• Start
  • Felietony
  • Wszystko wskazuje na to, że dzięki Pani robię to, co robię. Dziękuję Pani
  • Jarek Mikołajczyk

Wszystko wskazuje na to, że dzięki Pani robię to, co robię. Dziękuję Pani

Nie znałem polityka. Choć parę razy, gdy była posłanką, rozmawialiśmy, jednak nie o polityce. Znałem teatrolog, redaktor i wspaniałego człowieka, przy tym delikatną i piękną kobietę. Ogromny szacunek, jakim darzyła studentów kaliskiego Państwowego Studium Kulturalno Oświatowego — kierunek teatralny (dziś Państwowe Pomaturalne Studium Kształcenia Animatorów Kultury) to chyba pierwsza rzecz, o której myślę teraz.

 

Jak nazywał się przedmiot, na którym przez blisko pół roku analizowaliśmy Na pełnym morzu Mrożka, a jak ten, na którym rozkochała mnie w Burzy Szekspira? Średnio dziś pamiętam. Dyskusje, jakie wywoływała, prowokacje intelektualne, a przede wszystkim rozmowy mógłbym chyba odtworzyć w pamięci ze sporą dokładnością. Najwięcej tych przed dyplomem. Zatem dziś zawsze już, kiedy czytam Norwida, a czytam mimo wszystko czasami dość często, myślę o tych rozmowach przy pisaniu pracy o jakże dziś patetycznym nawet dla mnie tytule: Cypriana Kamila Norwida dramaturgia biała. Na ten tytuł uparłem się ja, wówczas brodaty anarchista w burłackiej koszuli. Moja promotor zgodziła się, stawiając warunek. - Jeśli treść nie będzie tak puszysta, to już niech tak zostanie panie Jarku.

Zgodziła się jeszcze na inne ekstremum, na złożenie pracy w rękopisie, tu jednak nie byłem ostatnim rycerzem kaligrafii, właściciel mieszkania, w którym się schroniłem, też pisał ręcznie.
Z tą niepamięcią nazwy przedmiotu, to oczywiście przesada, był jednak czas, gdy mieliśmy trzy różne zajęcia właśnie z Nią.

 

Norwid, jego dramaty; przenicowanie Pierścienia Wielkiej Damy, fascynacja postacią Mak-Yksa i braku konsekwencji dramatycznej czynu... Wreszcie dyskurs czy Norwid, czy Czechow ma rację. - Jeżeli w pierwszym akcie strzelba wisi na ścianie, w drugim lub trzecim ktoś musi koniecznie z niej wystrzelić. Inaczej strzelba nie powinna się tam znajdować – mawiał Czechow.
Moja promotor pomogła mi zrozumieć przez światło Mak-Yksa, że to nie prawda. W kieszeni podejrzanego miast skradzionego pierścionka zawsze można znaleźć kawałek chleba i happy end wcale nie jest śmieszny...

 

Po którejś konsultacji... Gdzieś między Rzemieślniczą a Górnośląską w Kaliszu... Chyba odprowadzaliśmy Panią na dworzec ze Śrutkiem i Młodym, a może bez...
Zapytała pani. - Czy nie myślał pan o dziennikarstwie? -
Pamiętam jak bardzo, zdziwiło mnie to pytanie. Kochałem radio od zawsze. - O pisaniu nie myślałem, bo przecież moja ortografia, przecinki, dwukropki...staram się marzyć realnie – odpowiedziałem szczerze i głupio.

Minęliśmy ten piękny cmentarz, niedaleko Rogatek i ówczesnej Bursztynowej.
- To nie jest istotą tego zawodu. Jest jeszcze korektor, poza tym na Zachodzie już dziś pomocne są komputery, niebawem tak będzie i u nas. Wystarczy odrobina uważności i skupienia – dodała Pani.

 

Nie brałem chyba tych słów zbyt poważnie. Wówczas nie brałem ich poważnie, bo jak ktoś, kto żył jak król dwa dni w miesiącu, na tyle wystarczało stypendium szumnie zwane naukowym, a potem zaglądał od czasu do czasu do Baru Mlecznego, miał brać poważnie mowę o komputerze. Zresztą wtedy trzeba było ratować gęsi chowane na spasioną wątrobę no i oczywiście Polskę, Europę i Świat od Żarnobyla... Dziś pewnie też zapominam tych słów, bo uważności i skupienia bywa, że zabraknie...

