• Start
  • Wywiady
  • Ostatnia prosta. Naiwne pytania? Jeszcze bardziej naiwne odpowiedzi część II
  • Jarek Mikołajczyk

Ostatnia prosta. Naiwne pytania? Jeszcze bardziej naiwne odpowiedzi część II

Blog? Zestaw pytań z różnych źródeł, a momentami spowiedź kulturalna Mixera, tyle się w tym zmieści ile zostało na ostatniej prostej. Prawdę powiedziawszy narcystyczną potrzebę bycia mentorem, ekspertem czy znawcą mam dawno za sobą. Kilka osób dość długo namawiało mnie do takiej dłuższej formy zapisu obserwacji kulturalnych życia Miasta, Fyrtla, Podwórka. Jak to ostatnio przyznałem podczas spotkania części Gnieźnieńskiego Klubu Literatów, parafrazując jeżyckiego klasyka: kocham te Gniezno i go nienawidzę. Budzi we mnie emocje, a to chyba ważne. Dziś odpowiadam na pytania Elżbiety. Jeśli jednak masz jakieś, chciałbyś żebym na nie odpowiedział zapraszam Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Paradoksalnie choć tytuł nawiązujący do kawałka Dżemu przewrotny, jestem przekonany, że nie ma naiwnych pytań, bywają naiwne odpowiedzi, naiwne nie zawsze znaczy głupie. UWAGA DŁUGIE!!!

Jesteś kulturalny?

- Nie wiem.

To znaczy?

- Nie wiem, to znaczy nie wiem. Inaczej...Nie rozumiem pytania. Nauczyłem się, że jak ktoś mówi: tak - ale lub: nie – ale, to kituje zardzewiałe ramy okienne bez szyb. Nie mogę jednoznacznie odpowiedzieć, więc mówię nie wiem.

 

Miało nie być uników...

- Jeśli pytasz czy przepuszczam w przejściu wychodzących albo, czy czekam aż kobieta, czy osoba starsza lub o "wyższym statusie społecznym" (brry coś chyba nie tak nazwałem, ale no wiadomo o co chodzi) poda mi pierwsza rękę albo, czy podaję płaszcz kobiecie? To odpowiem tak jestem kulturalny. W Europie jem nożem i widelcem w Indiach prawą ręką, staram się nie siorbać przy jedzeniu, nie wstaję od stołu zanim wszyscy zjedzą, no chyba, że nie jemy przy stole, a to robię często. To pewnie kulturalny jestem. Mówię: dzień dobry, proszę, przepraszam...Z drugiej strony potrafię powiedzieć spierdalaj w sytuacji, która tego wymaga. Nie chadzam w garniturach - raczej, bo gruby facet z koszulą w spodniach i pod krawatem z wiecznie niedopiętą marynarką wygląda najczęściej nieszczególnie. Oszczędzam innym przykrego widoku, pewnie kulturalny jestem. Lubię jednak założyć fajną marynarkę, dobre buty, kapelusz – może... jestem kulturalny, a może jestem niebogatym snobem... Szczerze mówiąc kultura osobista dziś, albo z człowieka wypływa naturalnie, albo jest skrajnym przejawem chamstwa i cynizmu. Nie jestem ą i ę. Dziś chyba kultura osobista ma mniej wspólnego z kulturą niż kiedyś, a może to też mit. Jeżeli pytasz czy interesuję się kulturą? Nie. Bo kto interesuje się powietrzem? Powietrzem się po prostu oddycha. Jeśli bywasz to znaczy, że nie jesteś. Żyję kulturą, a może nawet w niej. Wiesz to jest tak, że wędkarz żyje wędkowaniem, śledzi nowinki, dusi się jak nie pojedzie kija zamoczyć. Garbusiarz myśli i żyje garbusem... Kiedyś pewnie żyłem kulturą w szerszym znaczeniu, jeździłem na ważniejsze premiery teatralne w kraju, dziś poza ważnymi dla mnie koncertami, raczej żyję kulturą tu i teraz w Gnieźnie. Pokochałem prowincję.

Czym to się przejawia?

