• Jarek Mikołajczyk

Cześć i siema – po raz dwudziesty piąty

Odkąd pamiętam WOŚP był dla mnie dniem cudów. Dniem, na który czeka się cały rok, tak jak czeka się na najwcześniejsze oznaki nadchodzących Świąt albo pierwszy dzień lata. Odliczanie do Finału rozpoczyna się u mnie już we wrześniu, kiedy zaczynam przekopywać Internet w poszukiwaniu pierwszych ogłoszeń o naborze wolontariuszy. Cieszę się jak dziecko, choć zostaje przecież jeszcze tyle czasu. I tak to właśnie jest – rok w rok. Nie wyobrażam sobie, żebym kiedyś mogła zrezygnować z kwestowania. Jak już grać to do końca świata i jeden dzień dłużej.

Nie inaczej było na tegorocznym Finale. Jak zawsze odprawa o 8 rano w naszym gnieźnieńskim eSTeDe, później wyjście na miasto i standardowo strategiczne rozplanowanie gdzie i o której pójść, które kościoły „obstawić” – nie ma obawy, wszystko w słusznej sprawie. I cały czas to rosnące podekscytowanie. A uczucie towarzyszące wyjściu na puste ulice i świadomość obecności puszki i identyfikatora – najlepsze na świecie.

Jeszcze lepszy jest moment, gdy wolontariusz skostniały po całym dniu chodzenia po jeszcze bardziej skostniałym mieście, po dniu pełnym przygód, wreszcie po dniu, który od 25. lat łączy dziesiątki tysięcy Polaków oddaje puszkę do sztabu, idzie na światełko do nieba i dociera do niego, jak dobrą robotę odwalił. I nie tylko on, bo także – a raczej przede wszystkim – cały sztab, centrala w Warszawie i sam Jurek Owsiak, mój osobisty autorytet. A wtedy rozlegają się pierwsze dźwięki koncertu w amfiteatrze na tyłach ośrodka i wszyscy lecimy biegiem, by tego nie przegapić.

Choć tegoroczny Finał był taki sam, jak te poprzednie – był jednocześnie zupełnie inny. W tym roku zrezygnowano z występu lokalnych kapel, młodych zespołów; było jakby spokojniej, ale równie odświętnie. Koniec końców to już ćwierć wieku. Zagrały nam Złe Psy, które ogółem rzecz ujmując dały czadu. Na takie koncerty chce się chodzić. Mając świadomość, że to właśnie ten szczególny dzień to chce się tam być podwójnie. Dlatego postuluję, żeby Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy grała nie raz, ale dwa razy w roku. Albo 365. razy w roku. Nieważne. Ważne, żeby do końca świata i jeden dzień dłużej.

 

zdj. 1 x Mixer & 3 x Noemi Gadzińska 

Tekst: Aleksandra Kondela

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00