• Start
  • Jarek Mikołajczyk

Małgola, No A/B – recenzja

Po, mimo wszystko efemerycznym etapie 100 % Rabbit, Małgola wybiera drogę nieco inną. Zespół to kłopoty i kompromisy. Małgola, No A/B to płyta, autorska, do której realizacji artystka zaprosiła kilku muzyków, to jednak ona tu rządzi. Stąd zapewne spójność krążka. Trochę tu inaczej brzmi Małgorzata Gulczyńska, niż na 100 % Rabbit to zrozumiałe i chyba to po prostu wybór a może stan ducha. Mniej tu neurotycznego echa Kristin Hersh, a może nawet prawie wcale. Co niektórzy chyba się jednak rozpędzili z porównaniami do Charlotte Hatherley. Rzecz nie w przesadzie, bo tej tu nie ma, znaczy, nie chodzi o to, że porównanie na wyrost, tylko trochę poza tarczą. Ok, wokalnie w sensie frazowania, czy zabawy kontrapunktem... To jednak tak oczywiste skojarzenie, że zostawmy, bo nic nie wniosło... Paradoksalnie poza wokalem, u Małgoli niby nic się nie dzieje, plumkanie, żeby nie powiedzieć domowe melodie, tak jakby piano grało z pokoju obok. Małgola zaprosiła nas chyba do własnego pokoju, nie biega wprawdzie po nim w kostiumach do spania, to może i dobrze, bo od początku robi się: blisko, kameralnie, ale subtelnie, a nie pidżama party.

Intro po prostu zaproszenie, do płyty, bez zabijania na wejściu, przyjemnie i intrygująco.

 

I belive you – oszczędne piano na początek, proste wyraźne dźwięki, melodyjki, ale momentami trochę mocniej - do tego wokal trochę od niechcenia, a jednak się słucha. Wkręca się w głowę, bardzo podskórnie. Niby ładna piosenka a chyba jednak piękna.

 

Heavens above – mówią do 3 razy sztuka. No to 3 kawałek zaczyna płytę na dobre. Czy można śpiewać piosenki tak po prostu, bez wysiłku? Nie, no jasne, że można, prostota nie musi też oznaczać banału. Tak jest w tym kawałku. Proste wyraziste bicie piana - nie jest biciem piany, beatelsowskie śpiewania, no jest w tym trochę brytyjskiego klimatu, może poza trochę podkręconymi klawiszami we fragmentach. Idealna piosenka do przebudzenia po domówce, która zakończyła się koło 4 nad ranem...

Married Christmas – no tu mamy już rozbudowaną formę, jak na dość minimalistyczny klimat płyty. Powtarzalne motywy piana, rytm i po raz kolejny śpiewanie niemal do ucha, cicho, ciepło, a jednak z nerwem. Może trochę udziwnione świsty klawisza czasem, mogłyby być mniej brzmieniem lat 80..

The most inceredible mess – ładne śpiewanie, powietrze z początku utworu, motywy, a raczej motywiki melodyjkowe w warstwie instrumentalnej, nie przeszkadzają Małgoli w środku kawałka zaśpiewać szerzej nieoczywistym głosem.

 

Won't get better (Interlude) – oszczędne piano, pomiędzy Satie a Chopinem paradoksalnie, ale daje odpocząć.

 

The third man: niezwykle znajomo brzmi początek songu. Gdzieś to jazzowe momentami piano kontrastuje z wokalem, by momentami tylko trafiać w punkt. Gitara też gdzieś przesunięta. To jednak tworzy spójną całość. To ten kawałek, gdzie trochę echa Trowing Muses jednak jest w prowadzeniu wokalu, pozornie oderwanego od instrumentów... Pewna neurotyczność, trochę jak przerzutnia z songów Mitchel czy nawet wspominanej gdzieś przez kogoś Laury Nyro (no to będzie taka łatka Małgoli, chyba jednak kompletnie fajna).

