• Start
  • Wywiady
  • OSTATNIA PROSTA. NAIWNE PYTANIA? JESZCZE BARDZIEJ NAIWNE ODPOWIEDZI CZĘŚĆ III GRAJKI
  • Jarek Mikołajczyk

OSTATNIA PROSTA. NAIWNE PYTANIA? JESZCZE BARDZIEJ NAIWNE ODPOWIEDZI CZĘŚĆ III GRAJKI

Skąd wzięły się te grajki?

 - Z powietrza w Gnieźnie, z miłości do ulicy, z yerby pitej w męskim towarzystwie i chyba z pewnej bajki. Jak mówi Jacek Herzberg lider zespołu Green Grass twórca wspaniałego festiwalu sztuki ulicy w Bydgoszczy – „Mixer umie tak naprawdę jedynie opowiadać bajki”. Choć to nie prawda.

Nie prawda, że umiesz opowiadać bajki?

 

 

Blog? Zestaw pytań z różnych źródeł, a momentami spowiedź kulturalna Mixera, tyle się w tym zmieści ile zostało na ostatniej prostej. Prawdę powiedziawszy narcystyczną potrzebę bycia mentorem, ekspertem czy znawcą mam dawno za sobą. Kilka osób dość długo namawiało mnie do takiej dłuższej formy zapisu obserwacji kulturalnych życia Miasta, Fyrtla, Podwórka. Jak to ostatnio przyznałem podczas spotkania części Gnieźnieńskiego Klubu Literatów, parafrazując jeżyckiego klasyka: kocham te Gniezno i go nienawidzę. Budzi we mnie emocje, a to chyba ważne. Dziś odpowiadam na pytania, które zadawali mi koledzy dziennikarze podczas Grajków Ulicznych 2017, czasem to pytania zadane przez muzyków lub słuchaczy. Jeśli jednak masz jakieś, chciałbyś żebym na nie odpowiedział zapraszam Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Paradoksalnie choć tytuł nawiązujący do kawałka Dżemu przewrotny, jestem przekonany, że nie ma naiwnych pytań, bywają naiwne odpowiedzi, naiwne nie zawsze znaczy głupie. UWAGA DŁUGIE!!!

 

Skąd wzięły się te grajki?

- Z powietrza w Gnieźnie, z miłości do ulicy, z yerby pitej w męskim towarzystwie i chyba z pewnej bajki. Jak mówi Jacek Herzberg lider zespołu Green Grass twórca wspaniałego festiwalu sztuki ulicy w Bydgoszczy – „Mixer umie tak naprawdę jedynie opowiadać bajki”. Choć to nie prawda.

 

Nie prawda, że umiesz opowiadać bajki?

Nie. Nie prawda, że mówi, że jedynie. A reszta trafiona w punkt.

 

Czy możesz to rozwinąć, zwłaszcza z tym powietrzem?

- Wiesz to jest tak, jedziesz do Warszawy zaciągasz się powietrzem, a tam Grzesiuk, czy Pablopavo...OK. Teraz więcej tam zapachu konserw i wałówy od mamy, ale czy to źle? Jeśli dziś w powietrzu Warszawy obok Pawła Sołtysa unosi się piosenka Witka Mikołajczuka?