- Jaram się każdym sukcesem kultury i sztuki Gniezna. To nie jest ważne, czy to sukces, w dziedzinie kultury mi bliskiej, czy to coś ciekawego co zrobił, ktoś kogo znam, czy osoba zupełnie mi obca. Staram się o tym mówić, pisać...Teatr w Gnieźnie ostatnimi czasy przeszedł rewoltę potrzebną, bez której nie byłby tak dobrym i równym teatrem jak jest teraz...Nie mam w tym interesu, a cieszę się jak w czwartej klasie podstawówki gumkami pachnącymi z Chin, że Maria Spiss wniosła do tego teatru tyle krakowskiej regularności formy, zeszlifowała wystające krawędzie... To nie znaczy, że nie cieszyłem się łódzko-hipsterskimi działaniami Łukasza Gajdzisa. Jeśli nawet teraz dyrektor Joanna Nowak wydaje się bardziej zachowawcza idzie na deskach Fredry dobry teatr. Cieszy mnie młodzież, która działa przy Teatrze Fredry...Tu niewiele osób znam, mamy pewną rezerwę do siebie. Mówimy sobie dzień doby - cześć. To chyba normalne, starzeję się, pewnie tworzy się dystans, jeśli ktoś mnie nie zna. Zwłaszcza, że wiem, że czasem bywam postrzegany jako zarozumiały egotyk. Nie jestem nim, więc problem nie we mnie. Kurde no mnie cieszy Bapu, Karolina Artymowicz (której kompletnie nie znam osobiście)...Big Up! Mordor Muzik, nawet jeśli z Michałem ostatnio nie pałamy do siebie miłością. To nie przeszkadza mi słyszeć i widzieć co robi z Mordorem. Niezwykle wiele radochy daje mi to, że mogę czasem obserwować działania artysty osobnego jakim jest Marceli Derengowski. Kiedyś sporo radochy dawały mi działania Szajse Records, dziś połączone z Ośla Ławką. Podkręca mnie młodzież z Muzycznej i bez jakiś kurtuazji tam są czasem takie talenty, że tylko kochać tę naszą kulturalną prowincję. Ciekawe rzeczy robi z młodymi Krzysztof Burghard mój były nauczyciel, który regularnie pisał mi uwagi do dzienniczka, który zresztą sam też robi kawałek sztuki. Binkowska o Tobie to nawet nie wypada mówić. Mam w D. że Elżbieta Binkowska mimo że jest jedną z najlepszych ilustratorek w tym kraju, nie jest popularna czy rozpoznawalna jak np. Kozyra. Binkowska jest artystką i to się dla mnie liczy. Nie wymienię wszystkich, których obecność w kulturze tego miasta daje siłę. Pięknie to zresztą w rozmowie Kamili (Kasprzak - Bartkowiak) podsumował Kuba Dzionek. No i nie mogę zapomnieć o moich wspaniałych „dzieciakach” z Popcentrali no nie tylko dzieciakach, bo trudno to powiedzieć o Kamili czy Ewie i o Dawidzie Liberkowskim. Jeśli już wspominam o energii zwrotnej od tych, którzy tą kulturę miasta tworzą to przecież Teatr w Depozycie i Malarze Ulotni...to jest ten tlen, albo podglebie...To jest tak, że ja nie kumam czasem np. o co chodzi Alex i Buriemu z SIKSĄ, nie muszę! cieszy mnie to co robią, czuje, że to ma sens, nawet jeśli zastanawiam się nad przerostem kreacji czy #totalartautentyzme...Bez jaj, każdy klasyczny czy rockowy, alternatywny band chciałby grać na OFFie – oni to robią. Osobiście niezmiernie raduje się moje serce z każdego grania zwłaszcza poza G-no Destruentów. Dobra tu jest sentyment do Bąkola i jakieś moje niespełnienia ze STUDIA 34, które robiliśmy razem. Jest tu w tym moim prowincjonalnym powietrzu jeszcze zapach hip hopu, ale gra też Create, a karpie wypuszcza do Weneji nasz gnieźnieński Major (Waldemar Fydrych) i to piękne Pan Boguś nie kalkuje Pomarańczowej Alternatywy. To może zabawne, ale gdybym robił ranking kulturalny w kategorii nadzieja wygrał by właśnie Pan Boguś, jak widać nigdy nie jest za późno nie jest tylko pustym hasłem. Czekam na jego większą obecność nie koniecznie na łańcuchach świateł, ale właśnie w działaniach na granicy świadomej artystycznej błazenady, performance z granicy społeczno – kulturowej. Jest drugi co do wielkości zaraz po Burzy dramat Szekspira, jestem pewien, że jedyny Dramaturg w historii literatury, maestro Wiliam zapowiadał tworząc rolę błazna w Królu Learze właśnie takich ludzi jak Pan Boguś...Chcę też oddychać gnieźnieńskimi slamami bo gromadzą kosmicznych młodych ludzi. Świetnie, że to środowisko w młodszej części obok Bąkola, Alex czy Buriego trafiło do Gnieźnieńskiego Klubu Literackiego, który prowadzi dwóch kolejnych odrealnionych przez kulturę gigantów intelektu, a w jednym przypadku i uduchowienia Dawid Jung i Wojciech Grupiński. Przecież: Skola, Zuza Chełek czy Szymon Julkowski to samorodki. Dobra zmieńmy temat, bo zacznę się powtarzać, o Romanie Nowaku już mówiłem nie raz...Łukasz Muciok też zrobił swoje, teraz pewnie kiedy odchodzi z Ekonomika będzie go mniej..., Marzena Szczerkowska i wielu wielu innych...Potrzę, na zdjęcia robione przez Marka Lapisa i myślę cholera mieszkałem dwa bloki przed nim...Widzę foty Stube Bros i przypominam sobie jak z ich starszym bratem słuchałem Joy Division z winyla w moim pokoju...

Czyli cudowne powietrze mamy?

- O nie, tego nie powiedziałem. Jak mawia mój ojciec jest dobrze ale nie beznadziejnie. Nie ma smogu...Są dwie rzeczy, które kaleczą płuca, jeśli trzymać się tej metafory – kultura – powietrze, życie w kulturze - oddychanie kulturą. Poza Akademią Gitary, nie mamy wydarzeń na miarę ważnego ośrodka. Akademia w tym roku wymyśliła też średni patent z tym The Best Off...Uwielbiam Marcina Wyrostka i to będzie piękny koncert. Jednak taka trochę linia najmniejszego oporu. Nie mniej Akademii za to wszystko co wniosła do Gniezna to uchodzi. Ostatnio w parku na Bielanach grał za free Jan Garbarek na 20 leciu Ośrodka Kultury działającego na tej dzielnicy. Nie rozumiem dlaczego nie mogliśmy na chrzcielną rocznicę zamiast miliona konkursów i konkursików zaprosić Garbarka, dobra popłynąłem, ale gdyby przyjechał z Officium...aj było by coś, a nie pomnik szpitala Pomnika. Na Chicka Coreę musiałem jechać do Wrocławia. Koncert, na który sprzedano niecałe 2. tys. biletów, bo taki był maksymalny limit mistrza. Do Gniezna też na taki koncert przyjechało by te 2. tysie fanów z Polski. W ostatnim czasie wykonał się mentalny skok w kulturze Gniezna. Powoli przestajemy mieć kompleks prowincji, myślę jednak, że wciąż mamy problem z pokochaniem prowincji. 1000 lat tkwienia w sentymencie to zdecydowanie za długo....Nadal nie ma u nas koncertów, spektakli, wydarzeń spektakularnych. Kiedyś chociaż był Festiwal Wyobraźni z Arką Teatru Ósmego Dnia, teraz...Brak skoków z mamuciej skoczni. Znasz zapis video koncertu Floydów w Pompejach? Znasz na pewno. To nie musisz wytężać wyobraźni, by zobaczyć Pink Floyd, albo lepiej Rammstein na dużej bezpiecznej platformie osadzonej metr nad obrotownicą hali wachlarzowej naszej Parowozowni, przy kosmicznej architekturze i genialnej akustyce...Tak, wiem problemy, techniczne, zabezpieczenia itp. itd.. Ale to jest przedsięwzięcie na miarę Królewskiego Miasta. Żal, że właśnie takie urzędałki ulyngałki w tym przypadku nie tylko miejskie, między innymi uniemożliwiają choćby CanDID...To było na mniejszą skalę, ale w tym pomyślę była iskra...Parowozownia i koncert Pink Floyd czy może nawet lepiej Depeche Mode to przykład. Nie chcę w żaden sposób deprecjonować działań osób skupionych wokół Krzysztofa Modrzejewskiego. Niestety jednak wystawa pralki Frani nie wystarczy. Akurat pewnie Krzysztof to wie i konsekwentnie chce iść do przodu...Jakiś krok zrobiło też miasto warsztatami urbanistycznymi...

