• Start
  • Recenzje
  • Spektakl podwyższonego ryzyka – Solaris u Fredry (szkic recenzencki)
  • Jarek Mikołajczyk

Spektakl podwyższonego ryzyka – Solaris u Fredry (szkic recenzencki)

Kiedy się sięga po genialną prozę by ją przenieść na deski, to jest to niewątpliwie zabieg ryzykowny i trudny. Równie dobrze, można wzbić się w przestworza, co popłynąć w rynsztoku tandety. Taki spektakl podwyższonego ryzyka, zdecydował się wystawić Teatr im. Fredry w Gnieźnie.

Solaris Stanisława Lema to dla miłośników fantastyki dzieło pomnikowe, dla literaturoznawców po prostu kanoniczne. Jedni i drudzy to środowiska bezlitosne i krytyczne do bólu. Sprawę potęguje też realizacja filmowa, oceniana różnie, wdrukowana jednak w świadomość odbiorcy choćby przez to co zrobił George Clooney z Krisem Kelvinem...

Podjęcie ryzyka samo w sobie, może być przejawem odwagi, albo brawury – to nie jest to samo. Teatr powinien być odważny, „Fredro”, od kilku lat, nie unika tej postawy. W całym tym czasie, który niektórzy nazwali Gnieźnieńską Wielką Reformą Teatralną, może raz zdarzyła się u Fredry artystyczna brawura (czytaj głupota) i raz użyto śmieci w teatrze. Po za tym mamy tu do czynienia z niezwykle rzetelnym teatrem.

 

Zdaję sobie sprawę, z permanentnego nadużywania słowa rzetelny, tak się jednak składa, że ma ono ogromną wagę w czasie, gdy często dominuje w sztuce hochsztaplerka i zwyczajne pirdulajdum klajstrum. Po za tym jeśli użyję słowa równie adekwatnego na określenie dobrej roboty – akuratne można mnie będzie posadzić o separatyzm wielkopolski.

 

Zatem.

Bez absurdalnego stopniowania napięcia. Ten balans na pograniczu, udaje się ekipie gnieźnieńskiego Solaris w pełni.

Dlaczego nie wstałem do owacji? Dokładnie sam nie wiem, Tymek podpowiada, że nie zawsze musimy być pierwsi. Dodaje jednak, że było to na tyle dobre by wstać, ale chyba nie, żeby zrobić to jako pierwsi. Może zabrakło kilku milimetrów? Nie wiem. Prawdę mówiąc chyba żałuję, że siedziałem taki trochę rozbity...

 

Teatr, znaczy budynek teatru, to scena już od wejścia. Kiedyś koncepcja bardzo powszechna, dziś widz nie często już w Foyer dostaje obrazem z telewizorów i Kalinowskim. To krakowskie zamiłowanie do grania nie tylko na scenie, na moment też odwraca głowę widza w stronę lewej loży na balkonie. Spokojnie karku nikt sobie nie skręci. To tylko chwila, scena krótka i treściwa jak duet Zaniewski – Hązła. Rzecz jasna, aneksja loży i foyer na przestrzeń gry, jeśli jest przejęciem dla samego przejęcia może się zawsze okazać tanim zabiegiem ku zadziwieniu, publiki, która nie często do teatru chadza. Gdyby więc nie zadziało się na scenie, tak jak się zadziało, były by to zwyczajne hopsztosy. Po raz kolejny ryzyko się opłaciło. „Scena balkonowa” poszerzyła przestrzeń niejako rozszerzyła kosmos, co przy Lemie fantastycznie istotne. Działania w foyer coś na kształt intro, nie musi być, ale może. Coś wnosi, niczego nie psuje.

 

Zatem.

 

Premiera ważna, nie tylko ze względów artystycznych. Pierwszy spektakl po remoncie Fredry. Funkcjonalna, bardzo mobilna widownia – sprawdza się zwłaszcza gdy trzeba pewnej kameralności. Sound przemocny, sprzęt przedmuchany po raz pierwszy przez Macieja Szymborskiego, konsultanta zakupu i jednocześnie kompozytora muzyki do Solaris i reżysera dźwięku. Nareszcie w teatrze Fredry reżyser dźwięku. Nareszcie też zero dźwiękowej siermięgi.