...Jesteś w Gnieźnie, a tu jedzie hip hopem, że uuu, chociaż dziś coraz mniej tu w powietrzu rapu, czy break dance...Te kamieniczki średniego urokliwego miasteczka, bo takim jest Gniezno, gdzie coraz kurortniej się siedzi w ogródkach gdy ciepło, na szczęście nie pamiętają zapachu średniowiecza, którym co i rusz ktoś pyli z tego czy innego urzędu, te kamienice coraz częściej odnowione, podobnie jak Gnieźnianie wolą szlifować Kareję niż kadzić czeskiemu świętemu, choć przecież budy na odpuście Wosia są do dziś w powietrzu, mentalności i świadomości....Te kamienice proszą się by w bramach zamiast żulicy* i kwartetu przyspawanego do ławki na Rynku stanęli grajkowie...Na razie, mamy pannę Woźniakównę i Marcina Szajdę. Miasta średniej wielkości bez jutra, ale z bogatą przeszłością, mają dwa wyjścia, zacząć budować jutro od budowania dzisiaj, albo cały czas majaczyć w malignie o wczoraj, które było 1000 lat temu i nie zauważyć, kiedy dzisiaj stanie się wczoraj...Myślę, że jesteśmy w punkcie gdy wreszcie zaczęły opadać łuski z oczu. Z opowiadania bajek może wyżyję w Gnieźnie ja, albo Agnieszka Gadzińska i paru polityków, oni na szczęście jedną kadencję, chyba, że dołożą fontannę i pierogi, ale miasto nie wyżyje z bajki. Skoro nie udało się to przez lata, gdy opowiadaliśmy jacy byliśmy wspaniali 1000 lat temu...nie uda się, tak długo jak długo, nie stworzymy choć namiastki tej bajki. Do momentu, gdy nie stanie choć fragment baszty zamku - Chrobry dla turysty jest tylko bajkowym królem z Gniezna...Jeśli jednak to piękne jarmarczne miasto odpustu Wosia sięgnie do swojej jarmarczności – paradoksalnie może znaleźć swoje dziś...a to pierwszy krok do jutra... No, tak poleciałem jak to mawia Comes. Jednak proszę, zamknij oczy, stań na Rynku zapomnij o tym, że gdzieś tam tuż po dinozaurach latał tu za Dąbrówką - Mieszko, wyobraź sobie, że w co 5 bramie ktoś gra...i co nie pięknie? Tyle, że wyobrazić sobie można wszystko, nawet to, że lądowisko dla UFO, które w ramach sarkofagu poprzedni prezydent nam zafundował, że ta piramida sferyczna jest piękna. Wyobraziłem to sobie, to znaczy nie piramidę, a grajków, z Piotrkiem Wiśniewskim pijąc Yerbę, postanowiliśmy powoli realizować tę wyobraźnię. Jeszcze 5 może 10 lat i tak będzie. Jeśli nawet realizujemy to powoli, jeśli przy tej realizacji parę razy omsknie się noga – jesteśmy coraz bliżej...

 

Samochwała w kącie stała?

Mnie stawiano do kąta wiele razy. Czasem straszono też anclem, ostatecznie spędziłem tam może 2 noce. Różni byli tacy, co to chcieli ze mnie zrobić fajnego wariata. Nie, nie jestem fajny, bywam sympatyczny staram się być szczery – niektórzy mówią naiwny.

 

A wariatem jesteś?

- Daj dokończyć myśl...Ja nie chwalę swojej imprezy, mówię o tym, że trzeba choć próbować...Nie jest to łatwe. Np. Miasto realizuje budowanie jutra i to w oparciu o te bajki sprzed lat...Trakt Królewski...I co? A to ten król nie taki, oko za duże, a może nie w tym miejscu i czy aby potrzebne? Króliki, do których uśmiechać się będą jutro młodzi turyści, czerstwym dziadkom już dziś nie pasują. Nie, no owszem nie widzieli, a uwierzyli - ale to nie o tym było w opowieści o niewiernym Tomaszu. Kiedy się dzieją, rzeczy ważne, radni gadają jakieś berberandy, że niby jesteśmy miastem alkoholików – wyssane z palca, albo z autopsji, chyba, że to tylko za mało lidu...Mam w Gnieźnie około 5000 znajomych może dwóch z nich to alkoholicy jeden niedawno się wprowadził do Gniezna.

A o tym wariacie to poważnie pytasz? Częściej mimo wszystko chodzę do konfesjonału niż na kozetkę. Byłem parę razy u psychiatry – depresja to nie kiła, żadna w tym moja wina. Jeśli masz na myśli kogoś, kto jest bohaterem kawałka Rejestracja „idzie wariat ulicą wytykany palcami, śmieją się ludzie nie wiadomo z czego...” dalej było coś o dziwnych włosach itp. mam to za sobą, nie żałuję, ale zamknąłem. Bunt dziś mija się z celem. Chyba, że jest to coś co robi SIKSA, niezgoda na sexizm, myślenie skrótem, stereotypem – paradoksalnie dla mnie SIKSA to nie jest darcie łacha, to raczej ostatni krzyk...skowyt...SIKSA boli, dla tego słabi i psychopaci tak bardzo chcą zapluć, nie SIKSĘ ale swój ból i samych siebie...

 

SIKSA na Grajkach Ulicznych?

