• Start
  • Aktualności
  • Recenzje
  • Mewa u Fredry – nie, no ale teatr musi być. Mewa opowieść o sztuce i wypaleniu emocjonalnym /szkic recenzencki
  • Jarek Mixer Mikołajczyk

Mewa u Fredry – nie, no ale teatr musi być. Mewa opowieść o sztuce i wypaleniu emocjonalnym /szkic recenzencki

Mewa - Czechowa, to taki tekst, że trudno sobie wyobrazić teatr, który nie podjąłby próby inscenizacji. Teatralny evergreen, gęsty od zamrażanych często emocji. Co najmniej od czasów Szekspira motyw teatru w teatrze, również nigdy nie ginie w dramacie. Widz teatralny, a w sumie do takiego adresuje się wszelkie teksty o teatrze, zna kilka wersji, ma więc prawo kręcić nosem – Maria Spiss się tego nie boi, ale jak ma się bać, skoro nie boi się nawet Virginii Woolf...

Siłą realizacji Marii Spiss jest chyba właśnie szacunek do widza. Można by założyć, że widz Fredry tak czy owak, nie widział innych realizacji, a samego Czechowa też raczej nie czytał. Pewnie założenie w 80% było by uzasadnione i słuszne. Reżyser, która jako konsultant artystyczna kreuje program i wizerunek obecnego Teatru Fredry, nie wybiera jednak drogi na skróty – to dobrze. Owo założenie, że widz w Gnieźnie jest głupszy od tego w Krakowie czy Warszawie lub Poznaniu królowało w tym teatrze zbyt długo.

Tak krawiec kraje, jak mu miary staje

Mawiał tak mój dziadek, który do teatru chadzał rzadko, za to garnitury, surduty i oficerki szył u najlepszych krawców i szewców, zawsze na miarę.

To jest mądrość Marii Spiss. Tworzyć dobry teatr, rzetelny i uczciwy. Realizacje wybitne, potrzebne są raz na jakiś czas, gdyby były powszechne - przestałyby być wybitne. Hipsterskie fajerwerki prowadzą w ślepy zaułek, wie o tym artystyczna Teatru Fredry, Kto się boi Virginii Woolf? Nie zdarzy się pewnie Jej, ani Fredrze zbyt szybko. Nie zdarza się jednak żaden Fuck Up, Mewa to dobry spektakl, z momentami i elementami mocnymi i pięknymi.

Skoro zacząłem od końca, to wróćmy do trzeciego dzwonka.

Widz wchodzi niejako w dziejące się już na proscenium przedstawienie. Chwila niepewności, brak długiego wyczekiwania – to się sprawdza. Wchodzi on też od razu z marszu do teatru, tu nie ma cienia wątpliwości – mamy do czynienia z inscenizacją. Drewno pomostu, gdyby weszło nieco dalej, gdyby poszło pomiędzy ludz...i to by się zrobił prawie Konrad Swinarski. Rzecz jasna my tu nie przyszli na Dziady...

Białe płachty, podłoga - ni to woda, ni lodem skute jezioro - w połączeniu z pomostem tworzy spójny obraz. Układ skosów, poziomów i pionów wyznacza przestrzeń, co do której nie ma złudzenia, to przestrzeń teatralna, to co płaskie tu nie przejdzie. Jak nic się myśli, może na wyrost, może nawet obok, ale się myśli - bracia Pronaszko. Ten najbardziej teatralny, bo umowny rodzaj scenografii, który nie imituje, nie jest podróbką rzeczywistości. Symbol, uproszczenie, może metafora ,ale nigdy kalka – polska szkoła scenografii w pigułce. No i te leżaki – taki popart na lodowcu.

