• Start
  • Recenzje
  • Nie wiem – Variété/ jest tylko jedno Variété! /szkic recenzencki
  • Jarek Mixer Mikołajczyk

Nie wiem – Variété/ jest tylko jedno Variété! /szkic recenzencki

Wspominać to tak jak umierać – śpiewa w Foliowych workach Grzegorz Kaźmierczak. Zostawiamy więc daleko w tyle tę powtarzaną jak mantrę: zimno-falową legendę Variete, legendę Jarocina, porównania do Curtisa i inne pisane przez fanów na kolanach etykiety...Nie będą nam potrzebne, co ważne nie są też potrzebne Variété. Nie wiem – przynosi ponoć zupełnie inne, nowe Variété.

 

Tak gdzieś czytałem. - Nie sądzę.

 

Być może Nie wiem jest, postawionym wprawdzie późno, kolejnym krokiem po bodaj najważniejszej dotąd płycie Variété. Na szczęście było jeszcze tych kroków kilka przed Nie wiem.

Tylko dlatego, że jak napisał Grzegorz Kaźmierczak, a my powtórzyliśmy za nim, wspominanie to trochę umieranie; ucinamy ten wątek, jedynie przypomnieniem: Klaszcze w dłonie, Zielonookie Radio Romans – słyszymy jak tam pracuje gitara, jaka jest motoryka transowej sekcji? O liryce wierszy z tamtej płyty – wspominać to po prostu grzeszyć truizmem...Skoro to słyszymy, to jasnym jest, że to właśnie Nie wiem jest w prostej linii kontynuacją, ciągiem dalszym płyty Variété, tej z pięknym zdjęciem klatki schodowej na okładce. Tego Variété, które przestało być monumentalnie mroczne, i zaczęło malować smutek i nostalgię, a może tęsknotę nieco już jaśniej.

 

 

Tak padłem na kolana w Jarocinie w 84 roku, bo „krzyż rozłożył bezsilne ramiona gdy składając ręce pytałem o drogę”...ale nie tkwię już przecież w tym samym piachu...

 

Jeszcze też jest sprawa, że przecież nie było żadnych rozdartych szat i nerwowej sytuacji. Przed Nie wiem były inne płyty, a ów nowy materiał, zaczął się już na płycie Nowy materiał. Basta z tymi wypominkami.

 

 

Palę pod – singlowy kawałek. Delikatnie transujące wejście w płytę. Wyrazista motoryka sekcji, z niepokojącą gitarą, Grzegorz Kaźmierczak z pozornie nieistotnego mamrotania tekstu przechodzi do śpiewu. Kompozycja idealna do słuchania w oknie pociągu, za którym to oknem powtarzalność obrazów i przemijanie.

 

Jak pory roku

przewijają się widoki

resztki win i zimnych dań

z wczoraj

młodzi pozują

starzy się blokują

zapętlona taśma

świata sunie

 

Świetnie płynie tu saxofon, Kuba Więcek gra na granicy muzyki z elewatora, nie sięga jednak po stylistykę Candy Dulfer. Jeśli nawet utwór staje się przez to wczasowym lounge songiem, w sam raz na wschód słońca nie ciąży w stronę smooth jazzu. Variete nie boi się jazzu od dawna, nie udaje jednak, że go gra.

 

 

Rzuciło się gdzieś w oczy porównanie do Kilimanjaro Darkjazz Ensamble czy słuszne? Szkoda czasu na polemikę, zdecydowanie bliżej muzyków z Utrechtu było tzw. stare Variete, a ustaliliśmy, że o nim nie piszemy, bo Variete jest jedno.

 

Ambient zapewne jest i w Palę pod, jest chyba bliższy koncepcji Briana Eno niż mrocznym ambientom KdjE. Variete jazzuje to prawda, ale nie czyni z jazzu podwozia. Przynajmniej nie przy pierwszym kawałku. To raczej jazzowa świadomość - koncepcja muzykowania.