- Chyba nie. Choć jeszcze niedawno wydawało się, że Alex i Wysokie Obcasy nie idą w parze, a tu proszę okładeczka. Nieprzewidywalne... Charakter Grajków jest zupełnie inny. Mimo tego np. Patyczak czy Janusz Reichel chętnie.

 

To było już o powietrzu, z którego wywodzą się Grajki, a co z Yerbą i bajką...

- O tym powietrzu nie wszystko było. Napisałem kiedyś o moim Gnieźnie: „zapach uryny omiata tu woń kadzidła”...Myślę, że nie jest to tak dosłowne jak tekst gnieźnieńskiego rapera – Pieczara: „witam ciebie z miasta niespełnionych marzeń”...Wszak w słowie zapach jest nadzieja, nawet jeśli przewrotna. Wydaje mi się, że to właśnie silna pozycja Kościoła przed laty ściągała tu przeróżnych grajków, kuglarzy, igrców i skomorochów...

 

Yerba, to prosta sprawa, prawdziwi Gaucho, tacy jak choćby mój papież Franciszek siorbią herbatę z Ostrokrzewu Paragwajskiego...Patrząc na Franciszka Yerba wspomaga otwartość umysłu i dobro w sercu...Mateina nie tylko pobudza ale też chyba daje jednoczesne uspokojenie. Ludzie którzy opijają się kawą, nie są pobudzeni tylko rozdrażnieni. Przy czym od razu zaznaczę Yerba Mate jest w takim samym stopniu używką jak kawa...Tyle, że ten smak popiołu i ziemi jest nie dla każdego. Tak sobie mieliśmy kiedyś w zwyczaju spotykać się na Yerbie w Domu Kultury przy Rynek 10 z Piotrem Wiśniewskim i snuć męskie rozmowy o naszym pueblo, które kochamy obaj...Pewnego razu rzuciłem pomysł...Nie minęły 3 dni Piotr do mnie dzwoni i mówi: - mamy 3 tygodnie i mały budżet, ale damy radę co brachu?...Daliśmy. Trzeba tu jednak podkreślić, że ta pierwsza edycja nie popłynęłaby gdyby nie wsparcie Zagrali i Poszli a zwłaszcza Andrzeja Janki, ze strony urzędu jak już gdzieś pisałem Damazy, choć myślę, że bardziej angażował się prywatnie bo po prostu chciał... Sporo pomógł też Marcepan, to przez niego zaprosiliśmy Cybulla, odzew dali też inni kumple i przyjaciele, Staszek Kubaszak Emaho, Gabriel Fleszar czy Paweł Bąkowski...i rzecz jasna Piotr Strumyk Stróżyk.

 

Wydaje mi się, że powinienem też o tej bajce opowiedzieć...To bajka, którą pisało życie, choć chyba w końcu napiszę Opowieść o Kaju czarodzieju...Poruszyła mnie ogromnie historia basisty zespołu Dopamina, który graniem na ulicy zarabia na leczenie swojego autystycznego syna Kaja. Nie afiszuje się z tym dlaczego gra na ulicy; nie wystawia żadnych apeli, na kartonie...Po prostu gra, nikogo nie bierze na tanie chwyty...Gra na kontrabasie i gwiżdże...Tak naprawdę jednak zauroczyła najpierw jego gra, koncepcja – gwiżdżącego kontrabasisty...Gwiżdżącego piękne kawałki Depeche Mode cz NIN...Ten Gwiżdżący Tomasz Krzemiński z kontrabasem nałożył się na wymyślanie Grajków Ulicznych, znaczy festiwalu, bo profesja to stara jak świat. Z tą starą profesją łaczy się jeszcze rzecz taka, że pierwszym notowanym w Polsce grajkiem ulicznym był Igrc Jurek z Gniezna. Grywał on w wiekach średnich, na tyle prężnie, że był wstanie ofiarować Kurii w zamian za dyspensę do uprawiania tej grzesznej wówczas profesji jedną ze swoich wsi pod Kłeckiem. To taka historia, z pomysłem, który jak się później okazało musiał byś w powietrzu, bo po sukcesie pierwszej edycji wielu mówiło, że miało też taki pomysł. Ja w świadomość zbiorową, kosmiczne energie i inne takie nie wierzę, ale może tak właśnie było...