 

To zrób to, mówić jest łatwo...

- Zgoda. Łatwiej mówić niż robić. Nie mniej, mam 50 lat, to zadania dla ludzi młodych, a może całych instytucji, zresztą to tylko przykład, obrazek.... Poza tym, mam dość odwracania kota ogonem, jeśli miasto ma wizjonerów i o nich wie, to powinno o nich zabiegać. Popatrz jak usunął się w cień Comes - Maciej nic nie musi. Realizuję jedną wizję od trzech lat. Realizacja jest możliwa właśnie dzięki takiemu postawieniu sprawy. Zaczynaliśmy z Piotrem Wiśniewskim Grajków Ulicznych od pospolitego ruszenia, głównie moich przyjaciół. Po ubiegłym roku, kiedy był jak nam się zdawało wspaniały Line Up, niestety niezbyt wspaniała pogoda. Pół żartem pół serio napisałem, że przestaniemy robić Grajków kiedy na Tumskiej będzie grał Nick Cave a na deptaku Tom Waits. Wydawało się to Odyseją Kosmiczną 3030...Dwa dni po tym okazało się, że może nie Cave i Waits, ale Simone Salvatori genialny Włoch z Spiritual Front gotów jest przyjechać. Ostatecznie wystąpi za rok. W tym roku obok znanych Gnieźnianom Sashy Boole i Swiernalisa zagrają między innymi świetny songwriter ze Szwecji Joakim Hansson, a w pierwszym dniu obok niezrównanego Hanysa Makarona zagra Tim McMillan z Australii człowiek, który supportował ale i grywał na jednej scenie z Al Di Meolą, gra z liderem Ugly Kid Joe, ja nie mam pytań. No i przecież na finał Witek Muzyk Ulicy do tego naprawdę sami niepowtarzalni muzycy i muzykanci. To jest możliwe, jeśli spotykasz ludzi, którzy cię wspierają, Piotr Wiśniewski uwierzył przekonał do naszego pomysłu kogo trzeba. W tym roku gdyby nie młodzi ludzie, którzy chcą pomóc w trakcie Weekendu Grajków Ulicznych Po Drodze pewnie nie dali byśmy rady. Nie było by też grajków gdyby nie wsparcie Zagrali i Poszli, tym razem Czernej Mandoliny, czy tak jak w ubiegłym roku Wojtka Springera, ale też Damazego Gandurskiego, który przysiadał z gitarą by pograć na ulicy...

 

 

Bywasz hejtowany... Masz wrogów?

- Hejtowany bywam, chyba jak każdy, kto choćby w najmniejszym stopniu staje się osobą „publiczną”. To określenie jest idiotyczne, no ale jednak funkcjonuje. To znaczy myślę o określeniu osoba publiczna, bo publiczny może być: urząd, dom, albo szalet. Szczerze mówiąc chciałbym wierzyć, że to przypadkowy zbiór. W moim wypadku, raczej jestem osobą publikującą. Dziś kiedy dojrzałem do tego by wiedzieć, że najważniejsze państwo to państwo Mikołajczyków, a istotna społeczność to rodzina, piszę inaczej niż kiedyś. Człowiek chyba dorasta. Czasem boli to przekonywanie się, że przecież to nie istotne czy piszesz rzeczowo, odważnie, jak kogoś nie osrasz - to nikt nie zauważy Twojego tekstu. Jeśli postawisz poważne, ale rzetelne zarzuty, tak, że do Ciebie po info będą jeździć funkcjonariusze ABW, ani ci naczelny nie podziękuje, ani czytelnik doceni, a nawet jeśli to i tak kiedyś wsadzi ci szpilę.

 

Jakiś konkret?

- E szkoda gadać. Była np. duża afera, pewnej pani od projektów architektonicznych i działek w Urzędzie Gminy Gniezno. Pani D. się nic nie stało tak naprawdę, wójt jest wójtem, a Pan z aktówką jest nadal wieśniakiem, choć już nie jest chyba, mam nadzieję, przewodniczącym rady gminy...Naczelny nie zauważył, że mega robota poszła, no ale był z Konina, a jak mawiają stare Gnieźnioki od Konina Polski ni ma...Dwie osoby, doceniły stan rzeczy oficer ABW, którego wizytówkę mam, ale nazwiska mi nie wolno wyjawić i Jacek Szymański śp.. Mamy też, ale to nie ze względu na tę sprawę wzajemny szacunek z Leszkiem z DUO. Nie kumam postawy jednego opolsko-śląszczanina, który mnie napuszczał, a teraz od umiejszych wyzywa na swoim blogu - gazecie...Oczywiście nie ma to związku z tym, że nie zrecenzowałem jego tomiku poezji. ( Swoją drogą gdybym mojemu szwagrowi, abo teściowi powiedział Śląsk Opolski no to chyba na halbie przeprosiny by się nie skończyły). Wiesz to są nie istotne sprawy, ale ja nie lubię takich gierek. Nie lubisz, hejtujesz - nie podawaj łapy – proste. Dobrodzień to guten Tag, a nie Auf Wiedersehen i Alles Klar.

 

Życie sprawiło, że stępił się Twój pazur?

- Nigdy mi nie imponowały pazury. Pisałem kiedyś ostrzej, prawda, może nawet czasem punktowałem za bardo imiennie. No cóż wychowałem się na Kryzysie, a nie Kryzysowej Narzeczonej, na Dezerterze, a nie na Demono. To nie jest stępiony pazur – jestem raczej pacyfistą. Myślę, też że jako samouk w zawodzie dziennikarza, potrzebowałem okrzepnąć, zdobyć doświadczenie. Dać parę razy dupy i dostać potem na nią manto. Podjąłem za wcześnie próbę bycia publicystą. Tak naprawdę przecież uczyłem się tylko radia i to raczej bycia szefem muzycznym. Wywiadów uczyłem się od mistrza, ale to był mistrz dziennikarstwa muzycznego.

 

Kaczkowski?

- A znasz innego mistrza? Ja nie. Ten blisko godzinny warsztat – będący jednocześnie wywiadem z panem Piotrem o prowadzeniu wywiadów, potem parę warsztatów, to rozjaśniało głowę. Chociaż jest jeszcze dwóch ludzi, z którymi miałem raczej sporadyczne kontakty, ale których radia słuchałem, nie tylko by być na bieżąco, ale by ich podsłuchiwać i uczyć się. Paweł Sito i Rafał Księżyk, to niezwykle potężne inteligencje ale i wiedza. Piękny okres Radiostacji. O zapomniałem jeszcze Antoni Hoffmann, którego audycje realizowałem w Radiu Wojciech - to była szkoła nie tylko muzyki klasycznej. 