Jestem przerażony i wolny

 

Ejła – drugi na płycie. Powolny walec, powtarzających się, niedokończonych fraz muzycznych. Delikatnie rozwijające się granie, w którym nikt nie góruje nad nikim, piękna potoczystość, gitary, basu i bębnów. Idealne Slow Motion o krystalicznym brzmieniu. Gitara, której prawie nie ma, a która gdzieś podskórnie wybucha niepokojem, z czasem kawałka zapętla jeden dwa dźwięki więcej, a jednak jest wrażenie narastania kawałka. Jeśli nawet pojawia się neurotyczność, to raczej w motoryce zamglonych dźwięków. Momentami tylko wyłaniają się klawisze z synth popowym powietrzem, które i tak snuje się jak całość dużo wolniej...Wokalnie, bez wymuszonej delikatności, i kompletnie bez patosu. Kaźmierczak, te swoje wiersze, bo to z pewnością są wiersze, wyśpiewuje mimochodem. Dzięki temu Variété, staje się raczej stanem niepokoju niż zamroczenia.

 

Robiłem już wszystko

i nigdzie nie chciałbym wracać,

niczego powtarzać

 

Grzegorz Kaźmierczak konsekwentnie mówi prostym oszczędnym tekstem. Pewna lapidarność sprawia, że mimo gęstości konkretnych słów, czy krótkich fraz, wcale tekst nie staje się enigmatyczny. Ejła niezwykle silnie kojarzy się z Last Minute z płyty Nowy materiał. Nawet jeśli podobnie śpiewany tekst, tam opiera się momentami na przeczeniu.

 

Nie byłem w więzieniu

nie nawróciłem się

i nie dbam o new age...

 

Różaniec –Stosunkowo dużo dzieje się tu dźwiękowo. Brzmieniowo majstersztyk, proporcje, doskonałe. Kompozycyjnie wspaniały efekt wywołuje usytuowanie klawisza – syntezatora jakby niezależnie, gdzieś obok reszty. To przydaje pewnego nerwu, kawałkowi, który tylko pozornie jest dobry na chillout. Mnogość dźwięków, które nawet w zwyczajnych kolumnach brzmią jak w monitorach odsłuchowych bliskiego pola, co najmniej Behringer B2031A Truth.

 

Piękny stan poddenerwowania saksofonu i syntezatora. Wokal mocno stopiony z instrumentami, a jednak tak jakby szeptany wprost do ucha. No i nie boimy się delikatnego zdubowania, pewnych elementów. Adrian Maxwell Sherwood, też czasem bywa delikatny. Jeden z mocniejszych punktów płyty. Tekstowo bardzo blisko wspomnianej już płyty Variété. Niezwykle słyszalne dobieranie słów w tekście, również pod kątem brzmienia ich samych - choć nie jest to jeszcze Eufonia, choćby dla tego, że Kaźmierczak nigdy nie przestał być poetą treści.

 

Ten świat nie ma końca

 

Trasa W- Z. Ktokolwiek wsłucha się w bas w tym kawałku, nigdy nie pomyśli już, że jest jakieś stare i nowe Variété. To wciąż ten sam zespół – tyle tylko, że świat nie stoi w miejscu. Wejście w numer delikatniutkie, a po chwili gniecie nas bas, bardziej gniecie nas transem i tym co rytmizuje niż potęgą, brzmień – to prawda. No i ten saksofon Kuby Wiecka: jak on pięknie maluje? Trochę orientalnie, gładko miejscami, nie słodko, nie ma tu Marcina Nowakowskiego..Ponownie zdobycze dub, Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości co do znaczenia gitary w Variete – no to teraz mu gra pięknie oszczędnie i poetycko. Jak tu mało tekstu...ale ten rozsypany cukier, statki, a w tle pęka Trasa W-Z.

 

Tak wiem inna stylistyka, pozornie inny ciężar tekstu też...a jednak tak jakoś mimochodem Klaszcze w dłonie by było mnie więcej...i nie przeszkadza mi, że tylko ja słyszę tu trochę Lamb.