 

Nie znoszę mikrofonów w teatrze. Aktor albo jest albo nie jest aktorem. Wszelkie: kule, podpórki, laski, triki i ułatwienia irytują z zasady. Irytują mnie rzecz jasna.

 

 

Pozostając przy technice i technologiach, których tu sporo...Mikrofony, niewidoczne, poza delikatnie zauważalnym Aster Haile. Aktorzy w zupełności dają sobie radę bez nagłośnienia. Nie ma mowy o jakimś podpieraniu się. Momenty, w których ukryte sitka zbierają głos dopełniają jedynie u widza wiarygodność stacji kosmicznej.

 

Wizualizacje zazwyczaj bywają w teatrze od czapy i nieśmieszno-śmieszne, jak nieudolne koszmarki na katedrze gnieźnieńskiej podczas Koronacji Królewskiej Anno Domini 2017. Sama już konstrukcja przestrzenna zawieszonych nad sceną ekranów komponuje się z Solaris jak: gwiazdy, planety, komety i meteory - nierozerwalnie wpisane są w kosmos. Słowo kompozycja jest tu zresztą kluczem myślenia o sztuce. Vctri Studio nie funduje nam, ani pseudo mapingu, ani quasi wizualizacji z Windows Media Playera. Rozedrganie wizualizacji na tych: ekranach-gwiazdach, ekranach-planetach, ekranach-meteorach - nie ma nic wspólnego z popisywaniem się, że mamy w teatrze super rzutniki i turbo projektory. Technologia multimediów jest częścią kompozycji spektaklu, nierozerwalną zarówno z akcją dramatu, jak i z muzyką. O tej za kilka akapitów.

 

Zdjęcia. No właśnie, ze zdjęciami wykorzystywanymi w spektaklach, to w polskich teatrach najczęściej jakiś dramat jest i nie o taki dramat w teatrze chodzi. W fredrowym Solaris widz pozornie nie dostrzega zdjęć jako zdjęć, stają się nierozerwalną częścią składową spektaklu. Sklejają się ze scenografią, z treścią, z muzyką i z grą aktorów tak jakby zdjęcie było składową języka teatru już przed dagerotypią. Jest też, ten piękny moment, w którym po raz drugi w dziejach teatru realizuje się postulat Simone Weil, która napisała kiedyś, że jeśli teatr ma być naprawdę poruszający winien być nieruchomy. Tekst Lema opowiadający niemal wprost o pogromie i o potwornych egzekucjach pojawia się niejako z offu, w momencie aktorskiego niedziania się.

Dramat dzieje się na zdjęciach zrobionych przez Dawida Stube w industrialnej przestrzeni gnieźnieńskiej parowozowni. Zdjęcia skłębionych nagich ciał aktorów, patynowane, zbrudzone - budzą emocje bliskie dokumentalnym fotosom z Auschwitz, Katynia, Wołynia...Równie dobrze, może to być Aleppo, czy Irak...

Ten jeden z piękniejszych momentów spektaklu uwypukla pytanie jakie zadaje za Lemem Elżbieta Depta – młoda reżyserka. Pytanie o to gdzie są granice człowieczeństwa... Rzecz jasna właśnie umiejętne wkomponowanie zdjęć w treść, scenografię i dźwięk – muzykę, czyni z rzuconych na ekrany fotografii scenę teatralną.

 

 

Sound i muzyka. Po raz pierwszy u Fredry, ale też nie często tak dzieje się na innych scenach nie tylko w naszym kraju, brzmienie i kompozycja potraktowane są na równi. Słychać, że kompozytor jest w pełni świadomy, że samo rozpisanie na papierze nutowym utworu czy jego partii lub rozplanowanie w programie do emisji dźwięku - to suchar jak z kabaretu w TVP. Bez komponowania pod konkretne brzmienia, po prostu czasami w teatrze coś nie brzmi. Rzecz jasna od lat przy elektronice podejście stricte melodystyczne to trochę jak dzwony rurowe Oldfielda albo nawet wczesne Kombi. Jasna rzecz ale czy oczywista? No raczej, raczej nie. Maciej Szymborski po raz kolejny robi muzykę dla gnieźnieńskiej sceny. Jeśli nie słychać w tym Potty Umbrella czy Something Like Elvis – to nie ma znaczenia. Słychać w tym niezwykłą plastyczność trafioną w punkt korelacje obrazu i muzyki. Obrazu nie tylko tego, który na ekranach ale i tego jaki widz obserwuje na scenie.