Wracając jednak do pazura...Chyba trzeba nabrać pokory, tego uczy życie. Myślę, że np. punktowanie wystawy Anny Bigosińskiej w MOK miało sens, bo to były bohomazy i żadne podpisane pod tym profesury tego nie mogły obronić... Pisanie o fatalnych warunkach wystawienniczych w Galerii MOK przed laty, tak naprawdę tylko pomogło. Wiem to, od osoby prowadzącej tę galerię, a niezwykle kompetentnej, że miała namacalne argumenty w rozmowach z przełożonymi. Dziś to bardzo przyzwoita galeria. Nie twierdzę, że to moja zasługa, ale jak to mówią nawet ruch skrzydeł motyla w Chinach ma wpływ na pogodę w Europie. Wystawy bywają różne, ale przecież kultura tego miasta jest wypadkową tego co tworzą mieszkańcy. Czasami, może zbyt dosłownie pisałem o beznadziei Klubu Starówka, jako miejsca wystaw. Tam wszystko wygląda jak na wyprzedaży garażowej. Teraz jest niby lepiej, ale nadal lepiej nie mówić. Tyle, że tak naprawdę do siebie brały uwagi emerytowane nauczycielki tworzące obrazy różnej jakości, ale z pasji.

Jeśli pozwolisz wróćmy do hejtu i wrogów. Wrogowie to nic złego, mój dziadek mawiał kto nie ma wrogów nie ma przyjaciół. Wróg to ktoś konkretny, czasem ma słuszny żal do Ciebie, czasem nie. Wiesz, ale kiedy Marek Jakubowski, którego niezwykle szanuję za wiedzę o bluesie i wiele działań muzycznych, opowiada, że wpadłem kiedyś jak pies do tanijatki...(swoją drogą kultowy sklep przed laty na Zielonym Rynku) to wiem, że ma żal o to co pisałem o Encyklopedii Gnieźnieńskiej, kiedy krytykuje pośród moich znajomych, moje działania wiem, że gdzieś tam kiedyś przed laty zawiodłem go, nie ze swojej winy, ale jednak przy okazji gwiazdki w Ośrodku przy Żwirki i Wigury, wieki temu ale nosi swój żal to jego problem. Szkoda, że nie pamięta akcji Podaj mi swoją dłoń, którą robiłem z Rudym (Mariusz Nawrocki) i Abadonem (Dariusz Grześkiewicz) i kilkoma innymi ludźmi dobrej woli, na rzecz tego samego ośrodka. Kiedy jednak nadaje, mojemu znajomemu, że byłem jego Misiewiczem – kulam się ze śmiechu. Nie mniej, jeśli nawet nie mówi mi tego wprost, to mówi to On konkretny człowiek. Nie rusza mnie nawet, gdy mówi do moich kumpli głupoty. Jeśli jest w nich ziarno słusznej pretensji zastanawiam się...Swoją drogą, szkoda, że wycofał się z działania w Gnieźnie, tu jednak go w pełni rozumiem.

Wiesz, kiedy Krzysztof Szymoniak coś tam chlapnie na mój temat wśród znajomych, kurde no to jest Gość i ja za to, że są dziedziny, w których jest niezwykle merytoryczny go szanuję, to że towarzysko bywa różnie? To jest jego sprawa. Nie obrażam się. Kiedyś zrobiłem z nim rozmowę, a pani Barbara Fiałkowska (redaktor naczelna Reportera) nakazała mi ją puścić w Reporterze bez autoryzacji. Pomyliłem w pośpiechu spisywania, bo robiłem jednocześnie skład gazety, krainę w której był korespondentem. Krzysztof nazwał to pseudodziennikarskimi praktykami – kurde bo to były kiepskie praktyki, a że nie moje tylko szefowej? Nic to nikogo nie musiało obchodzić, podpisałem się pod tym...Połknąłem żabę i żyję dalej. Przesadził pisząc własną treść sprostowania, ale nie mam pretensji. Wyciągnąłem lekcje. Mam teraz jeszcze jedną rozmowę z nim, stwierdził jednak, że mogę ją opublikować po jego śmierci. Nie mam żalu, choć to jest naprawdę piękna i szczera ze strony Szymoniaka rozmowa. Mocna, bez ściem. Myślę, że w tym przypadku nie chodzi o wrogość. Pokazuję tylko, że jeśli ktoś potrafi podpisać się pod tym co mówi o Tobie, musisz się zastanowić, bo są szanse pół na pół, że ma rację. Krzysztof zresztą za tym pierwszym razem, przede wszystkim zadzwonił do mnie. Była to twarda, krótka rozmowa, nieprzyjemna – ale rozmowa, a nie hejt. To jest uprawnione.

 

Sam też często krytykujesz, mówią, że bywasz hejterem?

- Nie. Nie rozumiem zjawiska hejtowania. Krytyka: po pierwsze musi mieć autora, po drugie nawet jeśli krytykowany się nie zgadza z argumentacją, to jednak krytyka niesie argumenty. Nawet jeśli argumenty są wątłe, są wynikiem choćby próby namysłu. Po drugie nawet jeśli zdarzało mi się pisać komentarze pod artykułami, czy w mediach społecznościowych to zawsze jako Jarosław Mikołajczyk, czasem jako Mixer. Wtedy jak ktoś się nie zgadza wie komu dać w mordę. Kiedy czytam jakieś pierdy na swój czy inny temat podpisane np. Baba z Kłecka to śmiech na sali, no wszyscy zainteresowani wiedzą kto to, ale jak tu bić faceta, który wstydzi się swojego nazwiska i pluje zza winkla? To jest po prostu pirdulajdum klajstrum. Ten mit bezkarności i anonimowości internetu pozwala ludziom na bezmyślne i pełne agresji wpisy. Oczywiście to ma pewne plusy, bo np. wielu ludzi nie ma odwagi skrytykować władzy, tu mogą to robić bez pewnych obaw. Osoby publiczne muszą się z tym liczyć...Myślę, że tak naprawdę odpowiedzialność za rynsztok jakim bywa hejtowanie w necie w dużej mierze ponoszą redaktorzy naczelni portali czy admini profili i forów. Bywam hejtowany, nie hejtuję, albo przynajmniej staram się tego nie robić. Ludzie mają prawo do pisania co myślą, byle by przy tym faktycznie myśleli. Granicę powinno stanowić oszczerstwo i krzywdzenie osób trzecich. Kiedy ktoś hejtuje mnie, no dobra, duży jestem nie przewrócę się, a nawet jeśli to wstanę otrzepię kurz i pójdę dalej...każdy hejtowany ma jednak rodzinę, dzieci i rodziców...Mój syn już jest dorosły, ale przecież kiedyś nie był...Myślę, że warto myśleć o tym, że hejtowany da sobie radę z hejtem, ale jego bliscy nie muszą.

