• Start
  • Wywiady
  • rzeczywistość polską i światową, rzeczywistość osób niepełnosprawnych komentuje Na Górze w rozmowie z Ewą Jenek/Kontrwywiad popcentrali
  • Jarek Mikołajczyk

rzeczywistość polską i światową, rzeczywistość osób niepełnosprawnych komentuje Na Górze w rozmowie z Ewą Jenek/Kontrwywiad popcentrali

- Przez naszą muzykę komentujemy rzeczywistość polską i światową, rzeczywistość osób niepełnosprawnych. Z Wojciechem Retzem – liderem menadżerem , autorem większości tekstów i muzyki, do utworów zespołu Na Górze - rozmawia Ewa Jenek. (Kondrwywiad Popcentrali).

 

Tytułem wstępu.

Zespół Na Górze powstał w roku 1994, z inicjatywy pracowników, mieszkańców i wolontariuszy w Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie. Obecnie działa już niezależnie, ma bazę w Pile. Członkami zespołu są także osoby z niepełnosprawnością intelektualną. Jest to niszowy zespół rockowy, pozostający jednocześnie najbardziej rozpoznawalnym, polskim zespołem, w którym grają osoby z niepełnosprawnością. Nie chcą być traktowani jako „twór specjalny”, nie potrzebują taryfy ulgowej. Twórczość grupy, za sprawą Wojciecha Retza, niejednokrotnie w prosty, celny, lecz dosadny sposób komentuje zaistniałą rzeczywistość, integralną wymowną częścią przekazu treściowego stanowią nakręcane do piosenek teledyski. Przykładem zabrania, odważnego głosu w ważnej dyskusji społecznej, może być utwór „Walczyk z debilem”, pochodzący z ich ostatniej płyty „Mieszanka Wybuchowa” z 2016.

 

Trudno obecnie znaleźć na polskiej scenie muzycznej, bardziej naturalny i energetyczny, emanujący pasją zespół. Ich występy zostają w pamięci na długo, ponieważ swoją obecnością na scenie, zarażają słuchaczy pozytywną energią. Z kolei jak najmniejsza możliwa do użycia w wykonywanych utworach ilość słów, potrafi powiedzieć więcej niż wiele długich zwrotek. To właśnie stanowi ich największą wartość. Obecnie występują w składzie:

Adam Kwiatkowski - wokal

Krzysztof Nowicki - klawisze

Wojciech Retz - gitara, wokal

Robert Wasiak - perkusja

Jacek Wiczyński - bas

To jeden z tych zespołów, które trzeba zobaczyć w akcji, na żywo, by móc o nich powiedzieć coś więcej. Nie da się bowiem przenieść na papier atmosfery panującej podczas oglądanego i słuchanego występu. Projekt Na Górze nie stawia sobie za cel, by podobać się każdemu, nie będzie się pewnie podobać w 100 procentach, starają się raczej kroczyć drogą w zgodzie z nimi samymi, mimo wielu przeciwności.

 

Zespół był gościem na Gardłoryki Festiwal odbywającego się 1.07.2017 r. w Nowym Mieście Nad Wartą. Właśnie mija miesiąc, od czasu zarejestrowania zapisanej poniżej rozmowy to jedna z tych rozmów, które wymagają dużej koncentracji podczas jej opracowywania. Istnieją takie rozmowy, które długo nie ulegną przedawnieniu, ponieważ sprawy w nich poruszane dotyczą zbyt wielu ludzi. W pewnym sensie także osoby przeprowadzającej poniższy wywiad.

Rozmowa z Wojciechem Retzem.

 

Ewa Jenek - Czym jest dla Ciebie projekt Na Górze?

Wojciech Retz - To jest przede wszystkim dobra zabawa, bo to co robimy na scenie z chłopakami, to olbrzymie emocje. Wykonanie każdej piosenki łączy się z taką żywiołowością, że chce nam się to robić przez 23 lata, bo tyle ma zespół. Gdyby to było tylko dla kasy, albo wykalkulowane działanie, to myślę, żebyśmy tyle lat ze sobą nie wytrzymali.

 

- Jak to się zaczęło?

- Tak się zaczęło, że w latach 90 – tych zacząłem pracować w DPS-ie w Rzadkowie koło Piły i tam poznałem dwóch mieszkańców, czyli perkusistę Roberta i wokalistę Adama. Śpiewał z nami jeszcze Robert, który w zeszłym roku zmarł. Gdy w 1992 r. przyszedłem do pracy w DPS-ie, przez rok obserwowałem i myślałem, co można zrobić fajnego. Wcześniej nie pracowałem z osobami z niepełnosprawnością. Nie jestem w tym kierunku wykwalifikowany, moje kwalifikacje obejmują sferę kulturalną, wcześniej pracowałem w domach kultury. Pomyślałem, że fajnie by było zrobić coś artystycznego z tymi ludźmi. Zaczęliśmy tak: najpierw postał teatr „Na Górze” – tak się nazywał. Zauważyłem, że chłopcy oprócz grania teatralnego chętnie śpiewają. Robert grał łyżeczkami po stole, miał świetne poczucie rytmu i stąd wziął się zespół rockowy. Do 2000 roku, równolegle działał teatr i zespół, zespół się mocno rozwinął, teatr przestał istnieć.