Zaczęliśmy od scenografii. I tego się trzymajmy. Łukasz Błażejewski  dopełnia scenografią, kostiumem i światłem, wizje reżyserki. Jeśli możemy mówić właśnie o inscenizacji... Duet, co ewidentnie widać, ma za sobą sporo przepracowanych godzin. To się czuje, że Spiss i Błażejewski zrobili już nie jedno razem. Spójność koncepcji reżysera i scenografa – to bardzo mocna strona tego spektaklu. Tu nie chodzi tylko o wdmuchane lodowe poduchy – skały. Praca na lini: scenograf – reżyser - doskonała także w graniu obrazem, statyczne sceny, w których aktorzy tworzą po części niemą – wymowną dekorację...Reżyser świateł – scenograf to jest ta postać, o której Spiss pamięta idealnie – to Błażejewski wyświeca to co trzeba i kładzie cień tam gdzie ten cień jest niezbędny.

No, jest teatr, nie jakieś Balbinki czy Ben10-y. Terroryzm nowoczesny, wideo-wizyjny uwiera przez chwilę, bo jest na szczęście umiarkowany. Mikołaj Walenczykowski ma wyczucie. Jakoś podwaja przemijalność, wyznacza czas. Czy te zabiegi są konieczne?

Nie wiem. Po prostu nie wiem. Nie czuję, że bym coś stracił, gdyby tego nie było. Nie jestem przeświadczony, że coś zyskałem, dlatego, że robi się wideo.

Chociaż Konstanty rzucający dzięki kamerze zbliżenia, (w 1/4 przypadkowe), na ekran tła, podbija dynamikę.

No dobra, niech im będzie to wideo, ale nosem kręcę tak czy owak. Konserwatyzm to czy zacofanie? Nie ważne.

Muzyka jest tłem, raczej tylko podskórnie pulsującym z nieznaczną arytmią, mimo tego nie jest to lounge music.  Paweł Harańczyk nie epatuje, a raczej wtapia się dźwiękiem i robi to w punkt.

Reżyseria? Proszę państwa, jeśli spektakl kojarzy się, a nie wiadomo dokładnie z czym, znaczy nie jest to skojarzenie z konkretną inną realizacją – świadczy to o olbrzymiej erudycji teatralnej Pani reżyser. Rzec można, że Maria Spiss niejedno już w teatrze widziała, świetnie jednak broni się, przed bezpośrednim cytatem. To totalne oglądanie teatru, totalne myślenie teatrem, nie wstydzi się inspiracji, nie próbuje ich maskować, a jednak prowadzi do własnej spójnej, niezwykle konsekwentnej wizji Mewy. Nie udaje, premiery moskiewskiej wszak Константин Сергеевич Станислaвский nie gra w Fredry Trigorina, a w Trieplewa nie wciela się Всеволод Эмильевич Мейерхоль.

A jednak, gdzieś jak przez mgłę...M-CHAT, rzecz jasna w wymiarze formalnym, nie ideowym...No nic za to nie mogę, się mi kojarzy.

Mewa Czechowa to trudne zadanie dla reżyserki. Natłok skojarzeń, wykonań poprzednich, do tego ten mocno osadzony w środowisku, teatr o teatrze, a raczej: o aktorach, dramaturgach i sztuce. Zupełnie niedawno sprowadzony do brutalnego parteru w warszawskim Powszechnym, ta Warszawska Mewa: opluta, banalna walką polityczną, udowadnianiem racji najmojszych...

Zostawmy to. Czechow jak mało kto, a może jak większość autorów rosyjskich wrażliwy jest na emocje, na człowieka i na to co nim targa. Tę samą wrażliwość, na to co buzuje w człowieku, pod maską, pod skórą - prezentuje właśnie Maria Spiss, odczytując ten ludzki wymiar zamrożonych emocji...Ten lądolód, choć sama Spiss mówi o znaku Północy, jest przecież tak blisko nas. Mewa Marii Spiss jest trochę o tym, że zamrażanie emocji kończy się ich pękaniem.

Postaci? - bardzo słuszne decyzje obsadowe.

