• Jarek Mikołajczyk

Zośkowiec - Jarosław Wróblewski recenzja

Wraciliśmy po wakacjach do normalnego biegu zdarzeń. Popcentrala, ponownie nie tylko jako Gnieźniński Informator Kulturalny to też magazyn, w którym z perspektywy naszego miasta, piszemy o: ważnych wydarzeniach, książkach, premierach czy płytach, bo odbiorca kultury nie klasyfikuje się w kategoriach prowincja - metropolia. Na początek recenzja książki, która nie jest nowością, a jednak są przesłanki by o niej właśnie napisać. 17 października w ramach festiwalu literackiego Preteksty odbędzie się spotkanie Pacyfista pyta o Powstanie Warszawskiespotkanie z Jarosławem Wróblewskim - autorem książki Zośkowiec. Spotkanie poprowadzi nasz naczelny.

RedAkcja

 

ZOŚKOWIEC

autor JAROSŁAW WRÓBLEWSKI

wydawca FRONDA

 

Książki historyczne mają to do siebie, że nie zawsze, a raczej rzadko, mamy do czynienia z literaturą we właściwym znaczeniu słowa. Zośkowiec to książka, która znajduje się na granicy. Jarosław Wróblewski, podobnie jak większość autorów książek historycznych, zdaje się nadrzędną nad językiem i konstrukcją, czynić prawdę historyczną. Na szczęście ta prawda historyczna, nie przypomina częstych po prawej stronie, spazmów i rwania szat. Prawda Powstania Warszawskiego z książki Zośkowiec to w pierwszej kolejności prawda Henryka Kończykowskiego – Halicza. To także w bliskim planie prawda ludzi z Batalionu Zośka.

Szacunek wobec wspomnień, emocji i przemyśleń jednego z ostatnich żyjących Zośkowców jest siłą książki. Wbrew pozorom, przyjęta przez Wróblewskiego pozycja, a raczej funkcja kustosza wspomnień Halicza, sprawia, że nieco archaiczna narracja nie traci energetyczności.

 

Pisać dziś potrafi wielu, a jeszcze więcej jest takich, którym to wmówili specjaliści od marketingu. Mało kto dziś jednak, potrafi pisać ze słuchu. I nie chodzi tu o dyktando. Autor jest dobrym słuchaczem, posiadł ten rzadki dziś rodzaj koncentracji, zwłaszcza rzadki wśród opisujących historię lub wydarzenia społeczno polityczne.

 

Pryzmat Halicza – pryzmatem Zośki, a może pokolenia...

Zdecydowanie, rzetelnym jest założenie, że Kończykowski nie staje się Zośkowcem w chwili Powstania. Staje się nim na długo przed utworzeniem Batalionu. Rodzina, zwłaszcza ta osadzona w tradycyjnych wartościach, jest podglebiem tego kim staje się człowiek w latach przedwczesnej dojrzałości. Domy warszawskich elit, to z nich przecież, z profesorskich domów wchodzą do Batalionu: Tadeusz Zawadzki – Zośka, Jan Rodowicz – Anoda. Henryk Kończykowski rodzi się w rodzinie jednego z pionierów polskiej energetyki, ochotnika wojny polsko-bolszewickiej i wykładowcy Politechniki Warszawskiej. To musi przynieść owoce, takie jakie przyniosło…Zostawmy jednak zamożność i finansową i intelektualną Kończykowskich.

Całe podłoże, które sprawiło, że kiedy przyszedł czas Henryk nie mógł postępować inaczej... Choć może warto wspomnieć, bo to taki biograficzny pieprz, że po kądzieli Halicz spokrewniony był z arcybiskupem gnieźnieńskim Janem Łaskim. Z tak zwanych rodzinnych prawd i legend, poza Łaskim, Wróblewski pokazuje jeszcze kilka, rodzinnych mega newsów. Wystarczy wspomnieć, że jeden z dziadków: był przykładnym Polakiem, (przynajmniej się starał nim być), ruskim generałem, a do tego ewangelikiem. Życie elit ówczesnych, łatwym nie było: Państwo Kończykowscy, chcąc kształcić syna wysłali go na dalszą naukę do Petersburga. W rodzinie zdarzył się tragiczny wypadek.

 

Wypadki, perypetie, przygody, dramaty i zmienne losy rodziny, na tle równie dynamicznej historii kraju, sprawiają, że książkę czyta się z zaciekawieniem, nawet jeśli czytelnik nie jest fanatykiem historii czy gorliwym patriotą.

 

Wydaje się, że Wróblewski wpisał się Zośkowcem w opowiadanie fragmentu historii Świata, przez pryzmat pojedynczego człowieka, jego otoczenia i tego co dla niego ważne. De facto zresztą. chyba słusznie, nie interesuje autora wspomniany Świat poza-warszawski. Tak zresztą jak Świata, nie obchodził Halicz i jego przyjaciele w walce Batalionu i w czasach wyklętych. To opisywanie przez pryzmat człowieka, nie przeszkadza autorowi osadzić opowieści w mnóstwie śladów i dokumentów.

