• Start
  • Recenzje
  • Saha Boole – Golden Tooth – szkic recenzencki płyty
  • Jarek Mikołajczyk

Saha Boole – Golden Tooth – szkic recenzencki płyty

Złoty ząb, na szczęście nie skrzy się do nas z okładki płyty. Czerń i szarości nadają minimalistycznej szlachetności. Trzeci album Sashy Boole, ponownie krótki i zwarty. Raptem 9 kawałków w tym intro, 31 minut muzyki. To dobrze, słuchacz dostaje tyle, ile przesłucha w całości za jednym razem. Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że dziś większość płyt to właściwie zlepki często zgrabnych utworów, ustawionych po sobie raczej metodą losowania – nie tworzą przez to całości a my pozbawiamy się często dramaturgi słuchania całych albumów. Golden Tooth daje nam szansę postrzegania płyty jako całości. Warto z tej szansy w przypadku Sashy Boole skorzystać...

Płyta nie stanowi hermetycznego stylistycznie materiału. Obok piosenek z monumentalnym potencjałem harmonii i przestrzeniami brzmieniowymi tła, takich jak tytułowy Golden Tooth, czy poprzedzający go na płycie Play and Pray. Mamy niezwykle humorystyczną opowieść o tym, jak niektórzy w chwili armagedonu chcą ratować świat jak Brad Pitt. Sasha Boole kontynuuje muzyczne opowiadanie historii. Kiedy chwyta gitarę i staje przed mikrofonem snuje opowieść nie tylko tekstem, to prawdziwy storyteller, który jak kiedyś wędrowni opowiadacze, albo szamani czaruje klimatem i emocją... Tworzeniu niepowtarzalnej historii, niepowtarzalnej i unikatowej, wyjątkowej za każdym razem, nawet gdy słyszymy ją po raz 1121.; podporządkowuje całość: śpiew, gitary, harmonijkę, kazoo i inne instrumenty, przede wszystkim brzmienia - właśnie opowiadaniu historii, które się toczą...

Play and Pray – właściwie otwiera płytę. Intro jak to intro, pozwala przygotować się do słuchania. Zatem 2. na płycie Play and Pray to właściwy początek albumu. Klimat szeptu modlitewnego na początku utworu potęgowany przez pojedyncze dźwięki wprowadza do jednej z tych piosenek, a może pieśni, w których Sasha Boole powoli napędza motorykę kawałka, w mocy brzmień rozpędzał się bardzo powoli ten emocjonalny walec. Świetnie płyną tu tęskne gitary, ale i harmonijka. Matowy wokal, dość jednostajnie snuje niemal patetyczną opowieść, pełną bólu i nieuchronności...Sasha, który żyje sporo czasu w drodze, dobrze wie, że wspomnienie domu może być bolesne...czy jednak stwierdzenie, że nie ma nic co można zrobić, by się uratować, jest echem tego, co dzieje się w strefie wojny? I wreszcie ważne jest to: Dopóki cisza nie nadejdzie, będziemy grać i się modli... Piękny początek płyty.

Golden Tooht – tytułowy. Podobnie mocno żongluje przestrzeniami brzmień, powietrzem, taki song na miarę Would You Give Me a Hand? z poprzedniej płyty...tekstowo rzecz jasna jest mocniej, bardziej hard core, bo pewnie i życie, które jest drogą po złotego zęba, wariacką jazdą bez trzymanki w kierunku cmentarza to trochę ring... Nie my ustaliliśmy zasady, ale to zasady walki, na której końcu: krzyż albo granit. Wspaniała opowieść, malowana nie tylko wokalem, głęboko idzie rytm, melodyka jakby narastającego zapętlenia... Kawałek bez lęku, bez kompleksów... Bardzo dynamicznie, to znaczy: raz mocno, głośno - innym razem wszystko w bliskim planie, jakby grane i śpiewane do ucha...ponownie efekt rozpędzającego się bardzo powoli walca, który jednak cichnie, zanim wszystko zmiażdży. Ta piosenka raczej niesie obrażenia wewnętrzne, takie działanie po wysłuchaniu...piosenka z opóźniaczem. Dobry song, tytułowy, jeden z tych najlepszych...

Пилю Обріз – jedyna piosenka po ukraińsku. Taki właśnie dowód na to, że historie by były wciągające nie muszą być mroczne, choć przecież tu trochę czarny humor z końcem świata w tle. Kiedyś ten dzień nadejdzie, taki ostatni, który widzieliśmy w kinie... Nie pomoże nic, jak przyjdzie armagedon, no chyba, że: лиш бред піт врятуєсвіт. Muzycznie też radośnie, frywolnie, prosty rytm pod nogę, banjo idzie jak taki rasowy country folk – istna Ameryka po ukraińsku. No trzęsie się tancbuda, jest i charakterystyczne końskie ihhhha!!!. Trochę dixielandowego humoru wnosi kazoo. Siarczyście idealny kawałek na koncerty.