(Choć pewien, reżyser znajomy, powiedział mi kiedyś, że obsada to temat tabu, tych decyzji nie wolno poddawać krytyce)

Mamy w tym gnieźnieńskim przedstawieniu Mewy, co najmniej dwie kreacje, jeśli nie wybitne - to ponad przeciętne, do tego ze trzy świetnie zagrane postacie. To nawet na dużą obsadę jest naprawdę sporo. Na szczęście jednak w teatrze nie liczy się statystyka.

Zatem:

Wojciech Kalinowski – Piotr Nikołajewicz Sorin. Kreacja – pełna, krwista, chyba najbardziej wyrazista. Przy czym wyrazistość, nie jest tu wyciągana kartykaturalną „aniołowatością”, jeśli nadal możemy przywołać porównanie ostatnich poczynań scenicznych Kalinowskiego do Romana Wilhelmiego – to zdecydowanie nie chodzi tu o Alternatywy 4. Kalinowski w Mewie pokazuje się z nieco innej strony niż ta, do której przyzwyczajali nas w ostatnich latach reżyserzy. Gra fantastycznymi półcieniami, pełną dynamiką nawet wtedy gdy tylko leży na łóżku w salonie. Maria Spiss pozwoliła mu zagrać również sceny piękne i kruche. I choć mówią, że Kalinowski nawet Botoks uratował, takiego Sorina chce się oglądać. Czy to życiówka? A czy teatr to bicie rekordów?

Paweł Dobek - Konstantin Gawriłowicz Trieplew.

Obym się mylił. W następnym sezonie transferowym najprawdopodobniej, najdalej za dwa sezony transferowe, pożegnamy Pawła Dobka, chyba, że...

Widać, że Paweł Dobek jeszcze wrasta w zawód. Potrzeba kilku lat do pełnego dojrzałego aktorstwa. Mimo tego, może nawet po części, dlatego jest Triplewem jakiego chce mieć każdy reżyser. Ta jedyna niezmrożona postać dramatu (poza Sorinem), ma rzecz jasna również w wizji Marii Spiss największą paletę emocji do wykorzystania. I wykorzystuje ją pięknie. Jest tu brawura w pełnym tego słowa znaczeniu. Brawura teatralna, sięganie po zagrania ryzykowne takie, że gdyby się Dobek w nich zagrywał – poszłoby z dramatu młodego twórcy w totalna farsę. To ta brawura, tłumiona przez cień matki - celebrytki (Iriny Nikołajewnej Arkadiny) pozwala mu nie zlać się z Borysem. W roli Triplewa Paweł Dobek, daje nam to, co paradoksalnie w umownym świecie jakim jest teatr, jest nie mniej ważne niż w życiu. Paweł Dobek nie tylko w Mewie Marii Spiss daje nam Prawdę. Jest Prawdą Mewy. Pewna neurotyczność gry, rozedrganie w pierwszej części, jakże pięknie wieszczą, niespełnienie.

Niespełnienie to chyba ta rozterka, o której jest inscenizacja Mewy u Fredry. Jakże inne jest niespełnienie Triplewa i pozornie spełnionej jego matki.

Justyna Janowska - Nina Michajłowna Zarieczna. Jeśli jest w niej ta maniera, której nie lubią krytycy, taki masłowsko-SIKS-owy automatyzm, to widocznie miała być. Niezwykły kontrast, papierek lakmusowy dla Arkadiny. Moment kosmo-nowej sztuki nieco zabawny, choć pewnie nie to było zamierzeniem. Z biegiem sztuki jednak młoda aktorka staje się wiarygodna, to jest naprawdę dobrze zagrana rola. Piękny fragment, w którym siedząc na leżaku odgrywa Irinę Nikołajewną Arkadinę. Na granicy nabijania się i podziwu, ani centymetr w bok, równo środkiem; na całej prędkości. Wróżymy Janowskiej dobra przyszłość.