 

Pewnie nie bez znaczenia jest też, fakt, że kiedyś zrezygnowałem z marzenia o byciu wędrownym lalkarzem. Wiesz jest hymn lalkarza, prost i naiwny...ale płaczę przy nim...”Chodzi lalkarz światem serce w nim rogate, chodzi z wiatrem z pluchą z lalką za pazuchą...Gdzie parawan stanie tam nasze mieszkanie...” Kiedyś się takiego życia wystraszyłem...dziś powoli wracam do takiej kompromisowej wersji jako Pan Walizka, który żyje na Rynku w Gnieźnie ale co i rusz wybiera się do pracy na wyjeździe ze swoją walizką we fraku i meloniku...by opowiadać bajki i teatr improwizowany...Był też, czas gdy żyłem na "stricie"...Wróćmy jednak do tego, że picie Yerby w dobrym towarzystwie – kończy się pomysłami.

 

Gdybyś miał skupić się na na Grajkach 2017 i wymienić 3 najważniejsze wydarzenia...

To poprosiłbym o inne pytanie. Poważnie to pytanie usłyszałem ze trzy razy od koleżanek i kolegów z mediów. I odpowiadałem podobnie. Jeśli miałbym wymienić 3 to wymieniam jedno: III Weekend Grajków Ulicznych Po Drodze.

 

Nie było koncertów, które sprawiły Tobie największą radość, z których być może jesteś dumny?

- To dwie różne sprawy. Dumny? Tylko z czego, ja przecież nie wystąpiłem, poza Szczunem z Kareji ale to jest fajny szczun, nie ma mowy o dumie. Jeśli miałbym mówić o radości, to też są różne jej rodzaje. Kiedy słucham Joy Division ludzie mówią, że to smutne,albo może jak słucham Dead Can Dance to smutne...ale Dead Can Dance przynajmniej większość płyt w tym smutku jest tak blisko absolutu Piękna, że to też jest radość...Do cholery, nie ma nic piękniejszego niż Lacrimosa ze Stabat Mater Dolorosa Pergolesiego, ale kiedy idzie ten sopran Margaret Marshall a orkiestra płynie pod Claudio Abbado...to choć piękno cię przeszywa i idą łzy...przy ostatnim Quando Corpus – Amen...katharsis i ogromny dreszcz radości...

Rozmawiamy cały czas o grajkach?

- Pytanie było o radość. Chciałem ustalić rozumienie. Zmierzam do tego, że radość nie musi wypływać z tych samych przyczyn i źródeł emocji. Dwie do północy Swiernalisa może wrażliwych doprowadzić do krwawienia duszy...Jest w tej horror kołysance jednak tyle ciepła tęsknoty, bólu i piękna, że paradoksalnie słucham tego w takiej głębokiej radości...jakimś ukojeniu...To chyba ta sama radość jaką daje Dead Can Dance, Pergolesi, może nie do końca Joy Division...choć kiedy klaskaliśmy po tym kawałku i Paweł stwierdził, że głupio mu gdy ludzie klaszczą po tak pełnym smutku kawałku, poczułem jakbym dostał słusznie w pysk...I na pewno, dla mnie ogromną radością był koncert Swiernalisa z zespołem...tyle, że tu nie chodzi o radość zrobienia super koncertu, który mi się podoba. Jeśli ktoś organizuje imprezę pod siebie z publicznej kasy to słabe jest...Radość z tego, że mogliśmy z Piotrem i Damazym ale i z całym KFA podzielić się tak piękną muzyką. Zabrzmiało to z zespołem zjawiskowo...i nie wiem co na to Paweł – mistycznie. Ta duchowość bólu, czy smutku jest wpisana w człowieka chyba poza religijnie.

Radość ze spotkania, z człowiekiem, który emanuje energią, opowiada wspaniałe historie czasem smutne innym razem zabawne...To radość jaką dał chyba wszystkim słuchaczom Sasha Boole. Ten wspaniały uśmiechnięty, brat, sąsiad, który spotkał się z nami po dalekiej podróży i opowiada, a my słuchamy z otwartymi oczyma...Zdecydowanie było to dla mnie ważne, podzielić się tym człowiekiem.

Ja twórczość Sashy znam, gdyby chodziło o moje radości pewnie pojechałbym gdzieś na koncert...Kurcze ale czy nie fajniej, zrobić coś by zagrał na moim podwórku dla moich ziomali? Piękny koncert. Inaczej piękny niż Swiernalis...