 

Nie wiem już czy to był jakiś Klub Nauczyciela, nie pamiętam nazwy tej knajpki niedaleko PSKO, tam w stronę uczelni pedagogicznej. To nie ma znaczenia. Przed oddaniem pracy recenzującej ją Teresie Czerniewicz-Skurzewskiej, której się baliśmy wszyscy, myślę oczywiście o studentach, którzy mieli problem z zaliczeniem bibliografii...
Nie zapomnę, jak szczerze się pani zaśmiała, czytając pointę pracy, wedle której bez Norwida nie byłoby Becketta, teatru absurdu, Mrożka, happeningów i Wielkiej Reformy Teatralnej.
- Tak daleko nie poszedł nawet Kazimierz Braun. Panie Jarku powinien pan pisać, być może bajki – To zdanie pamiętam i wiem, że jeszcze była niezwykle dowcipna pointa.

 

Poczułem się, jakby mnie ktoś strzaskał. Wtedy była moda na takie bitwy - zabawy słowne, których przegrany mówiło się, że został strzaskany...Takie pozytywne sprowadzenie do parteru.

A może, ta akurat rozmowa była w jednym z łódzkich bloków, chyba przy ulicy Tatrzańskiej, tego nie pamiętam, choć poszukiwanie bloku, gdy zawoziłem pracę, pamiętam.

Nie udało mi się wysłać Pani: Bajek dla mądrych dzieci i nie głupich rodziców. Choć w tym kontekście to zdanie o pisaniu bajek ma inny wymiar. Gdzieś w szufladzie leży numer Powściągliwości i Pracy, w którym pod pani redakcją moich kilka wierszy – debiut.

 

Co do polityki pamiętam jeszcze rozmowę gdzieś przy winie, byliśmy wtedy już wszyscy po dyplomie chyba u Anki Walczak w domu, raczej na pewno. Wszyscy zatem i dwaj anarchiści, których uczyła pani analizy teatralnej tekstu literackiego. Wiem, że to był jedyny raz, gdy pytaliśmy z Darkiem o internowanie i towarzystwo, nazwijmy to solidarnościowe, my kuroniowcy, michnicy wierzący też przecież w Bakunina. Wiem, że nie obraziła pani nikogo, choć zdjęła łuski opozycyjnego monolitu. A przecież kończyliśmy PSKO w czerwcu 1990 roku...

 

Potem jeszcze pamiętam maile i kilka rozmów telefonicznych. Żywe zainteresowanie mistyką teatru Sławka Kuczkowskiego. Rozmawialiśmy o idei teatru bez aktora, Simone Weil i św. Janie od Krzyża. Rodził się pomysł spotkania w Gnieźnie przy jednym z działań Teatru Wizji Czerwona Główka i Mityngu Teatralnym... Wtedy Sławek Odszedł. Nie znała go Pani, a miała czas i uważność, by o nim porozmawiać...

 

Były jeszcze dwa krótkie spotkania jedno w Wilanowie, drugie w jakimś pociągu nawet nie pamiętam skąd dokąd. Po tylu latach. Kilka zdań i padło pytanie. - Czy nadal uważa pan, że wszystko zaczęło się od Norwida?

 

Uśmiecham się teraz i do pytania i do tej Pani uważności na człowieka i do zwyczajnego dobra, którym obdarzyła pani innych.

 

Przykra to wieść i bardzo świeża. Nie umiem jednak myśleć inaczej jak tylko o nadziei na sens ludzkiego istnienia wobec tego, jak wiele może jeden człowiek.

 

Nie znałem polityka. Choć parę razy, gdy była posłanką, rozmawialiśmy, jednak nie o polityce. Znałem teatrolog, redaktor i wspaniałego człowieka...

 

Jeśli tak wiele w pojedynczym życiu piętna, które wywarła Pani, przez powiedzmy szczerze jedynie dwa i trochę lat wykładów i tych kilka późniejszych sporadycznych rozmów, a wiem przynajmniej o kilkunastu znanych mi osobiście osobach, z których pewnie każda też wie o kilkunastu... To, to właśnie daje mi pewność sensu.

I za tę pewność sensu istnienia, a nie za to, że piszę zarówno artykuły, jak i bajki chciałbym Pani podziękować. A książkę, którą dostałem od pani, pisząc pracę mam na półce przy łóżku, bardzo już zniszczona.

 

Czy tekst niniejszy jest wspomnieniem Małgorzaty Bartyzel?
Jest.

Dla mnie jest jednak przede wszystkim opowieścią o tym, że często nie zauważamy w codziennym pędzie, jak wielki jest wpływ jednego człowieka na losy, a przynajmniej jakim być może.

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

zdjęcie Małgorzaty Bartyzel profil fb.

 

PS. Ten osobisty tekst, paradoksalnie w dużej mierze jest tekstem dotyczącym kultury polskiej. Zobacz dlaczego.

Tagi: Małgorzata Bartyzel PSKO Teatr Norwid Mak-Yks Wspomnienie

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00