 

Zośkowiec to unikatowa książka, jak mało która - pokazuje Powstanie z perspektywy konkretnego człowieka, konkretnego Wojownika. Jednocześnie książka łączy wspomnienia z faktami historycznymi i mnóstwem: dokumentów, zdjęć, rysunków, fragmentów wydawnictw powstańczych. Dobrym tropem jest też przecinanie tekstu fragmentami literatury. Nie są to jednak przypadkowe cytaty. Literackie mięcho, do którego pomaga nam zajrzeć Wróblewski to oczywiście Kamienie na szaniec, książka szczególna bo przecież oparta na raporcie Tadeusza Zawadzkiego Zośki...

 

Oprócz Kamińskiego, ważne i mocne słowa, nie tak postrzępione jak u Białoszewskiego, padają ze strony samego bohatera. Momenty chwytające za serce, neurotyczne, choć już z dystansem, wyciszone a może uciszane przez minione lata, a jednak jak śpiew Ewy Demarczyk lub Nicka Cave.

 

„...Niemcy strzelali do nas z granatników. Mówię jej, że jak pocisk uderzy bliżej, to skoczymy do bunkra. I faktycznie, leżymy w bruździe i nagle pocisk rąbnął blisko nas. Ziemia się zatrzęsła, mówię do niej, że teraz skaczemy. Ona wskoczyła do bunkra pierwsza, ja za nią. Odwróciła się do mnie i miała całą twarz we krwi. Pytam się, czy coś jej jest, a ona, że nic. Wyciągnęła lusterko z torby, wytarła twarz. Trzeba zrobić przeskok do szkoły św. Kingi. W jej drzwiach stał Świst. On dał nam znać, wyczekaliśmy moment i dobiegliśmy pod ostrzałem do tej szkoły. Później trzeba przebiec po kolei pod ostrzałem przez ul. Okopową na teren, gdzie było getto. Była ustalona kolejność. Usiedliśmy na ławeczce, Magda obok mnie i czekamy. Ona w pewnym momencie położyła głowę na moim ramieniu. Myślę sobie, że zmęczona i chce odpocząć. Ułożyłem tak ramię, żeby jej było wygodnie. Gdy przyszedł czas, to ja wstaję i mówię, że idziemy. A ona osunęła się. Patrzę – nie żyje. Nic nie powiedziała, a w plecy miała wbity duży odłamek. Tak się wykrwawiła. Nie było czasu jej chować, musiałem ja tam zostawić...”

 

Naturalnym biegiem Zośkowiec nie kończy się po Powstaniu, istotny rozdział Czas Wyklęty. Wątki w stu procentach jak gotowe scenariusze do filmów. Choćby nieudane porwanie ambasadora sowieckiego. Gotowość do III wojny, która nie nadeszła i chyba Kończykowski ma rację, nie nadeszła niestety.

 

Bardzo solidna jako materiał poznawczy książka.

Prawdziwa opowieść nie tylko o elicie pewnego naznaczonego pokolenia, ale też o miłości do Ojczyzny, i o cenie tej miłości...To także książka o Polsce. Dobra kompozycja, właściwe łączenie tekstów autora z wypowiedziami Halicza i tekstami literackimi. Nade wszystko też ogromne znaczenie skanów: dokumentów, pism, niezliczonej ilości fotografii. Niektóre rysunki czy zdjęcia pierwszy raz w tak skomasowanej ilości.

 

Ogromna robota redakcyjna i edytorska. Tak dziś robi się książkę, gęsto i rzetelnie. Lektura obowiązkowa, chyba nie tylko dla tych, którzy chcą pamiętać o Powstaniu Warszawskim, nie tylko dla tych, którzy krzyczą przy każdej okazji, stosownej czy nie: Cześć i chwała bohaterom!

Książka pisana przez autora, który sam bierze udział w rekonstrukcjach, pewnie też czasem w tych okrzykach jest jego głos, ani trochę nie zakrzykuje jednak: Człowieka, Powstańca, Halicza. Nie ma krzyku. Jest szacunek.

 

Adekwatna szata graficzna. Prosi się jednak o sztywna okładkę. To nie jest książka jednorazowego użytku. Raczej jakiś depozyt odchodzącego świata, za którym zatęsknimy szybciej niż nam się dziś wydaje, niż kolejny wolumin na półce. Rzecz oczywiście nie w tęsknocie za okolicznościami, a za wartościami poddanymi próbie. Zdecydowanie brak indeksu nazwisk. Poza tym – zasłużony tytuł Historycznej Książki Roku.  

 

Jarek Mixer Mikołajczyk