 

 

Mówi się, na mieście, że jesteś mistrzem facebookowych gównoburz...Jak to jest z twoją nadprodukcją facebookową?

- No i tu mnie masz. Tylko czy mówi się tak na mieście, czy na fejsie? Dla mnie to ważna różnica. Myślę, że te anarchistyczne korzenie, performera i prowokatora wyłażą na fejsie. Wolę jednak określenie nadczynność fejsbukowa, którym to moje ciskanie się na fb nazwał właśnie Tymoteusz (syn). Myślę jednak, że jest co najmniej jeden w Gnieźnie lepszy ode mnie w gównoburzach...Tyle, że ja rozumiem jego wsadzanie kija w mrowisko. Przecież robię podobnie. Czasem tylko dlatego by podkreślić, że mój profil na fb jest moim prywatnym profilem, że mogę tu pisać co chcę, nawet głupoty. Wkurza mnie pomieszanie pojęć. Na fb czytają mnie znajomi...zakładam więc, że znają moje zgrywy, czują prowokację, sarkazm - jeśli nie to nie są moimi znajomymi, kliknąłem przyjęcie zaproszenia przez przypadek, wtedy jest proste rozwiązanie – ban nikt nie musi czytać mojego fb, jak sami nie potrafią mnie zablokować wystarczy napisać, zrobię to za nich. Chodzi o to, że kiedy publikuję artykuł na portalu, to jestem dziennikarzem, wtedy muszę brać odpowiedzialność za słowa. Na fb, tylko gdy kogoś oczerniam, lub podżegam do nienawiści - a to nie moja bajka. Dziennikarz to rzemiosło, jak każde inne...jestem najemnikiem w tym zawodzie ponad 20 lat...To jednak jest najlepsza recenzja. Prywatny wydawca nie zatrudnia przez układy, czy na piękne oczy. Dziennikarz to nie ksiądz, który jest księdzem i na mszy i w szortach na basenie. Misjonarze to są w Afryce mawiał mój kumpel Jaras Klaś...On też jest rzemieślnikiem kładzie płytki i obrabia kamień, robi to zresztą bardzo dobrze. Ale kiedy idzie do baru, albo pisze coś na fb to jest Jarasem, a nie płytkarzem.

 

A jeśli są ludzie, dla których jesteś jakimś wyznacznikiem, a nie znają Cię na tyle by poczuć, że bawisz się w adwokata diabła albo prowokujesz? Przecież mogą cię zrozumieć opacznie...

- Błagam... Nie jestem, żadną pytią ani celebrytią! I nigdy raczej nie będę adwokatem diabła, od tego bytu trzymam się z daleka. Rozumiem jednak o czym piszesz. OK. Mając 12 lat usłyszałem od jakiegoś hippisa wracając z Jarocina, że jeśli chcę wiedzieć co to znaczy być hippies, to mam przeczytać Witkacago. Naprute dupki jaja sobie robili z gówniarza, przeczytałem Witkacego. Na nieszczęście w bibliotece były tylko Narkotyki Niemyte dusze. Rozsadziło mi głowę, poszedłem w cug... jakoś mnie Witkiewicz za to nie przeprosił, hippisi z Sieradza też nie. Stachurze też nie przyszło mnie przeprosić za to jak naczytawszy się Siekierezad, Mszy Wędrującego zacząłem włóczyć się po kraju...Życie to pasmo weryfikacji i wyborów. Nie jesteśmy marionetkami Bóg to nie Dżepetto. Nie wystrugał se klocków z drewna. Jak to mawiał Sartre stwórca rzucił na człowieka klątwę wolnej woli...Inni mówią, że to dar, a skoro dar to trzeba z niego korzystać, mój dziadek stary koniarz i ułan znad Bzury mówił, że darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, ale siodło trzeba założyć zawsze samemu by mieć pewność, że w galopie popręg nie puści. Czasem łapię się na tym, że połowa moich znajomych to rówieśnicy Tymka. Wtedy bywa, że kasuję gównoburzę. Często też zapędzam się w separatyzmie wielkopolskim, piszę o Polsce w granicach zdrowego rozsądku czyli między Odrą a Wisłą...Cholera ale co za to mogę, że bliższa mi Wielkopolska niż...Mentalnie bliżej do Hansa z Berlina niż Jaśko zza Buga. To nie jest ocena to stwierdzenie faktu, nie wartościuję, mówię co mi bliższe. Ktoś może to źle zrozumieć – to prawda.

Trochę w tym co sugerujesz racji, świat jest zwariowany, może nie trzeba mu tego dokładać...Najczęściej jednak udostępnianym przeze mnie kawałkiem na fb jest Miej wątpliwość Łony. Chyba tak naprawdę wbijając klin pomiędzy ten durny podział: lewo – prawo, czy jeszcze bardziej skurwysyński bo polityczny podział PiS i AntyPiS właśnie proszę tak jak Łona by ludzie byli uprzejmi mieć wątpliwość.