 

Marek Tybur, niespełniony, choć wspaniały saksofonista jazzowy, wykładowca historii sztuki i scenografii w małej szkole dla lalkarzy, scenograf wrocławski i notoryczny kiedyś bywalec wrocławskiej Rury, mawiał, że jeśli wychodząc ze spektaklu pamiętasz tylko muzykę, to kompozytor coś spieprzył. Dodawał jednak, że jeśli nie pamiętasz jej wcale to muzyki nie robił kompozytor.

 

Zatem.

Niezwykle ilustracyjna, a jednocześnie niedosłowna ścieżka dźwiękowa. Dobra znajomość akustyki sali i możliwości sprzętu. Muzyka, która wtapia się w spektakl, jest jego częścią – współtworzy język teatru. Kolejny doskonały fragment tej układanki jaką jest Solaris w realizacji gnieźnieńskiej.

 

Scenografia. Nie da się jej określić inaczej niż przymiotnikiem, który mówi w tej sprawie wszystko. Robota Agaty Andruszyn – Chwastek jest w 100 % lemowa. Kosmiczność scenografii narzucona co jasne jest przez sam wybór Solaris, Lema i fantastyki. Odrobinę bałaganu jak z perelowskiej budowy - z lewej strony sceny, pakamera – kanciapa gra świetnie. Rusztowania – łóżka, wzbogacają przestrzeń gry. Chyba tak właśnie to powinno wyglądać. Kostiumy lemowe również. Choć kostium i makijaż – maska Aster Haile mistrzowskie jak ten jej mało tu wykorzystany mezzosopran.

Gra aktorska. Po pierwsze jest to gra, a to ważne. Aktorzy nie drepcą, nie wyczekują na swoje kwestie. Ta gra jest o tyle trudna, że większość spektaklu to dialogi w duetach. Mała obsada nie daje komfortu chwil niegrania.

 

Takich oddechów nie ma przede wszystkim w Solaris Elżbiety Depty Kris. Mariusz Zaniewski, rzecz jasna aktor ten w serialach podbija serca kobiet. Nic jednak nie zabija odbioru aktora na scenie bardziej niż kalkomania, jakiej ulega widz.

Znany i lubiany nie musi i nie oznacza w tym przypadku: ładniutki i milutki. Zaniewski pokazuje się w tym spektaklu w jak najlepszym świetle. Otrzymujemy tu bardzo precyzyjne, a jednocześnie emocjonalne aktorstwo teatralne. Nie tylko widać, ale przede wszystkim słychać, że na deskach pojawił się aktor, który Kulturę Żywego Słowa, jak odchodząca stara szkoła potraktował niezwykle poważnie. Kris Kelvin, którego kreuje (i słowo to nie jest nadużyciem) Zaniewski jest niewątpliwie filarem tej inscenizacji. O ile po realizacji Solaris w Teatrze Słowackiego w Krakowie krytyka rozpisywała się bardzo pozytywnie o Krisie granym przez Grzegorza Mielczarka, Zaniewski stworzył zupełnie inną postać psychologa z grupy Gibariana, jednocześnie równie mocno zapadając w pamięci widza. Wydaje się, że mamy do czynienia z bardzo dojrzałym aktorstwem, i jednocześnie aktorem nie tyle charakterystycznym co z charakterem. Kris Kelvin Zaniewskiego porywa być może tylko w dwóch momentach, może trzech i to nie tylko w duecie z Harey, gdzie rzecz jasna najszersze pole emocjonalne. Nie fałszuje, nie zawodzi jednak ani razu.

 

Przyznaję, po raz pierwszy widziałem tego szorstkiego przystojniaka z TV na scenie, na deskach zafiksowany przyszedłem tak trochę „na nie”...

 

Zatem.

Kris Zaniewskiego to postać kompletna, pełnowymiarowa, żadne kukiełki z tektury. Półcienie, a nie półśrodki, choć raczej mocno do przodu i twardo grane, są momenty wzruszające, takie nieprędkie, z namysłem, z człowieczeństwem. Pozostaje już tylko napisać to słowo, tak ważne: niezwykle rzetelne aktorstwo. Prawda, choć trudno wytłumaczyć co ona oznacza w umownym i przecie granym świecie jakim jest teatr, to tę prawdę ma w sobie dr Kris Kelvin Mariusza Zaniewskiego.