Not the Place Where I Belong – muzycznie takie bardzo dylanowskie granie. Sprawdzam w pamięci, czy to nie jakiś Robert Zimmerman, zapomniany, na okładce szukam, czy aby nie cover... Czy już powinienem się wstydzić, moją niewiedzą... Piękna, prosta pieśń wędrowca, trochę jak modlitwa, bez ozdobników i pitu pitu... Gitara, wokal jak u Dylana (tylko nie tak nosowo), trochę banjo i niewiele syntezatorów. Chciałoby się powiedzieć cały Sasha Boole – wędrowiec, „jestem tylko dzieckiem zagubionym w mieście, a to miasto zbudowano z kości...” „Widzisz święty Boże to nie jest miejsce, do którego należę...” czy dosłownie:
Przecież, jestem tylko dzieckiem w brudnej koszulce
Z brudnymi włosami i zakrwawionymi kolanami
Jestem tylko dzieckiem, które biegnie od nauczyciela.

Trochę utwór wytchnienie.

By The Sea – turpistyczna americana? Dlaczego nie. Kiedy robi się to dobrze, a Sasha Boole tak to właśnie robi. Zresztą czy jest, ktoś, kto nie chciałby by jego ciało, spoczęło nad morzem? Kolejny kawałek, w którym Sasha mimo prostoty utworu, maluje wręcz: klimaty, nastroje, morską bryzę...
Piękny gościnny wokal Margaryty Kulichovej. No ogląda człowiek tę okładkę i szuka, czy to aby nie, któraś z sióstr Sierra lub Bianca Casady. Jest klimat, dobrze chodzą bębny no i rzecz jasna Sasha opowiada wokalem, gitarą, harmonijką – totalny storyteller.

Know For Sure – taka sobie przyjemna piosenka z elektryczną gitarą i harmonijką. Typowy folk. Może trochę dla wytchnienia. Gdzieś o tym kimś, koga ma chyba każdy, a kto czasem puka do drzwi. Lepiej go nie nazywać, ale zawsze można zrobić więcej.

Down By The Riverside – zaczyna się tym charakterystycznym biciem gitary, potem robi się prawie indie rockowo. W dół nad rzeką...tym razem ten walec muzyczny rozpędza się na rockową motorykę. Opowieść: o drodze i o miłości, z delikatnie zmienionym strojem gitary. Płynie i to pięknie płynie ta opowieść.


Left Behind – new country pełną gitarą. Gitary tu sporo i to takiej z przebieraniem palcami. Ta prosta tekstowo koda o tym, że cokolwiek robimy, są tacy, którzy będą zawsze przy nas, inni są tylko przechodniami w naszym życiu. (tak z grubsza)...Rzecz jasna opowieść snuta z kieliszkiem hiszpańskiego wina w dłoni. Choć to wino chyba nie jest tak oczywiste...Sasha Boole w ostatnim utworze na płycie daje nam siebie sauté. Gitara i śpiew, żadnych dodatków, muzycznej panierki... Cholernie naturalny song, bez wydumania i kreacji... Dobry koniec płyty.

Golden Tooth to dobra płyta. Mało przy niej być może zaskoczenia, dla tych, którzy znają poprzednią płytę Sashy Boole, nie ma też jednak ani odrobiny zawodu. Boole, to pewniak. Album to niewątpliwie bardzo rzetelne kompozycje, ciekawe aranże, ale przede wszystkim szczera opowieść. Jest tu i folk i americana, trochę mrocznego country...Echem też odbija się podróż po świecie i tęsknota za Galicją. Historie z płyty; rozrzucone, a jednak emocjonalność spina i tworzy bardzo potoczysty krążek. Płyta sączy się, zaczynasz znać utwory niemal na pamięć, a ona wciąż gra... Najkrótsza niekończąca się płyta, jej się nie wyłącza, bo po co? 

...e no może przydałoby się troche bardziej dark...

 

Sasha Boole

Golden Tooth (2017)

Lyrics and music by Sasha Boole 
Vocals, backing vocals, acoustic and electric guitars, banjo, harmonicas, kazoo by Sasha Boole 
Drums, percussion, loops, synthesizer, piano – Alexander Istratiy 
Bass – Artem Brin 
Vocals (By The Sea) – Margaryta Kulichova (Grisly Faye) 
Hurdy Gurdy (Intro) – Katerina Pasnichenko 

Produced by Alexander Istratiy and Sasha Boole 

Recorded & mixed by Alexander Istratiy at Coloorsun Music Studio, Chernivtsi (UA), August 2016 – February 2017 

Cover art and design – Andrew Nedzvedsky (Hellmark Studio) and Artem Brin 
Proofreading by Tania Oleksenko, Ivanka Lubomyra Watkin 

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00