To niby nie moja sprawa...Kiedyś Kazik śpiewał „mój dom murem podzielony"...Teraz jest jeszcze gorzej każda strona chce, żebyś się opowiedział, a jeśli Ty chcesz iść po murku? To dopiero masz przesrane. Strzelają do ciebie jedni i drudzy...Jestem przeciwnikiem demokracji, to nie znaczy, że jestem za totalitaryzmem. Bywam konserwatywny do szpiku kości tak bardzo, że rzygam programami socjalnymi PiS, programami, które krzywdzą odpowiedzialnych i zaradnych a dają tym, którzy potrafią tylko wypowiedzieć jedno słowo: dajcie... ale na Boga nic mi do tęczy. To nie jest tak, że jak jesteś konserwatywny, to jesteś polsko-katolicki. Narodowy wyklucza zresztą katolicki. To, że jestem zatwardziałym zwolennikiem tradycyjnego modelu rodziny nie znaczy, że pozabijałbym tych co myślą o innym modelu. To, że dumny jestem z tego, że od ponad 20 – lat jestem mężem tej samej żony, nie znaczy, że przeszkadzają mi ludzie, którym dobrze jest w konkubinacie, po rozwodzie, czy w związku partnerskim. Światopogląd, który jest prosty jak drut: jest po pierwsze nierealny, bo żaden człowiek nie jest monolitem, po drugie niebezpieczny jak bejsbol. Sprawa jest prosta, jak sobie ktoś wbije do łba jakiś kodeks zachowań honorowych i niehonorowych, prawilnych i nieprawilnych, którym nie da się sprostać, to mu bije na dekiel. Rozdźwięk, pomiędzy tym co głosisz i w co wierzysz, a tym jak żyjesz musi prowadzić do paranoi i mega kompleksów. Miałem tak, wiem co mówię. Chyba, że wiesz, że to utopia i mit, do którego warto dążyć, choć wiadomo, że się nie dojdzie do celu. Dotyczy to każdej strony... Zostawmy politykę w tej kwestii nie wierzę żadnemu politykowi. Tak mnie wychowano i jak by też losy rodziny mi o tym mówią. Wuj Stanisław na prośbę Churchilla podjął legalną walkę z rządem ustawionym przez Sovietów, wrócił do kraju, po wygranych w wielu miejscach wyborach musiał uciekać. Kiedy czytałem jako dzieciak broszurkę PZPR, że był zdrajcą i że Polska Rzeczpospolita Ludowa mu nie wybaczy - płakałem. Teraz część środowisk prawicowych też mówi, że był zdrajcą...Bohaterowie czasów pokoju są tymi, których boję się najbardziej - oni pierwsi spierdolą gdzie pieprz rośnie jak przyjdzie co do czego. Prawda jest taka, że jak ktoś wdepnie w gówno raz, choć w dobrej wierze, będzie zawsze śmierdział nie pomoże Hugo Boss, on zresztą pomagał raczej nazistom.

 

Czy taka postawa wobec polityków nie przeczy deklarowanemu pacyfizmowi?

Nie wiem. Ja nie mam z tym problemu. To jest dla mnie najważniejsze, bo nie czarujmy się, jestem jedyną osobą, z którą przeżyję całe życie. To nie jest jednak tak, że moje zdanie o polityce tak bezpośrednio przekładam na konkretnych ludzi. Potrafię znaleźć fragmenty rzeczywistości, w których nie musimy rozmawiać z politykami o polityce. I jeszcze staram się oddzielić samorządowców od polityków. Chociaż oni się w tym odróżnianiu gubią czasem sami.

 

Czyli to "nie wierzę politykom" to kolejna gównoburza?

 

-Nie. Nie. To akurat nie jest prowokacja, to jest deklaracja. Tyle, że tak jak dziennikarz to zawód, tak powoli staje się polityk. Jeśli więc ktoś potrafi zostawić w antrejce razem z jupką politykę na biglu - to zapraszam. Wiesz to chodzi też o dystans do siebie. Bywam chamowaty, zdaniem niektórych. Oklęty jestem, zapewniam, że nie wynika to z ubogiego słownictwa...Ostatnio była taka sytuacja, która może i nie powinna się zdarzyć. Zbierali się sponsorzy producentów parafiny, jak to określił jeden kumpel - libertyn, znaczy łańcuch światła w obronie sądów. Spoko, z tymi sponsorami to przerysowany żart jest celowo, tak na nich mówiono...Sporo tam moich kumpli i kumpelek i paru przyjaciół. Ktoś zagadał, żebym przyłączył się do ekipy, w taki sposób, że wiesz...No jak jesteś w porządku to idziesz ze świecą, a jak nie to nie idziesz. Takie idiotyczne, kto nie jest z nami ten przeciwko nam. Świat nie dzieli się tylko przez dwa. Poczułem się jak w podstawówce, kiedy bez mojej wiedzy zapisano mnie do ZHP, które choć dziś niektórzy próbują zapomnieć o tym, było żłobkiem PZPR, tak je przynajmniej postrzegałem wtedy. Dziś widze to inaczej, moja żona zanim zaczęła jeździć na zloty hippie, jeździła na obozy, a to zapewniam porządna kobieta jest. Nie. Nie lubię być zakładnikiem idei. Pokazałem Maciejowi Kuźniewskiemu środkowy palec i rzuciłem coś o chodzeniu ze stadem, że mnie to w jego wykonaniu dziwi. Kompletnie czytelny kod w naszej relacji, zresztą obaj mieliśmy uśmiech na ustach. Ktoś się oburzył, stałem się wrogiem postępu, demokracji (no tu zgoda, ale zaznaczmy demokracja nie jest warunkiem postępu)), ludu i sprawiedliwości, a do tego chamem. Zastanowiłem się jednak nad tym czy człowiek może być szczery. Zwłaszcza, że kimś kto zwrócił na to uwagę, kto odebrał to bez kontekstu, była niegłupia osoba. Kiedy jednak dzień później piliśmy z Maciejem piwo nie drwiąc, ani z jego obecności w łańcuchu światła, ani z mojego wstrętu do zachowań grupowych...Wiedziałem, że przecież jest tyle rzeczy, które nas łączą, że możemy się śmiać z tego co nas dzieli i jak to widzą inni. Bo mieć inne zdanie nie znaczy nienawidzić...

 

Dziwny jest ten świat?

- Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim...To bardzo bliski mi ostatnio temat. Mandale Pokoju, które sypaliśmy z grupą Malarzy Ulotnych w Jarocinie, to świeża sprawa. Takie buskerskie malowanie kolorowym piaskiem bodaj odpaliliśmy jako pierwsi, przynajmniej w tej formie i skali w Wielkopolsce, to też zbiegło się z tym, że motywem przewodnim tegorocznego Jarocin Festiwal 2017 był Niemen to się idealnie zgrało, malowanie, a raczej sypanie mandali kolorowym piaskiem, przez godziny by potem w jednej chwili wymieszać piach, nawiązuje do mnichów buddyjskich sypiących w skupieniu przez kilka czasem kilkanaście dni mandale by je rozdmuchać...To jednak przede wszystkim kwestia ulotności sztuki. Niemen podkreślał fakt, że sztuka dzieje się tylko w akcie tworzenia, że żadne działanie nie będzie takie samo. Ten Jarocin to też był taki poligon dla ekipy młodych ludzi. Wspaniałych młodych ludzi, którzy pojechali ze mną. Możesz być wizjonerem, ale bez ludzi zostajesz tylko mistrzem sztuki konceptualnej czyli niezaistniałej. Ludzie, z którymi pracuję i na Popcentrali i w Depozycie są niezwykle kreatywni. Mimo czasem bardzo różnych charakterów i upodobań tworzą świetny zespół. To właśnie pozwala mi wierzyć w większość ludzi dobrej woli.