Radość z Joakima Hanssona mieszała mi się z przeświadczeniem, że powinien grać wieczorem. Cudownie nieobecny snuł swoje opowieści, tak jak snuli się ludzie. Plułem sobie w brodę, że jakoś inaczej to nie poszło z kolejnością...A tu, spotkałem Wojtka Orłoskiego, którego Joakim kupił sobą po całości i jego radocha mnie uspokoiła...Piękne to granie takie słychać osłuchane  Christiana Kjellvandera czy późnego Townesa Van Zandt...

W tym samym dniu, choć nie idziemy chronologicznie Aleksander Schmidt sprawił mi wiele radości, kocham Donkiszoterię...Nie ukrywam jednak, że ta radość płynęła przede wszystkim kiedy Solo Olas był właśnie Solo z saksofonistą...Olek to jeden z niewielu artystów, których znam, którzy już jako dojrzali ludzie postawili na jedną kartę, trudną kartę, Jocker może być atutem, ale może być blotką...To co zrobił ze swoim warsztatem wokalnym jest jak stąd do Plutona...miał obok siebie fenomenalnego saksofonistę...do momentu gdy grali we dwóch była magia...

Nie lubię podkładów, nie rozumiem, gdy sięga po nie tak wytrawny artysta, wiem jednak, że miałbyć nieco inny koncert z filmem...Szanuję wybór Olka...Zresztą wielu ludzi było zauroczonych...Jednak to co mówiłem po jego występie, że nie jest miarą normalności Gniezna jedynie to, że przyjechał tu Tim McMillan – choć to geniusz gitary i przecudowny człowiek, a i to, że wychodzi nasz człowiek i ni ma lipy...

 

Zacząłeś od środka celowo? To jakoś szereguje te radości, wartościuje?

- Nie. Nie zacząłem od środka, popłynęło Swiernalisem, bo chciałem tylko pokazać, że smutek i radość są bardzo sobie bliskie, poza tym jedno wartościuje drugie. To od początku...Gracze i Graczyki czyli gadejcie po naszymu...To projekt, który chyba będzie miał kontynuację. Bardzo mi zależało na dudach i gwarze naszej i bratnich Ślązaków. Ogromna radość usłyszeć dudy z Gniezna na rynku. Tu na Rynku kiedyś przy galerii nieodżałowanej pani Krysi Jóźwiak grywał Leon Galiński. I chociaż Mikołaj Woźniak gra na dudach średniowiecznych i białoruskich – zabrzmiała ta magia dud, tak mocno związana z Wielkopolską...Bardzo fajny koncert zresztą całego Zespołu Muzyki Dawnej Huskarl...Szczun z Kareji, to dla mnie oddech, takie przez moment zdjęcie masek, wolność mówienia w swoim języku...Zresztą lubię Szczuna znamy się od urodzenia, rozumiem wszystko co do mnie mówi...czasem mu zazdroszczę, wiem, że powinienem bez kompromisu tak jak on godać wew składzie, w urzyndzie i na szkiełach...

 

Śląsk? Tu chyba jednak jest ten moment takiej mojej osobistej radości, nie jest to radość dzielenia się odkryciem. Makaron i Rico grali w Gnieźnie kiedyś w eSTeDe. Jest tak, że nie słucham dużo bluesa, jakoś tak, kiedyś lubiłem...potem przyszła miłość do punka i konkretu. Ale ten blues Makarona nie jest rozmyty...

Do tego cudowna śląska gwara, ta stara...Miałem przyjemność mieszkać w Toszku, trochę w Gliwicach, pogranicze Opolszczyzny i Śląska...Tam mam wielu przyjaciół i kawałek młodości...Ruda Ślaska Bykowina to rejony, z których pochodzi moja żona...Pewnie dzięki temu jakoś szczególnie odbieram podobieństwa między Pyrlandią, a Ślaskiem...Makaron chciałby móc wpisać sobie narodowość Ślązak, ja Wielkopolanin, ale żadnemu z nas nie przyszłoby do głowy by mieć inne obywatelstwo niż polskie...No i ten duet to nie tylko Makaron, to jeszcze wspaniały bębniasz i kochany człowiek Rysiek Rico Rajca...Ogromną radość poza koncertem dali gdy razem z Ocholerą – raperem z Gniezna zaczęli jamować w sobotnie przedpołudnie na deptaku...

To było coś o czym śpiewa John Porter - Magic moment...