Roland Nowak - Jewgienij Siergiejewicz Dorn. Jeśli rację ma Maria Peszek twierdząc, że aktorstwo to rzemiosło, to nie da się ukryć Roland Nowak jest rzemieślnikiem najwyższej próby. Taki pewniak – łożysko, na którym reżyser zakręci każdym kołem.

Nie wiem czy są role, do których Nowak nie pasowałby jak ulał. Wątpię. 

Może nie ma tu wysokiego C, ale czy kto widział by doktor śpiewakiem był? Niezwykle dojrzała wyważona gra. Dorn, wprawdzie nie ma do zagrania hamletowych kwesti, to co jednak ma do zagrania - Roland Nowak gra ze stoickim spokojem, jak kamerton – zawsze stroi. Pewne wycofanie prowincjonalnego lovelasa z klasą, jakaś taka nierosyjska matowa dostojność...To wszystko grający oszczędnie Nowak spaja niezwykłą pracą słowem. Timbr, intonacja, dokładność słowa rodzą pewną potoczystość. Tak to jedna z tych świetnie zagranych postaci.

Małgorzata Łodej-Stachowiak - Irina Nikołajewna Arkadina. Wytrawna aktorka, a jednak zapytajmy na początku: gdzie się podziała Marta?

Chcę głęboko wierzyć, że to tak jak mówił Piotr Bogusław Jędrzejczak na zajęciach z teorii teatru: dzień po premierze spektakl jest loterią, jednych winduje na szczyt uwalniając emocje towarzyszące premierze, inni mają po prostu gorszy dzień.

Dojrzała i doświadczona aktorka w roli Arkadiny to na pewno dobra decyzja reżyserki. Rola nieco zmanierowanej „gwiazdy” jest rolą trudną. Codzienność środowiskowa, pewien dramat przemijania, tak wpisany w aktorstwo, stres, pytanie o to jak przyjmie publiczność, wymieszane z auto-egzaltacją, w koncepcji wiecznej zmarzliny...

Jak zamrozić tak skrajne emocje? Może więc to zamierzone, że Arkadina daje nam częste dość momenty, takiego krzyku, którego scena, a raczej jej prawda, nie lubi. Pustego krzyku, który jest głośny ale nie ma głębi, który nie odbija się od przepony, nie wychodzi z lędźwi tylko rodzi się minimalnie poniżej gardła...

Sztuczność miotania się i sztuczność uniesień... Może więc o to chodzi, by się zagrywać tak powierzchownie?

To jest możliwe. Pójdę raz jeszcze. Warto.

Jest jednak kilka pięknych chwil, gdzieś obok tego zakrzyczenia. Dramat matki, co to średnią matką była. Jeśli się nawet rodzą wahania, to jest to dobrze zagrana rola. Dramat matki w finale – godny matki.

To, że chciałbym widzieć znowu Martę, to mój problem, nie Małgorzaty Łodej- Stachowiak.

Doborze, a wierzę – będzie lepiej, znaczy jeszcze lepiej.

Karina Krzywicka - Polina Andriejewna. Pytanie czy można zagrać coś, nie mając do zagrania nic? Uzyskało odpowiedź twierdzącą właśnie w grze Krzywickiej. Drugi plan zagrany tak w punkt, że porusza. Bez bebechów, efektów psycho...Równa, piękna, kobieta cień – pozornie nieobecna, podskórnie tylko sygnalizuje emocje, które buzują pod narzuconym lodem.

Jan Niemczyk - Siemion Siemionowicz Miedwiedienko. Właściwie go nie ma, ale to właśnie ten rodzaj niebycia, którego trudno nie zauważyć. Mało tu Siemiona, a jednocześnie dokładnie tyle ile trzeba i jak trzeba. Bardzo dojrzała gra młodego aktora. Oszczędność i asceza – wpisane w konwencję.