 

- Trudno być prorokiem we własnym domu?

- E tam prorokiem. No są rzeczy, które lepiej rozpoczynać poza swoim fyrtlem. Czasem mam bekę, kiedy ktoś kto mnie niby zna mówi, że nie wiedział, że takie czy inne rzeczy potrafię. Nie jestem i nigdy nie chciałem być prorokiem. To wbrew pozorom ciężki charyzmat. To słowo ma dla mnie jednak bardzo konkretne duchowe znaczenie. Poza tym proroctwo jest darem, a animować czy działać performatywnie to trzeba umieć. Poważnie jednak...to też nie jest do końca tak, że nie było opcji malowania piaskiem w Gnieźnie. Tu naprawdę nie jest tak źle i mam wrażenie, że jest coraz lepiej, w kulturze. O tym za chwilę. Prawda jest taka, że gdybyśmy z tego czy innego powodu sypali w Gnieźnie, było by może i fajnie...Kiedy jednak byliśmy częścią machiny pod tytułem Jarocin Festiwal 2017, po pierwsze poproszono nas o to. I to jest normalna kolej rzeczy, a nie odwrotnie. Po drugie, nasze obie niemenowskie mandale widziały tysiące ludzi...Po trzecie nie było to działanie od czapy.  No i tu sporo dobrego nas spotkało ze strony Julki Rzepki - kierowniczki Spichlerza Polskiego Rocka i jej ekipy. Wróćmy jednak do własnego domu, skoro ustaliliśmy, że prorokiem nie jestem. Przecież Jarocin to mój dom, jeśli nie dom to szkoła. Tu uczyłem się muzyki, sztuki i performance. Przez kilka lat Jarocin był tym na co czekałem cały rok. Nie wakacje, nie świadectwo, a Festiwal. Byłem też przecież teraz z synem i wspaniałymi młodymi ludźmi. Uczciwie muszę powiedzieć, że po rocznikach Marcina Pietruszewskiego, Kuby Dzionka, Pawła Bąkowskiego czy Alex Freiheit przyszły takie lata nijakie w kulturze Gniezna poza jednostkami i rapem była dziura. OK. Krzysiek Romanowski, Kacper Polus ale oprócz tego głos wołającego na puszczy...Dziś zobacz woluntariat Gammy, woluntariat Offeliady...Ja w Depozycie i Popcentrali i Malarzach Ulotnych mam przyjemność pracować z co najmniej 10 naprawdę pięknych młodych ludzi...Po za tym jest Jordan Niedzielski i ekipa z jego zespołu, jest Małki, który teraz zaczyna kręcić niezłe beaty,  Wiktoria i Jonasz...Młodzi ludzie z Klubu Literackiego czy warsztatów w Teatrze...To jest ogromna siła. Co jednak zrobimy z tą siłą zależy od nas...Jeśli to spieprzymy jako dorośli, to niestety znowu o 22.00 będzie wychodził latarnik i wrzeszczał „już dziesiąta na zegarze gaście światła gospodarze! Jeśli nie wrócą tu po studiach stracimy wiele. W tym wszystkim jest jeszcze Stowarzyszenie Ośla Ławka – to jest potencjał. Myślę, że to też jest miejsce dla wielu młodych ludzi, Bąkol, Dzionas, Olufa i ta ekipa powoli okrzepła, potrzeba więc powera z młodych serc i umysłów. Jest też G:15...wierzę, że chwilowa stagnacja wróży w tym towarzystwie rychłe ożywienie...

 

Czy naprawdę uważasz, że jest lepiej w gnieźnieńskiej kulturze?

- Na mieście tak mówią. Problem jest istotny, bo żeby powiedzieć, że jest lepiej trzeba się do czegoś odnieść. Lepiej niż kiedy? Bo nieprawdą jest, że wcześniej to tylko czeski biskup i 5 królów, a te setki lat po nich to czarna dziura. Jeśli punktem odniesienia ma być moja pamięć, to też bywało różnie. Z czasów gdy byłem dzieckiem zapamiętałem tylko inscenizację Bolka i Lolka w gnieźnieńskim teatrze. To zresztą był chyba ten impuls, który mnie zaintrygował teatrem. Z czasów licealnych pamiętam przede wszystkim maratony jazzowe, to była naprawdę dobra impreza no i trzeba powiedzieć też, że jazz grany przez gnieźnian był wówczas mocny. Prowizorka Jazz Band to oczywiste ale przecież były inne formacje. Mieliśmy przecież Nieformalną Grupę Poetycką Drzewo...W latach 80-tych grało u nas parę kapel rockowych z polskiego topu. Jakieś koncerty „na pomniku” Wanda i Banda oraz Brama na Rynku...Ranggers grający reggae czarnoskórzy studenci z Poznania... Nieco później genialny koncert Osjana, Maciej Zembaty....Takie urywki pamiętam, wtedy jednak jeździło się do Areny do Poznania no i na Jarocin, czy Rockowisko w Łodzi. O kapelach z Gniezna już kiedyś mówiłem i nie raz pisałem. Był jednak taki czas totalnego marazmu jeśli chodzi o życie koncertowe. Paradoksalnie, mimo że za komuną nie tęsknię, ten wielki post kulturalny przypadł na czasy, przemian. Początek lat 90-tych był trudny, mało koncertów rockowych, choć jeszcze siłą inercji to właśnie rock był muzyką niezwykle popularną wśród młodych ludzi. Ze 4 koncerty w roku w MOK-u, jeszcze mniej w MDK. No częściej grywały lokalne kapele...Ważnym ośrodkiem kultury, jeśli nie najważniejszym wtedy, był Sklep Muzyczny DUO. Nie chodzi tu o to, że tam od pewnego momentu można było kupić bilety na koncerty. To było coś na kształt dzisiejszego youtube czy forum muzycznego. Większość z nas tylko tam mogła kupić lub przegrać ciekawe kasety, potem płyty CD. Do tego, nie było wtedy wujka google, ale był Leszek Chlasta, który miał sporą wiedzę muzyczną a przede wszystkim rozległą. Jeśli pytałeś np. o Living Colours to polecił ci także Janes Adictiones, kiedy szukałeś Vanilla Fudge to pytał czy słyszałeś MC'5...Tak. To było ważne miejsce i wspaniały człowiek. Kiedy startowaliśmy jako Agencja 67 było krucho. Trochę bujała Szuflada (Stowarzyszenie Kulturalne Szuflada) głównie DKF-y...Jeszcze przed 67 Abadon grał pogoteki...Jeśli porównać to co jest teraz do tamtych czasów, jest dużo większy wybór, większa oferta. No i jest Młyn. Choć przyznam, że w tamtym czasie w liceach kipiało od młodych ludzi, którzy chcieli coś robić: Banaś, Kubi, Adziu, Łysy, cała ekipa Agaty Marciniak...bliżej moich roczników bardzo aktywny był Stefan – Robert Augustynowicz, Rafał Kaczmarek, grało kilka fajnych kapel...Cała ekipa żydowsko-czerniejewska Rafał Kryszak, Staszek i Rambo Kubaszaki, Metal, Paweł Lichwała, Rolnik...Początek Tomasza Szymańskiego w teatrze Fredry przywiał do Gniezna maestro Henryka Tomaszewskiego z genialnym Snem Nocy Letniej...Break Dance z Gniezna to była siła...Był jednak pewien problem w Urzędzie Miasta, to cholerne piętno królów i świętej wieży. Pamiętam jeszcze za czasów prezydenta Trepińskiego była szansa ściągnięcia do Gniezna za same przeloty Chumbawamby, która była wówczas na topie – no nie było z kim porozmawiać...W tej kwestii jest zdecydowanie lepiej. Skończył się czas kulania babola i lepienia pierogów. Jestem w stanie jasno określić kiedy zaczął się wyłom. Jakieś podrygi zaczęły się za prezydentury Jaromira Dziela, ale się szybko wystraszył, kiedy na stadionie trochę pobluzgał 52 Dębiec...trzeba przyznać jednak, że ta impreza była kiepska. Myślę, że Darek Pajkert wniósł trochę innego spojrzenia. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to młody wykształcony pasjonat Piotr Wiśniewski zaczął wyznaczać nowe trendy, jeśli chodzi o Urzędy. Gdzieś wsparty później przez Wiktora Kolińskiego. To był punkt zwrotny, czy to się komuś podoba czy nie.

