• Start
  • Recenzje
  • Alarm The Kurws/brutalna elegancja/szkic recenzencki
  • Jarek Mixer Mikołajczyk

Alarm The Kurws/brutalna elegancja/szkic recenzencki

Już na wstępie, trzeba jasno powiedzieć – tego krążka nie da się zrecenzować. Napierdalanka, trzaski, szmery, jakiś taki chichot na pograniczu: dobrze się zabawmy i zróbmy se awangardę – Japończycy umrą z zachwytu...To jednak nie jest tego typu hochsztaplerka! Trzeba też wyjaśnić sobie, że rozbiór intelektualny tej płyty jakikolwiek by nie był, będzie śmieszny; bo ta płyta jest śmieszna? Nie, w żadnym razie, owszem bywa wesoła i tryskająca muzycznym poczuciem humoru, Kurws nie jest śmieszne.

W czasach, kiedy słowo Alarm, sprowadzono do budzika w telefonie, Kurws zdecydowało się przywrócić pierwotne znaczenie. Alarm to Alarm, a nie alarmik. Litość to podobno najpodlejsze uczucie, na tej płycie nie ma zmiłuj.

Nagranie na setkę, to chyba jedyna droga, przy zapisie brudnopisowym. Siłą Kurws jest właśnie praca jak w szkicowniku: krótkie, energetyczne śladowe zapisy, przebłysków, pomysłów...Pociągnięte, doimprowizowane, czasem zarezykowane wzajemne dopowiadanie, w zbiorowej improwizacji. Sporo w tej improwizacji, nie tyle wzajemnego wsłuchania się w grę kolegów, ale też dobrej znajomości muzycznych przyzwyczajeń i sposobów myślenia.

Świeżość Alarmu to w dużej mierze granie intuicyjne, wyprzedzanie dźwięków, jeszcze nie zagranych i błyskawiczne, choć zaskakujące niekiedy odpowiedzi. To nieco inna muzyka intuicyjna niż The Intuition Orchestra, mniej tu jazzowo noise'owej ściany dźwięków, to inny rodzaj rzeźni, pojedyncze dźwięki dominują mimo pewnego natłoku. Być może rzecz przede wszystkim w selektywnym brzmieniu, a trochę też w szacunku do ciszy. Obok niemal punkowego naparzania, są momenty prawie bezdźwięczne. Dość dynamiczne żonglowanie polirytmią, i ogólnie samym rytmem, frazami i motywami, czasem stylem, sposobem gry - mimo wielu momentów, które już gdzieś słyszeliśmy, chyba - się kojarzą - nie słyszymy tu jednak jakiś przeniesień, nie ma skali 1:1. Jeśli znamy, albo zdaje nam się, że znamy jakiś ciąg dźwięków, brzmień czy uderzeń, to zaskakują nas połączenia i odpowiedzi innych instrumentów.

Oury Jalloh – można śmiało powiedzieć intro. Takie portowo-dokerskie dźwięki gdzieś między Karlheinz Stockhausen, Pluramun, a stylistyką György Sándor Ligeti. Przedziwne glisanda. Miłe złego początki?

Nagonka – błyskawiczny wpierdol, bez uprzedzenia. Ten totalny prymitywizm basu, rozkłada na łopatki, japońskie granie na bębnach i neurotyczna gitara, grana na krótkich szarpnięciach...Coraz większy trans. Muzyczny walec, rozpędza się, rośnie dziki prymitywny wKurw...W temacie Japonii, paradoksalnie bliżej Boredoms niż Ruins. Więcej tu zabawy na granicy punka i jazzu niż emo core. Choć momenty przesuniętego walczyka przeplatają się z totalną ścianą. Dynamika i ekspresja w najczystszym rozumieniu...Około 5:30 wszystko ładnie spuszcza powietrze, by zejść prawie tykaniem zegarka.

Mieć ciastko i zjeść ciastko – no jakby ktoś ustawił sobie taki alarm w budziku, nie zaśpi choćby noc miała tylko kwadrans. Budzik zresztą odzywa się przed bębnami. Tym razem bas brzmi głęboko, ogólnie po prostu kocioł i warsztat ślusarski w garażu. Cudownie klasyczne naparzanie, zgrzyty, arytmia, polirytmia, Sajgon jak w czeskiej kreskówce z lat 80. tych Psi żywot, tylko mniej "ładnie". Jest moc i prawie otoakustyka jest. Zdecydowanie daje po twarzoczaszce jeśli słuchać głośno zwłaszcza w zabudowanych słuchawkach.