Radość...i pewnie trochę duma, tylko nie duma i uprzedzenie czyli duma narodowa...szkoda, że w sumie piękne słowo duma, zostało osrane przez różnej maści narodowców, nazistów i inne nowotwory społeczne. Radość i duma, że ktoś taki jak Tim McMillan wpadł do Gniezna wraz z Rachel Snow. Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ok. W materiałach promocyjnych pisaliśmy trochę z Piotrem że Australijczyk.

To kompletnie nie ma znaczenia, skądkolwiek byłby Tim, czy z Poznania, czy Hondurasu czy Berlina radość i duma nie wynika z długości przelotu samolotem. Po prostu to wybitny gitarzysta, przy tym świetny ciepły człowiek. Ta duma raczej wynika z tego, że ten człowiek, który gra tak fenomenalnie by stawać na jednej scenie z Al Di Meolą z drugiej z Ugly Kid Joe, który ma nagrania z muzykiem Motȍrhead, czy Mr Bungle zagrał ze swoją skrzypaczką w namiocie zwanym przez Grzegorza Kamińskiego „namiotem Wezyra”. Następnego dnia stanęli sobie obok Sphinksa (dziękujemy za prąd)...bez szumu i wielkich ceregieli pięknie grali na pożegnanie...

Radość, bo był zauroczony przyjęciem, gościnnością, świetną pizzą z Retro, che tu wrócić...Radość to też ten uśmiech Rachel...

W pierwszym dniu też zupełnie inna radość...taka nie planowana. Leszek Sypniewski totalny autentyk, prawdziwek z ulicy. Przy swoim akordeonie wyśpiewywał czasem bardzo ciekawe pieśni do tekstów poetów, czasem zapomnianych, czasem piosenki ludowe...Pięknie opanował Tumską wstrzelił się swoja odmiennością też w koncert. I myślę, że wstrzelił się w festiwal.

 

Ostatni dzień, przeogromna radość płynąca z otwartego serca totalnego grajka ulicznego jakim jest Janisz Cybull Skwira. Pomijając to co wyśpiewał na Tumskiej przez cały festiwal, stworzył bardzo ciekawą opowieść podczas swojego koncertu...Tak to taka radość z człowieka totalnie szczerego jakim jest Cybull, ale też z tych jego pieśni i piosenek...z Moja ulica – hymnu Grajków Ulicznych...no i piękna wersja Cohena. Taka radość, też że pokochali go Gnieźnianie już na ulicy. Myślę, że na czas przyszłego festiwalu trzeba będzie nazwać tę ulicę Cybullową.

 

 

Ta chyba najbardziej płynąca z muzyki radość to radość z Green Grass, który to zespół w odsłonie ulicznej grał niezwykle radosne folk-jazzowe kawałki. Cudowne typowo buskerskie granie. No i podczas koncertu taka niesamowita radość słuchaczy, niosła się po Rynku. Jacek Herzberg to też radość na przyszły rok, koniecznie co najmniej dwa dni w tych naszych uliczkach...tak radość z Bydgoszczy. Wspaniały odbiór. Nie ma wątpliwości rasowa uliczna kompania i blues pięknie siarczyście zagrany...taki radosny blues...Green Grass – dobry kierunek jak mawia Andrzej Janka. Przy okazji Green Grass dowiedziałem się od Rafała z gnieźnieńskiej Prima Wera że ich wokalistka będzie w TV w kolejnej edycji Voice of Poland. Radosć co nie?

Radość kolejna to radość spóźniona. Witka Muzyka Ulicy chcieliśmy zrobić już w ubiegłym roku. Zauroczył najpierw mnie potem błyskawicznie Piotra, to były w sumie początki Witka...jakoś się ten rok ubiegły nie skleił. WMU zagrał na Pretekstach, było pięknie ale nieulicznie.

 

Tym razem porwał za sobą publikę...odspawał od ławki kwartet, to już wspomniałem...radość no Param Param i takie tam Serce wolności...Radość tego ostatniego bisu tym większa, że przyszła ulga, zapowiadane burze nas minęły. Jeszcze w czwartek patrzyliśmy z nadzieją ale ze strachem w czarne wizje meteorologów.

 

Nie no jeszcze też fajnie, że grajek z ulicy Warszawskiej - Marcin Szajda, wkleił się w Grajki. Za rok panna Woźniakówna już oficjalnie w Line Up, a nie ukradkiem...