 

- Czy w ciągu lat Waszej działalności, były jakieś zmiany personalne w składzie zespołu?

- Tak, bo grał z nami Robert Bartol, o którego śmierci wspomniałem. On od pewnego czasu już z nami nie śpiewał, ale można go usłyszeć na dwóch pierwszych naszych płytach, do tej pory wydaliśmy pięć płyt. Grał też Robert Królski na cymbałkach, na których dziś grał Adam. Robert grał z nami na pierwszej płycie – jest to taki domowy chłopak, nie lubi jeździć na koncerty, więc wszedł za niego Krzysiek, który gra na klawiszach. Jest jeszcze jedna ważna sprawa, grało z nami dwóch muzyków „Lo” na basie i „Maniek” na gitarze, [mowa o Mariuszu Nalepie oraz Longinie Bartkowiaku – przyp. red.], którzy obecnie grają w zespole Strachy Na Lachy razem z Grabażem. Gdy odeszli, przez pewien czas graliśmy bez basisty, potem Karol grał z nami przez rok, a teraz jest Jacek.

 

- Jesteście niczym „Mieszanka Wybuchowa”, jak te charaktery udaje Ci się pogodzić?

- Jest taka rzeczywistość, że nieraz się wyzywamy, nie raz się wręcz kochamy, jesteśmy kumplami, przyjaciółmi. Każdy z nas jest inny, tak jak wszyscy ludzie są inni, jak w małżeństwie, albo ludzie się docierają i różne sytuacje potrafią załagodzić, albo nie. My też przerabialiśmy różne sytuacje, nie raz musieliśmy sprowadzać Roberta do rzeczywistości, żeby nie gwiazdorzył z tą perkusją, bo przestawała być grupa, Adam też potrafi nas zakrzyczeć. Każdemu z nas nieraz woda sodowa uderzyła do głowy i musieliśmy sobie powiedzieć, że to nie o to chodzi, albo będziemy zespołem, albo się rozejdziemy.

 

- Czy miałeś takie momenty, że nie chciałeś tego dalej robić, że miałeś dosyć?

- Wiesz co, nie, nie miałem. Po odejściu „Lo” i „Mańka” do Strachów, Robert i Adam zaczęli pracować, ja z żoną zaczęliśmy rodzić dzieci, przez dwa i pół roku nie istnieliśmy, i to nam się przydało, żeby odpocząć od siebie, następnie z nową energią wrócić. W 2012 roku musieliśmy ten zespół stworzyć na nowo, powstał nowy skład, nowe piosenki, i bardzo się cieszę, że nam się to udało.

 

- Opowiedz trochę o tekstach, bo śpiewacie dosadnie, zwięźle krótko i na temat. Jak to jest odbierane?

- Dobrze, nawet bardzo dobrze. Ludzie nam mówią, że to są ważne teksty, Ja zawsze lubiłem teksty krótkie, takie które mówią o czymś. Słucham Dylana i Sex Pistols i takich wykonawców, którzy przez muzykę chcą coś powiedzieć. Przez naszą muzykę komentujemy rzeczywistość polską i światową, rzeczywistość osób niepełnosprawnych. Mówimy o różnych emocjach, tak że każda piosenka jest na jakiś temat i nie są to przypadkowe tematy.

 

- Gdybyś miał zmienić jedną rzecz w mentalności ludzi w sprawie postrzegania osób niepełnosprawnych, co by to było?

- Trudne pytanie, nie umiem na nie odpowiedzieć. Szczerze mówiąc powiem inaczej. Ja dlatego nie wypaliłem się w tej robocie, bo traktuję to jako normalny kontakt. Ja tych chłopaków wcale nie traktuję jako niepełnosprawnych. Oni byli na moim ślubie i weselu, ja byłem świadkiem na ślubie Krzyśka klawiszowca. Jeżeli miałbym coś zmienić, to jedynie to, żeby ludzie się nie bali. Gdy chłopaki podchodzą do ludzi i zaczynają z nimi rozmawiać bez dystansu, ja tak nie umiem. Na przykład podchodzi Robert do kogoś i bez żenady – cześć, cześć i klepie po plecach, od razu jest kontakt, ale niekiedy ludzie nagle się zamykają. Widać, że niektórzy ludzie są otwarci, a niektórzy nagle drętwieją i nie wiedzą, jak się zachować. Dobrze by było, żeby zachowywali się normalnie, bo to jest tak, niektórym się wydaje, że osoba z niepełnosprawnością to zupełnie inny człowiek, że trzeba się szczególnie jakoś zachować, inaczej niż w stosunku do tzw. „normalnego człowieka”. Ja rozumiem też to, że na początku może być zdziwienie, taka niepewność, trzeba to przezwyciężyć, żeby zobaczyć, że są to fajni normalni ludzie, nawet bardziej otwarci, niż ci tak zwani „normalni”.