W wolniejszych momentach transmisja z pracy kuźni połączona z tybetańską medytacją bon i wnętrzem wielkiego zegara. Piękny kawałek, rzecz jasna jak ktoś chce to się przy nim zmęczy, paradoksalnie jednak tyle tu zwrotów akcji i poczucia humoru, że równie dobrze może to być muzyka relaksacyjna. Nie mylić z elektro-szumami new age i innym pseudoduchowym puszczaniem bąków. Jest mięcho...bezkrwawo, może nawet vege, ale konkretnie. Tak po połowie, robi się speed jak Atari Teenage Riot tylko z dużo głębszym brzmieniem, bez digitalnego wysokiego szurum burum. Słuchanie na maksa, może wyrwać membrany i poluzować potylicę. Jest w tym też trochę dzikiego grania jak Guili Guili Goulag. Piękny kawałek.

Bez dwóch zdań najczęściej włączam tu repeat, repeat, repeat

 

Eliminacje – Siarczyste industrialne dźwięki w pierwszych 15 sekundach...Dobra potem chce się wrzeszczeć: nikt nie wygra nikt nie wróci nikt nikogo nie zasmuci. Już wiadomo dlaczego niektórzy krytycy tak się przypięli tego pierwiastka punk w Kurws. Może tam nawet bardziej wojna z Idzie wojna Siekiery. To już nie jest jazda po bandzie, po bandach zostają wióry. Jest też kilka mocnych kawałków CAN, których echa słychać w tym emocjonalnym szaleństwie. No i jest tu coś z Tortoise z najbardziej rozpędzonych wersji TNT.

Triumf niewoli, kilka błyskawicznych skojarzeń rozpiętych między hc/punkiem, Ruins czy bezwstydnie zmiennym Boris. Taki kawałek, który mógłby być hymnem szkoły na Julinku, albo soundtrackiem koszmaru z clownami. Trochę przerysowane cyrkowo newcountrowe granie na początku, przechodzi jednak w niesamowitą moc rytmów, głębokie bębny - jak w jakiejś trash metalowej perkusyjnej młockarni. Rozpędza się to z takim echem, że słuchacz zastanawia się kiedy ten pędzący pociąg się wykolei i zmiażdży mu uszy...

 

Zamierasz, albo wpadasz w dziki trans. Nikt nie pyta czy masz dość.

Karuzela aż po wrażenie, że urwiesz się z łańcucha. Bezlitosne granie, dla bezlitosnego słuchacza. Alarm to Alarm a nie alarmik, już to chyba napisaliśmy....I ten miażdżący bas, rytmiczny zgrzyt gitary, wrażenie jakby ktoś wepchnął łom pomiędzy rozpędzone zębatki...Aż chce się żyć...energia rozpiera, rozsadza strukturę utworu, teraz dali sobie Kurwsi wspólnie odlecieć...Koło 8 minuty zaczynamy wracać na ziemie, nie żeby od razu czysto, harmonicznie, melodyjnie, ale podchodzimy do lądowania...To jednak nie koniec, u zejścia znowu cyrkowo, mocno z rozpędem: klaksony zgrzyty i rytm...”Zgodnie z tradycja łowiecką na polowaniach stosuje się wiele sygnałów, które mają na celu przede wszystkim usprawnienie prowadzenia polowań zbiorowych i ułatwienie zachowania bezpieczeństwa na tych polowaniach. Następnie gra się sygnały wszędzie tam gdzie mogą one pogłębić przeżycia myśliwskie i upiększyć polowanie

Przepraszam. Umarłem. Spadłem z krzesła, nie żyję, sygnały mnie upolowały. Kocham tę płytę.

Tańce na wulkanie – jakie mechaniczne-afrobeats. Brzmi to jak płyta Osjan ta grana na garnkach kuchennych. Aborygeni w cudnej polirytmii na pośladkach tak nie zagrają. Bardziej to zresztą Syberia, albo mongolscy szamani. Rzecz jasna tak brzmi początek. Bo nie było by Kurws sobą gdyby za zakrętem nie czaiły się jakieś dziwno śmieszne wymyki. Gonitwa dźwięków, spowolnienia i urwania, mały łomot bębnów i basu, jakieś pojedyncze pociągnięte dźwięki gitary, echa, tła...gdzieś przez mgłę kiedy wraca ściana dźwięków majaczy zupełnie od czapy pewien magiczny koncert oglądany na VHS Vladimir Chekasin & Vladimir Tarasov live at Novosibirsk...Tyle, że tam jest jakoś subtelniej, grzeczniej, a tu frontalnie, tyralierą do przodu...monumentalnie patetyczna napierdalanka, przepina się z motoryką iście pożyczoną z Toy Dolls. Żywa antyteza Minim Experiment. No raczej maximum power trio. Choć na płycie to więcej niż trio.