 

Czy to aby nie wzajemna adoracja?

- Boże, jaka adoracja? Piotr wie najlepiej, że nie podchodzę do niego na klęczkach. Tak przyjaźnimy się, wymyśliliśmy wspólnie kilka działań, Preteksty myślę tu o formule, nie o nazwie, do obecnej nazwy nie przyłożyłem swojego pomysłu, czy Grajki Uliczne. Warto zauważyć, że ten wyłom Piotr rozpoczynał jeszcze za prezydentury Jacka Kowalskiego, sądzę, że to nie było łatwe...Przyszło teraz nowe, wdarło się z impetem, pewnie to dobrze, mam jednak wrażenie, że trochę młodzi, piękni zakrzykują rozwagę Piotra. Oby się to czkawką nie odbiło na obecnych włodarzach. Bez gdybania jednak. KFA w tej formule jaka jest dziś, zaczyna być czymś na miarę Olsztyńskiego Lata Artystycznego, centrum miasta żyje kulturalnie nie tylko w czasie koncertów gwiazd. To jednak widać gołym okiem. Jest trochę gęsto od festiwali jesienią. Brakuje wiosennego porywu. Nie będę się dalej rozwodził nad tym, bo o tym, że jest Gamma, że jest Offeliada wiedzą od dawna wszyscy, a jak nie wiedzą to znaczy, że w dupie to mają. Proszę nie pytaj mnie o koncerty na dniach miasta, placach Wojciecha czy Rynku. Mówiłem o tym co najmniej 100 razy. Trzeba być głuchym by nie słyszeć różnicy. Bicie piany i pławienie się w zmianach lepszych, czy gorszych jest już nudne i do niczego nie prowadzi.

 

Disco Polo przeszkadzałoby Tobie na takich imprezach?

- Nie cierpię tego dymu z Disco Polo. Kretyni z mediów ogólnopolskich wymyślili temat zastępczy debatę narodową, jakbyśmy żyli w krainie wiecznej szczęśliwości i nie mieli realnych problemów. Zasłona dymna jak poseł Dolata z opłatą paliwową...Rzucono się na TVP, że jak można grać Disco Polo, promować?...”światłe” media podchwyciły porównanie Zenka Martyniuka do Ryszarda Riedla...dmuchały w ten bambus, aż świszczało...Potem jeszcze światlejsze media uczyniły z Disco Polo oręż w walce lokalnej...”Obalmy prezydenta bo nie chce Disco Polo!!!" (sarkazm). Czy ja mogę zakląć?

 

Hmmm...

- Kur...wa, nie słucham Disco Polo, nie lubię, ale to nie ma nic do rzeczy. Jasne, że są odbiorcy, paradoksalnie, jest ich więcej niż innych płatników podatków. Jeśli wydaje się kasę miasta na inne darmowe koncerty, to i słuchacze Disco Polo muszą też coś dostać. Samo podgrzewanie tej dyskusji jest głupsze niż mój lewy but. ( Nie chodzi tu o awersję do tego co lewe, mam dłuższą lewą stopę i z zasady lewy but mnie uwiera). Misja, misją – misja to np. projekt Nowowiejski na propsie. Wracając do Disco Polo to ja zapytam czym się różnią ogniskowe piosenki Riedla od ogniskowo-weselnych piosenek Martyniuka? Jak ambitną piosenką jest Czerwony jak cegła? Koniec tematu.

 

Nie lubisz Riedla?

Lubię. Miałem okazją go trochę znać...Kiedy, byliśmy na szpakowskiej pielgrzymce, pewnego dnia Szpaku (ks. Andrzej Szpak) jakoś dziwnie energetycznie prowadził mszę, mówił pięknie kazanie, a na koniec powiedział tylko, krótko, że jeden z naszych, Rysiek Riedel już nic nie zaśpiewa...do dziś czuję tę kule w gardle, a potem totalny zbiorowy płacz...Też płakałem. Są piosenki, przy których ciary na plecach, ale każdy ma swoje piosenki ogniskowe i swoje sentymenty. Kurcze rozmawiajmy o Gnieźnie...

 

Wymień z 20 osób istotnych dla kultury Gniezna dziś. Twoim zdaniem

- Moim zdaniem, to muszę się zastanowić. Wrócimy do tematu za jakiś czas...

 

CDN

 

 

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00