 

Kolejny na gościnnych występach u Fredry Dominik Rybiałek gra Snauta. Gra dobrze, choć na początku gdzieś w tyle głowy chrobocze pytanie po cholerę robić ze Snauta przygłupa. Ten śmieszkowaty krój, jakaś taka nie tyle dell'artowska a Gerontowa maniera, jak w Lekarzu mimo woli po pierwszej scenie z Krisem, przestaje uwierać. Staje się jasnym, że to zabieg zamierzony. Być może nawet to odciążenie sytuacji dramatycznej przez Rybiałka w całej tej głębokiej, pełnej pytań bez odpowiedzi adaptacji przydaje lekkości, potoczystości. No niewątpliwie, mimo ciężaru Lem ma poczucie humoru. Dominik Rybiałek w kilku momentach jest zabawny, trudno zrozumieć nawet dlaczego publika nie zaśmiała się na premierze ani razu.

 

Dlaczego ja się nie zaśmiałem? A bo to człowiek zawsze musi się odważyć? Cisza i sieriozność były na sali grobowe, to się nie chciałem wyrywać. Na złość, kiedy śmiesznie było przypominały mi się słowa Snauta: Co to jest człowiek normalny? Taki, co nigdy nie popełnił niczego ohydnego? Tak, ale czy nigdy o tym nie pomyślał? A może nie pomyślał nawet, tylko w nim coś pomyślało, wyroiło się, dziesięć albo trzydzieści lat temu, może obronił się przed tym i zapomniał, i nie lękał się tego, bo wiedział, że nigdy nie wprowadził by tego w czyn.

 

Zatem.

 

Kiedy śmieszkowatość ustępuje ważnym kwestiom wypowiadanym przez Snauta, nieco manieryczna gra Rybiałka, nie razi. Młody aktor bardzo sprawnie partneruje zarówno Zaniewskiemu jak i Hążle. Manieryczność zaczyna w miarę jak sztuka nabiera rozpędu być jasnym i zrozumiałym zabiegiem reżyserki. Spójna, przemyślana postać, bez fikania koziołków, bez salto mortale – dobrze, równo tak jak trzeba.

 

Matylda Paszczenko.

 

Sprawdzam w programie, nie ma adnotacji (gościnnie) i to jest wspaniały brak adnotacji.

 

Zatem.

Matylda Paszczenko utopiona przez Polaka ze Szwecji już kiedyś u Fredry w Strindbergu, na szczęście w Solaris nie musi pływać, ani brodzić. Gra dość trudną, bo oniryczną postać. Mieszanie jawy i snu to jednak bardzo teatralny zabieg. Tak jak sen wpisany jest w historię teatru, tak jako zjawa Paszczenko jest wyrazista, przede wszystkim dynamiczna, od gry pełna piersią po wyciszenie i zamierzony przydech. Duet z Zaniewskim staje się pewną osią spektaklu. Matylda Paszczenko łapie momenty, w których porusza widza. Aktorka się nie miota po scenie, choć przecież emocje targające Harey bywają ogromne. Piękna chwila kiedy podśpiewuje jak mantrę krisznowców imieniem: Harey, Harey...Cokolwiek to znaczy bardzo plastyczna postać.

 

Maciej Hązła. Ten aktor, nawet jeśli rzadko rzuca na kolana, bo nie grywa brawurowo, jest niezwykle wszechstronny. Taki pewniak od Fredry. Dasz mu rolę, to on to zrobi co najmniej dobrze. To właśnie tacy aktorzy są wartością każdej sceny. Mistrz drugiego planu, w odniesieniu do Hązły nie jest w żadnej mierze próbą kpiny. Sartorius w „kompozycji” Elżbiety Depty wydaje się być nieco w tle, pół kroku za Krisem, Snautem i Harey. Jednak Sartorius - Hązły jest dokładnie w tym miejscu sztuki i w takiej kondycji, by niczego nie rozbić, ktoś musi być po prostu w punkt. Dokładnie to co trzeba, a może więcej daje Hązła w starciach z Krisem.