Absolutnie piękny utwór. Cholernie plastyczny.

 

 

Kina – motoryka bębnów i basu, na wejściu, jakże piękne, charakterystycznie dla Variété. Gitara niesie niepokój, taki gdzieś z tyłu głowy, bez muzycznej epilepsji. Delikatnie indyjski strój...Kaźmierczak w tym wszystkim śpiewa trochę jak przy goleniu, a trochę jak by to była scena balkonowa Romeo i Julia...Dokładnie to opisał w Klaszcze w dłonie – ten kawałek to taki stan, gdy nie ma wątpliwości dusza jest po to by nie wytrzymać. A przecież On śpiewa i to jak śpiewa tę mantrę:

Hej po co ciągnąć kina te

jak wyblakłe stare taśmy met

bunt ma przecież tylko wtedy sens

kiedy wygrasz

powiesz

kocham cię

kocham cię

świecie

 

Nadruk – przestrzeń gitary, płynie na szczęście nie robi się kalka Pink Floyd bliżej tu Chrisa Dawkinsa z Nightmares on Wax . Bębny niby tak sobie, tak bezsilnie, a jednak metronom. I robi się w głowie człowiekowi trans, bez szaleństwa. A co tu zrobił bas? Nie da się opisać – słowa stają się puste. Coraz silniej słychać na tej płycie dbałość już nie tylko o melodykę, harmonię - ale o brzmienie pojedynczych dźwięków...Jest powtarzalność i przemijanie. Dźwięki unoszą się jak bańki mydlane, by pękać jakoś tak przedwcześnie...Potoczysty kawałek. Idealny na powolna pobudkę po pięknej nocy...

Staje na poboczu

jest

upalna

letnia noc

wyginam

w łuk spocone plecy

mam przed sobą siedem

wolnych dni...

 

Foliowe worki – każdy ma swój klucz do płyty, a może wytrych, który otwiera zrozumienie krążka. Nie są w odosobnieniu, ci, którzy pokochali Nie wiem za Foliowe worki. Kaźmierczak śpiewa tu pięknie, pastelowo. Nie tylko tekst niesie plastyczną ruchomość, i taneczność...Wspaniałe tła i ponownie transujące jak zegar na ścianie, powtarzalność, przemijanie...Niesamowicie słucha się tego stojąc na korytarzu pociągu pośpiesznego wieczorem. Trochę The Doorsowy początek i to wcale nie jest złudzenie klawiszy. Wreszcie te najważniejsze (dla mnie) słowa na płycie:

Wspominać to tak jak umierać

 

Kolejny absolutnie skończony, czysty, piękny utwór...Jeśli dla wielu wspomniane już Klaszcze w dłonie to absolut, no to mamy kłopot starzy fani weterani – dobitnie ta sama wartość, wrażliwość i Piękno nawet jeśli nieco inna forma.

 

 

Najpiękniejsze miejsca – jeden z dowodów na to, że płyta to całość, że coś wynika zawsze z czegoś. Układ płyty nie jest wynikiem rzucania kostką, nie jest też układany przez „mejdżerców” i innych muzycznych „komiwojażerów”, którzy myślą o sprzedaży i lajkach. O całości za chwilę. Kontynuacja również tekstu Foliowych worków, może rozwiniecie...

Kiedy mnie pytają

gdzie najlepiej było mi

o najpiękniejsze miejsce

odpowiadam nie wiem...

 

Kanapy –

Kładę się w tym strumieniu na plecach

jakbym chrzcił się ale nie

wypłukuję z siebie złoto

prąd układa włosy

 

Tekst magnetyzuje, muzyka płynie – totalną spójnością. Trochę inaczej pracuje rytm, choć wciąż jest to rozkręcanie walca, który nigdy nic nie zmiażdży. Bas i gitara wypełniają przestrzeń. Owszem gitara tu szuka w innych rejonach niż w poprzednich kawałkach, zwłaszcza gdzieś po połowie Kanap. I dalej ten Kaźmierczak prowadzi swój dziennik czułego obserwatora, prozaicznych zdarzeń. Prosto nie znaczy wulgarnie.

