wrażeniem lekkości, może nawet delikatnego rozbawienia. Jednak to co ważne w tej sztuce, wraca po powrocie do domu, nie koniecznie już budząc śmiech. Wydaje się, że przecież o to chodzi w teatrze.

 

 

Scenografia: Justyna Kuchta; klasycznie bez wymyślania cudów nie widów. Czysto, uniwersalnie i prosto. Dbałość o szczegóły choć brak na scenie drobiazgów. Prosimy więcej tak wyważonych młodych scenografów.

 

 

Muzyka: Bartosz Chajdecki i niewątpliwie Spirituals Gospel Quartet. Mistrzostwo. Nie ważne czym Chajdecki może się pochwalić do tej pory, a może. Piękny pomysł z powierzeniem wykonania muzyki ale i udźwiękowienia widowiska przez Spirituals Gospel Quartet. Trochę to Gniezno na mapie jest jedno zabolało, ale reszta Piękna.

 

Aktorzy: Napisane wyżej, gdzieś w treści. Bez wpadek z dobrymi momentami. Tak się to robi i tyle.

 

Przekład: Jacek Poniedziałek, ale o tym pisaliśmy kilkaset znaków wcześniej. Z szacunkiem do treści Wildera ale też z nerwem.

Spektakl potrzebny. Rzecz nawet nie w tej całej nadbudowie, gnieźnieńskich odniesień.

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

PS.

 

1 Były jeszcze, co zauważył mój przyjaciel, który zna się na filmie, analogie do Dogville Larsa von Triera. 

2 W przygotowaniu wersja recenzji short.