 

I can see you – dobra, początek przywodzi na myśl pioseneczkę My Bonie. Tak jakoś mimo woli idzie to podobnie... Taka piosenka, która jednak w połowie trochę zakręca, Małgola obok prościutkiego piosenkowego śpiewania i prostego niemal dancingowego rytmu pod nóżkę wrzuca fragmenty, gdzie wokal szybuje inaczej.

 

Heartshake/Handshape – panowie, jasne poddaje się jest jednak trochę Charlotte Hatherley. A wydawałoby się, że płyta mało rockowa. Nic na szczęście się nie psuje, przy tym kawałku. A ten rockowy alternator jest na płycie Małgoli trochę jak pleśń na dobrym salami.

 

Didn't cry – mamy piękny początek piana i tym razem matowy wokal, przynajmniej na starcie. Trochę robi się kołysankowo, a jednak przewrotnie idzie to w jakimś innym kierunku niż mogłoby się zdawać. Piękna nostalgia skrzypiec. Rasowy kawałek, pozornie nic się nie dzieje, a gęsto aż miło.

 

Under frozen sun – jakoś tak hippisowsko, choć nie da się prosto przetransponować. Klawisz blisko new countrowego grania. Gdyby Małgola ciągnęła tu wyżej trochę klimat Joni Mitchel z For Free się robi. Ciepły kawałek pod koniec płyty.

 

Roses – powoli rozpędza się ten walec. Pomijamy te trochę psychodeliczne dźwięki na początku, choć są na miejscu. Wejście piana buduje powtarzalność, transowość. Trochę avant popowo po raz drugi matowo idzie wokal, powietrze rozdmuchuje klawisz, kołysze... Wyraźnie uderzenia w klawisze idą minimalnie aż do pokręconej perkusji. Patryk Grymuza robi tu zamęt, kawałek mimo monotonii nie staje się nudny. Trochę tu Stiny Nordenstam no tak z Get On With Your Life.

 

A song to cheer me up – 13 ostatni. Taki znowu beatlesowskie zamknięcie. No i znowu zabawa głosem, nic nie idzie przewidywalnie, jest raz tak, raz tak zaśpiewane w jednym kawałku. Spora świadomość instrumentu, jakim jest głos. No i piękna melodyjka na zejściu kawałka niby nie pozytywka a prawie Coco Rosie.

 

Kawałek dobrej muzyki. Fortepian i piosenka połączenie oczywiste i naturalne na szczęście nie mamy tu tak gładko. Większość piosenek w podstawie przyjemnych i lekkich ulega w trakcie rozwoju, choć delikatnej dekonstrukcji, pojawia się pewien niepokój i to jest siła tych z pozoru zwyczajnych piosenek.

 

Układ płyty przemyślany tak jak kiedyś, kiedy artyści tworzyli całe płyty według jakiegoś klucza dramatycznego, a nie tak sobie z loterii byle każdy kawałek się bronił sam w sobie.

 

Przy drugim, trzecim słuchaniu po kolei robi się trochę nużący ten krążek, przy czwartym ponownie jest dobrze. Kiedy wyskakujemy z discmanem i słuchawkami w wilgotny wieczór w ulice miasta – robi się idealnie.

 

Małgola, No A/B

Indiana Records

Poznań 2016

 

all tracks written and performed by Małgola, No 
except guitars: performed by Adam Sowiński 
drums on track 12: performed by Patryk Grymuza 
violins on track 10: performed by Zofia Gulczyńska 
recorded at Indiana Records and Bajzlownik, Poznań 
except pianos recorded by Bartek Olszewski C2 Studio at MDK Dragon, Poznań 
mixed and mastered by Adam Sowiński Indiana Records 
Poznań 2016 Indiana Records 

 

do kupienia

do posłuchania 

 

Jarek Mixer Mikołajczyk 

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00