Właśnie gdzieś w tej próbie recenzji uciekł mi sax...a jest przedni, cholernie nieoczywisty. Myślałoby się samo jak pojechana muza, to saksofon musi lecieć co najmniej Zornem, jeśli nie Coltrane - a tu może nie nic z tych rzeczy, a jednak niewiele.

To wszystko co momentami wgniata, w innych fragmentach pozwala odetchnąć, szalenie niewydumana muzyka. Jeśli ktoś nazwałby to eksperymentem, to było by to najgłupsze możliwe określenie. Na pewno nie jest to eksperyment myślowy. To raczej jedna wielka gra, zagrywanie się, z jednoczesną żelazną konsekwencją w dekonstruowaniu tego co zespół nabudował gdzieś po drodze.

W tym budowaniu struktury raczej na rytmach niż melodii i harmonii, na brzmieniach pojedynczych dźwięków nawet w ogromnej ich masie, a nie na ciągach - rodzi się pytanie kiedy w to wejdzie jeszcze Luigi Russolo z uluratori, albo chociaż taki Yuri Morozow czy Velimir Khlebnikov...To jednak jest nieco inny rodzaj ekspresji. To co staje się siłą Kurws, to jednak ten akustyczny trzon transu, żywe granie, którego nie przykrywa elektronika.

Alarm to niezwykła płyta. Kurws do granic rozpina na linie zabawę z repetycją, ciuciu babkę z pamięcią słuchacza, już daje się rozszyfrować by zmienić kierunek...Jest w tym moc najpotężniejszych płyt CAN, poczucie humoru Franka Zappy i ten transowy walec...Prawdę powiedziawszy to chyba brutalna elegancja.

Jedna z ciekawszych polskich płyt kilku ostatnich lat. Niezwykle jazzowa w korzennym rozumieniu jazzu jako improwizacji zbiorowej, a jednocześnie cudownie nie-jazzowa, nie-solówkowo-wirtuozerska. Zero baroku, jeszcze mniej rokoko. Flaki bez oleju. Zagrane z trzewi i z serca, a nie z dupy i głowy. Zgrzyta, chrzęści, chrobocze stuka – taka instrumentalna onomatopeja mistrzów.

I o to chodzi, bo jak prać słuchacza po pysku, to nie przepraszać, nie głaskać...Kurws idzie od pierwszego gongu na  knockout, to i do ostatniego liczenia nie cofa się i nie próbuje obłaskawiać. Za tymi ciosami Kurws nadążają Piotr Zabrodzki, Jasiek Wroński z mixem i masteringiem. 

Tak zaliczam maty. Jak cudownie być czasem sprowadzonym do parteru.

Tej płyty nie da się zrecenzować. I to jest najwspanialsze uczucie, a nie powiatowa orkiestra dęta. 

 

Alarm - Kurws

Gusstaff Records 2017

1. Oury Jalloh (1:00)
2. Nagonka / The hunt (8:05)
3. Mieć ciastko i zjeść ciastko / You can't have your cake and eat it too (9:06)
4. Eliminacje / Eliminations (7:17)
5. Triumf niewoli / Triumph of the unwill (10:47)
6. Tańce na wulkanie / Dances on the volcano (3:43)

Oskar Carls - saksofon, krowi dzwonek
Hubert Kostkiewicz - gitara, taśmy, głos
Jakub Majchrzak - gitara basowa, taśmy, głos
Dawid Andrzej Bargenda - perkusja, marakas, głos
Gość specjalny: Ewa Głowacka - głos (6)

Nagrania: Piotr Semiras, Artur Soszyński
Miks: Jasiek Wroński, the Kurws 
Mastering: Piotr Zabrodzki, Jasiek Wroński
Prace graficzne: Stachu Szumski

 

 

Jarek Mixer Mikołajczyk 

 

Tagi: Jarek Mixer Mikołajczyk Alarm Kurws

Skorzystaj z okazji, by zobaczyć nagradzane i doceniane przez krytyków polskie filmy. Dzięki projektowi „Kultura Dostępna w kinach” w każdy czwartek o godzinie 18:00 bilety kosztują jedyne 10 zł dla każdego.

Królewicz Olch

Kino Helios
Czwartek 14 grudnia 2017
godz. 18:00

POLANDJA

Kino Helios
Czwartek 21 grudnia 2017
godz. 18:00

Volta

Kino Helios
Czwartek 28 grudnia 2017
godz. 18:00