Jedna jeszcze taka radość, moja, ale chyba dobrograjkowa zacieśniamy współpracę z Bartkiem Borówką i jego agencją. To miłe, że przyjechał zamiast wybrać inny festiwal, obstawia ich parę. Radość, że polubił to nasze Grajkowe granie, Gniezno, Misz i Retro...To poznawanie pięknych ludzi, ludzi z pasją to chyba mój profit z grajkowania.

 

No to wymieniłeś wszystkich?

- Nie, ale wymienię, bo tak należy. Jestem twarzą Grajków, pewnie dlatego, że ich tak bardzo kocham, że im pozytywnie zazdroszczę, że żyją lub usiłują żyć z tego co kochają. Zazdroszczę, bo kiedyś zrezygnowałem. Nie, nie narzekam, zresztą mówmy o grajkach. Ta przeogromna radość choć może najbardziej stonowana, to, to, że mimo różnic charakterów potrafimy z Piotrem robić coś razem. Wbrew pozorom eka Grajków nie jest wielka, więc ten tandem jest szpicą realizacji. Ok. Mam dar rozmowy z artystami, może dlatego, że przez lata wydawało mi się, że jestem jednym z nich i pewnie dla tego, że grając bajki, sypiąc mandale funkcjonuje trochę podobnie – pewna empatia sprawia, że czasem mamy taryfę turbo promocyjną. Kiedy jednak wchodzą konkrety umów wycofuje się...mam jednak silne zaplecze w postaci Piotra, ale też w koncepcji KFA, w którą Grajki pasują jak ulał. Zatem radość robienia fajnej rzeczy z fajnym człowiekiem, a raczej z fajnymi ludźmi. Rzecz jasne radocha z tego, że plakat jest fajny, że nie ma na nim kosmonauty tylko jeden z wykonawców, co roku będzie inny. Dobra robota Macieja Polusa. To już mówimy o takich radościach organizatora. Bardzo np. różnimy się z Damazym, ale jeśli chodzi o Grajki to jest tym trzecim...niby trochę z boku a jednak nie. Wspaniały pomysł na przyszły rok to autorstwo właśnie Damazego...I jak tak najdzielniejszy woluntariusz Kuba Gawron i zdjęcia Noemi Gadzińska z Popcentrali...no i sound master - Janusz. 

 

O to zapytam później. Były smutki, błędy, niedociągnięcia?

- Smutki tak, ale o nich pisałem były cudowne smutki Swiernalisa i delikatniejsze Joakima Hanssona. Trochę zadumy Aleksandra...Błędy? Chyba jeden - próba ucywilizowania ulicy, rzuciliśmy na plakaty godziny, w których będzie pracowała ulica. To grajkowie jednak wiedzą, kiedy się najlepiej pracuje na stricie. I tym sposobem np. Makaron i Rico zasuwali w sobotę od 10.00 do prawie 15.00 a popołudniu czekali już na sobotnie koncerty...Z Cybullem to tak, że on może cały dzień...Sporo grał Leszek Sypniewski, ale też głównie do południa – kto chciał widział i słyszał. Joakim czy Sasha też byli na ulicy, Tim i Rachel również do południa bo gnali dalej w trasę...I tu jest plan. Chytry plan Damazego. W przyszłym roku wystawiamy na Rynku urnę, grajkowie grają sobotę i niedzielę – Gnieźnianie i turyści oddają swoje głosy. Konkurs Grajków Ulicznych o Nagrodę im. Igrca Jurka nagroda rzecz jasna by miała sens finansowa. Nie ma nic lepszego niż motywacja pozytywna. Z zasady najlepsze pomysły są proste. Niedociągnięcia? Trochę ich było, raczej nie widoczne dla publiki, poza tym co wspomniałem. Raczej takie niedomówienia – wszystko się dało prostować...Nie mniej już dziś rozmawiamy co zmienić co podciągnąć...Bo idealnie nie było.

Frekwencja zadowala ciebie?

- Gdybyśmy chcieli zrobić fajerwerk to pewnie już w tym roku grałby Gienek Loska, byłby ścisk na Rynku.

 

Co masz do Gienka Loski?