Marcin Kalisz - Boris Aleksiejewicz Trigorin. Postać to średnia, marnej proweniencji, tak po naszemu świcibaka i miglanc*. Takim go trochę rysuje zresztą zarówno Czechow jak i Spis. Kalisz jest chyba ciut za płaski, taki śmiesznawy. Wydaje się, że nie tylko Trigorin ale i aktor ma potencjał, chce, ale się boi.

Martyna Rozwadowska – Masza. Nieszczęśliwa miłość – to nic nowego w Mewie. Bardzo matowa postać rozświetlona jedynie w dwóch momentach. Pięknie zbudowana scena kąpieli, gra plastyką. Martyna Rozwadowska w tej scenie ładnie zagrała to niewiele do zagrania.

Wojciech Siedlecki - Ilja Afanasjewicz Szamrajew. Koń jaki jest każdy widzi, napisał kiedyś Chmielowski. Wojciech Siedlecki z uporem Szamrajewa tylko o tych koniach, wyjazdach, i koniach. Tak gra jak zagrać można, jak mu pozwolono. Dzięki stop-klatkom, zatrzymaniom i slow motion nie drepce po całej scenie, nie drobi słów w słówka. Ładnie wspomina na leżakach niezapomniany śpiew aktora...

Zatem:

Mewa Czechowa jest o tym o czym jest. Podarowaliśmy sobie streszczenie. Podarujmy sobie recenzowanie tekstu Czechowa – to byłoby trywialne. Ten szkic recenzencki dotyka teatru w teatrze. Tego konkretnego przedstawienia, inscenizacji Marii Spiss i Łukasza Błażejewskiego.

Wolne od politycznego zgiełku przedstawienie, o ludziach, którzy pogubieni, zmrożeni emocjonalnie dają jednak radę i Kostji najmniej pogubionym ale za to nie odnajdującym się, ze swoją szczerością w tym świecie gier i gierek. Pytanie o priorytety w sztuce, zaznaczone jedynie, dociera dopiero po wyjściu z teatru. Tak naturalne pytanie, jak od połowy spektaklu oczywiste jest wiszące na pomoście samobójstwo. Niemal naturalne samobójstwo, które nie dziwi, nie zaskakuje, po prostu się stało...Dociera do widza jako koda dramatu dopiero w szatni.

Pośmialiśmy się trochę, trochą popatrzyliśmy sobie na artystów, a wychodzimy z teatru w życie z ciężka świadomością, życia pośród lodów.

Znaczy, że spektakl był dobry. To inny rodzaj teatru, niż wspomniana Virginia, Trochę tu brak bliskiego planu, oddechu aktora, drżącej łydki aktorki. Powiedzmy jednak uczciwie Mewa to ptak, który zachowuje dystans. Sztuka to ważna, bo mówi o sztuce i o miłości, a może jej braku, a nie o pierdołach. Koncepcja opowiedzenia o emocjach ludźmi, którzy pozornie mają zamarznięta krew – zdwaja siłę.

Zatem:

Czy coś musi być zatem?

Tak. Mewa Czechowa to kanon, realizacja Marii Spiss z oszczędnym rozmachem...Nic nie uwiera, poza tym co zamierzone by uwierało. Brak efekciarstwa i innych rozpraszaczy myśli i zmysłów – to jest ważna realizacja Mewy. Pewnie też Spiss mniej łamie prawa sceny niż sam Czechow, co wychodzi Mewie na dobre. 

„To, że u nas kocha się artystów bardziej niż handlowców jest zupełnie normalne”

„ Piszę ją nie bez przyjemności, ale bezczelnie łamię prawa sceny."

Czechow o Mewie

* świcibaka - w gwarze wielkopolskiej pozer, uzurpator.

PS. Przepraszam ale mnie to się Wojciech Kalinowski tu z Brylewskim Robertem kojarzy, jakoś tak od czapy - wiem. 

zdj. Dawid Stube www.fotostube.pl

Jarek Mixer Mikołajczyk

Tagi: Jarek Mixer Mikołajczyk Mewa Maria Spiss Teatr im. A. Fredry Dawid Stube

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00