- Następnie pytanie dotyczy dwóch ostatnich wydanych przez Was płyt „Mieszanka Wybuchowa” 2016 , na której pojawiły się takie osoby, jak Jacek „Budyń” Szymkiewicz, czy Czesław Mozil. natomiast w projekcie z 2015 r. „Nie ma dwóch światów” z fragmentami tekstów Księdza Jana Twardowskiego, pojawili się Ania Brachaczek i Jorgos Skolias, jak to się dzieje?

- My mamy szczęście do kontaktów z ludźmi, to co robimy jest na tyle prawdziwe, takie naturalne, widać, że nie oszukujemy, dlatego nie mamy problemu, żeby namówić różnych artystów, żeby z nami zagrali i zaśpiewali. Po prostu nam to od tak wychodzi, przez te 23 lata, jak istniejemy, w różnych momentach mieliśmy szczęście do ludzi. „Litza” Stwierdził kiedyś, że chce nam wydać płytę i już. Zainwestował kilka tysięcy złotych, żeby zrobić teledyski. Tak samo było z tymi ludźmi, których wymieniłaś. Był telefon, kontakt przez kogoś, jedynym problemem był czas, ja to rozumiem. Naturalność tego co robimy sprawia, że nie ma problemu, żeby tacy artyści jak my, zagrali z tamtymi artystami. Oni bardzo fajnie reagują, traktują nas jak równorzędnych artystów.

 

- Jesteście grupą z długą historią, graliście między innymi przed Voo Voo, Hey, i przed wieloma innymi liczącymi się na polskiej scenie muzycznej zespołami.

- Chłopaki tak dobrze grają, że nie ma tutaj litości, i to jest fajne.

- Czy z muzyki da się wyżyć w Waszej sytuacji?

 

- Nie, oczywiście że, nie każdy z nas gdzieś pracuje – Adam pracuje w przedszkolu, w kuchni, zarabia trochę pieniędzy. Jacek basista jest pszczelarzem, również remontuje łazienki. Ja ciągle pracuję w tym DPS-ie na pół etatu, mam też stowarzyszenie, piszę projekty, wyciągam kasę z różnych źródeł. Z osobami z niepełnosprawnością i z seniorami, robię różne artystyczne projekty. Fajnie jeżeli uda nam się zarabiać na tym zespole. Gdy dzwonią organizatorzy koncertów, to mówimy, że jeśli płacicie tzw. „normalnym zespołom”, to nam też musicie zapłacić. Jeśli widzę, że jest fajny organizator, który nie ma pieniędzy, a jest nam po drodze, to gramy za darmo, ale bardzo istotne, żeby nas traktowali normalnie.

 

- Jak się mają do tego przepisy obowiązujące w naszym państwie?

- Mają się nijak, bo dzięki temu że dwóch naszych muzyków mieszka w DPS-ie i musieliby oddawać państwu 70% swoich zarobków, to ja, albo Jacek, albo Krzysiek, bierzemy umowę na siebie i potem się dzielimy. Ja przyznaję się głośno do tego, tak robi większość zespołów. To jest robota: jazda samochodem ileś godzin, rozkładanie i składanie sprzętu. Śp. Wodecki powiedział tak, że on jest kierowcą, który nieraz śpiewa i gra. Tak to jest z muzykami, że ten moment na scenie, 45 minut, jest fajną zabawą - reszta jest robotą, za którą sprawni, czy też niepełnosprawni powinni dostać kasę.

 

- Czy masz jakieś plany, co do dalszego rozwoju zespołu Na Górze?

- Nie, nigdy nie miałem planów, gdyby mi ktoś 23 lata temu powiedział, że Na Górze dojdzie do takiego pułapu, jak teraz, to bym się popukał w głowę. Ja nigdy nie planowałem, dla mnie ten rozwój zespołu jest wielkim zaskoczeniem, jest czymś niesamowitym i chcę żeby tak zostało. Nie planuję, robimy następne piosenki, nagrywamy kolejną płytę, mamy zamiar robić teledyski, grać coraz lepiej i tyle.

 

- Dziękuję bardzo za rozmowę.

- Dziękuję.

 

Rozmawiała Ewa Jenek.

Zdjęcia Ewa Jenek

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00