- Nic do diabła. Mówię o czymś innym. Jeśli zaczniesz budować dom od dymu z komina, no to pięknie będzie jak w poezji, nie pamiętam czyj to wiersz...A po roku okaże się, że jest jak z halą sportową przy Sobieskiego, gdzie nawałnica być może uchroniła czyjeś życie, bo to pewnie tak czy owak by runęło. Architektem nie jestem, ale znam paru, którzy potrafią liczyć wytrzymałość...Niech więc Grajki budują się powoli, żeby potem fundamentów nie wzmacniać jak w pomniku pomnika chrztu szpitala powiatowego w Gnieźnie. Myślę, że Gienek jest nieuchronny i dobrze, może na 5 edycję. Ten człowiek niczemu nie zaprzeczył, jest jaki był.

 

No to było tyle ludzi ile trzeba?

- A ile to jest tyle ile trzeba?

Odpowiadanie pytaniem na pytanie podobno jest niegrzeczne...

- Podobno, jeszcze bardziej niż prawie - robi różnicę. Zostawmy jednak moją kulturę osobistą, o niej już mówiłem kiedyś, że wątła jest, bo certolenie się nie leży w mojej naturze. Pewnie, że jak robisz imprezę, to chcesz by było jak najwięcej ludzi...Myślę, jednak, że formuła Grajków Ulicznych, narzuca przetaczanie się ludzi...Sporo ludzi usłyszało wielu muzyków, których być może nigdy nie usłyszą. Rano też pracowała ulica. To co zobaczyłem w niedzielę, kiedy było ciepło na Cybullu i Green Grass - było piękne. Mnóstwo ludzi siedzieli na fontannie, na plaży, w ogródkach...był to piękny widok żyjącego Rynku...Muzycy byli zauroczeni takim klimatem...To, że miejsca były jeszcze wśród krzeseł? No przecież nie byliśmy w filharmonii tylko na ulicy. Halo...ulica ma swoje prawa, kiedy chce: pali świeczki, kiedy chce słucha muzyki...była też piękna rotacja, ludzie wpadali i wypadali...Jak w kurorcie na wczasach. Jasne, że popracujemy nad tym by tak jak w niedziele było na całych grajkach za rok. Nie mniej, nie słuchajmy tych co to wpadli na chwilę i opowiadali, że świetna impreza, tylko jakoś jak zawsze Gnieźnianom się nie chce...Ja np. rozmawiałem z człowiekiem, który przyjechał na koncert Tima McMillana ze Świdnicy, nie znał wcześniej gry Tima, ale posłuchał go na udostępnionym na naszym wydarzeniu video...Rozmawiałem z panem działającym w stowarzyszeniach chóralnych w Łodzi, który przyjechał na koncert Sashy...

Oprócz konkursu co jeszcze nowego za rok?

- Dobre pytanie i wcale się nie śmieje. Już czas o tym myśleć. Myślę, że będzie takie alternatywne centrum gry przy fontannie w Parku Kościuszki...mieliśmy zamiar zrobić to w tym roku, z wiadomych przyczyn zrezygnowaliśmy. Odsłonimy pomnik Igrca Jurka, ożywimy ulice...skupimy się na konkretnych wykonawcach ulicznego grania. Myślę też o wciągnięciu do współpracy gnieźnieńskich restauratorów, w tym roku cieszyli się artysci goscinnoącią Pizzeri Retro, dobrym miejscem okazał się też Hostel Staromiejski. Gdyby wsparcia udzielił też finansowo ktoś wiecej niż GWSHM Milenium (dziękujemy) możemy zrobić też wiecej. 50 % Line Up i koncertowego i ulicznego jest już po pierwszych rozmowach...Będzie pięknie, tyle chyba mogę powiedzieć. Mamy w Gnieźnie dobrą publikę, kilka lokali, których nie musimy się wstydzić. Muzycy pojechali w Świat i mówią o tym, że Gniezno jest sympatycznym miastem. Mieliśmy spore wsparcie mediów i tych lokalnych i popłynęło w Trójce dzieki Sośnie, mam nadzieję, że za rok popłyniemy dalej. Jedno się nie zmieni mam nadzieję sound master Janusz Jóźwiak. 

 

* żulica, prawdę mówiąc trudno powiedzieć o co chodzi z żulicą to powiedzenie które poznałem dzięki Bartkowi Borówce i Sashy...domyślam się tylko co znaczy...

CDN 

Zobacz materiał 

Kultury u podstaw

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00