 

 

Aster Haile. Kropka nad i. Wydawać by się mogło, że bez niej wszystko też byłoby czytelne. Jednak jak płasko wygląda litera i bez kropki, tak niepełnym byłoby przedstawienie Solaris bez tego Głosu i bez głosu. Jeśli można zaistnieć, odcisnąć piętno na widzu, będąc na scenie raptem 5 może 7 minut, wykorzystując 1/5 swoich walorów, to Haile staje się zjawiskiem tego przedstawienia, tak samo ważnym jak Zaniewski. Bez wątpienia jest też żywą częścią kompozycji Macieja Szymborskiego.

 

 

Berton – Wojciech Kalinowski, wiele tu niby nie ma uciekiniera z Botoksu, a jednak jest.

 

Naukowcy, czyli głosy użyczone – tak się głosu użycza i tyle.

 

Kiedy idę do teatru, nie szukam jakoś specjalnie przesłania. Kiedy idę na Lema, wiem przecież o czym chciał mi tak bardzo powiedzieć mistrz. Od reżysera oczekuję by mi pokazał dramat, znaczy się gatunek teatralny, nie literacki. By mówił do mnie językiem teatru...i jeszcze paru rzeczy oczekuję.

Reżyseria. Elżbieta Depta skomponowała bardzo spójne przedstawienie. Teatr to sztuka bardzo plastyczna o czym się czasem zapomina. Plastyka w teatrze, to nie tylko scenografia, kostiumy, plastyka ruchu, całe widowisko staje się w tym konkretnym przypadku Solaris w Teatrze im. A. Fredry w Gnieźnie bardzo plastyczne, choć przecież nie mamy tu do czynienia z teatrem plastycznym sensu stricte. Nie jesteśmy u Mądzika, ani nawet u Bagińskiej. Dobra kompozycja niesie między innymi właściwe proporcje, żaden z elementów języka teatru nie dominuje. Te proporcje Depta zachowuje klasycznie. Być może trzeba jeszcze coś podkręcić, choć niekoniecznie tempo, to siada tylko na chwilę i nieznacznie. Najmocniejszą stroną Solaris gnieźnieńskiego jest spójność wizji, nic tu nie jest łączone grubym spawem. To jest jedna opowieść: reżyserki, aktorów, scenografki, kompozytora, multimediów i fotografa, odpowiedzialność za tę jedność z racji na funkcję przynależy się Elżbiecie Depcie. Ona też dokonała adaptacji prozy Lema na teatr, świetnie rozmieszczając akcenty. Dobra robota. Rzecz w teatrze może mniej istotna niż teatr – reżyserka stawia bardzo mocne pytania. Stawia je za Solaris i przez Solaris. Człowieczeństwo? Normalność? Miłość? I chyba to pytanie o strach, o lęk przed innością...to zabijanie inności. Cholernie aktualne pytania...

 

I tylko czasem zastanawiam się komu potrzebne te 15 350 znaków? Jeśli więc nie masz czasu by czytać elaborat fanatyka teatru... Idź wyprostowany do Teatr im. Aleksandra Fredry, zobacz to Solaris, które warte jest tych 15 500 już znaków.

 

 

Spektakl, bardzo współczesny, technologicznie też nowoczesny. Pełen jednak niemal klasycznie dobrego aktorstwa. Sięgnięcie po Lema nie jest tu próbą wożenia się na jego popularności. Niezwykle udany początek sezonu na gnieźnieńskiej scenie. Taki normalny teatr, który nie próbuje moralizować, nie poucza, nie szokuje. Teatr który: poddaje pod rozwagę, pyta, zastanawia, ale też porusza...Taki, zupełnie normalny, spektakl jakich mało. Nic się nie pruje, nie odkleja, nic nie wystaje, nie trzeszczy... Nic też nie ranni oczu, uszu i intelektu.  

 

PS.

I znowu... Tak mało napisał autor tego szkicu, namysłu recenzji o treści, przesłaniu. O tak ważnych przecież sprawach, o których mówi Lem, na te ponad 15 tys znaków, może jest ich: o sensach i tropach literackich z 2 tysiące znaków. Z uporem i raczej świadomie w teatrze staram się opisać teatr. Etykom zostawiam to bardzo moralne przesłanie, literaturę Stanisława Lema zostawiam do rozkodowania literaturoznawcom - najlepiej dobrym. 

 

zdj. Dawid Stube

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

 

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00