Sofy w firmie są tak nieprzyjemne

ze skaju łatwo można zmyć

krew alkohol spermę

patos znaczy cierpienie

 

To jest ten sam poeta, który zauważa blisko 20 lat temu, że wiara odchodzi jak srebro od lustra. Codzienność przestaje być błaha, choć przecież, autor – uważny obserwator, jej nie upiększa.

 

Pod dzikimi jabłoniami – jakie To świeże, jak zwiewnie roztańczone, a jednocześnie jak To pobrzmiewa Zielonookim radiem romans muzycznie, może nieco dostojniej, pogłośniej, wolniej i piękniej.

Niesamowita mini suita. Ten zegar rytmiczny nieco slow, przecinany gitarą, delikatną, kruchą i piękną – rośnie i rośnie bez pospiechu. Zakończenie niebywałego kawałka, nieoczywiste, choć zdaje się być naturalne...Nie ma cienia wątpliwości powiedzmy to raz jeszcze jest tylko jedno Variété

 

Tekstowo? No nie da się nic, a nic o tym sensownego napisać. Wszystko będzie jakieś takie miałkie...Zbitka skojarzeniowa:

Jeżeli miłość nas połączy

będziemy diamentowym piachem

 

Dla wielu najcięższe pod względem treści wersy Kaźmierczaka. Zgoda do teraz, do tych wersów z ostatniego utworu na Nie wiem:

Nie ma niczego większego

od ciebie i ode mnie

kiedy patrząc w górę

kiedy patrząc w górę

patrzy się w głąb...

 

Pod dzikimi jabłoniami

nie ma grzechu

kiedy patrząc w górę

kiedy patrząc w górę

patrzy się w głąb...

 

 

Zatem.

Jest tylko jedno słowo, które definiuje tę płytę. Generalnie porównania i skojarzenia, to takie rzucanie lotek w Darta. Rzecz jasna rodzi się gdzieś w głowie: jazz, trip hop, alternatywa, acid jazz, trochę mimo wszystko zimnej fali.

Kołaczą: Massive Attack, Lamb, górnolotnie gdzieś (raczej w odniesieniu do szacunku do dźwięku i do ciszy)...Miles Davis...

 

Więc po cholerę te porównania, te skojarzenia? Zwłaszcza, że Variete kompletnie płynnie kompiluje gatunki, sklejając je w jedno  totalnie konsekwentne i rozpoznawalne brzmienie. Brzmienie Variete.

 

Warto, rzecz jasna wspomnieć, że tu nic nie dziwi, świadomość brzmienia, również własnego śpiewu jest pełna u Kaźmierczaka realizatora. Ta cholerna spójność, to też ogromne zrozumienie, to pewien słyszalny rodzaj pracy wspólnej na utworem. Tworzenie utworu, a nie odgrywanie kompozycji...

 

I jeszcze pewnie Variété zawsze miało dobry bas - Korybalski gra dobre Variété. Karnowski i Maciejewski to podobna glina do Kaźmierczaka – poeci, szefowie projektów, czy raczej zespołów...Podobnie też wpatrzeni w siłę brzmienia.

 

Zatem czas przestać się miziać, egzaltować i pindraczyć.

Potrzebne jest tylko jedno słowo.

Piękno.

Tak bardzo boimy się słów, które mają znaczenia

to Piękna płyta.

 

Nie wiem - Variete

Agora 2017

1. Palę pod
2. Ejla
3. Różaniec
4. Trasa W-Z
5. Kina
6. Nadruk
7. Foliowe worki
8. Najpiękniejsze miejsce
9. Kanapy
10. Pod dzikimi jabłoniami

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

Tagi: Variete Nie wem Grzegorz Kaźmierczak

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00