• Jarek Mikołajczyk

Die die die, my Darling...(Ola w Kinie)

Z „Darling” to jest tak, jakby wejść do sieciówki i znaleźć coś uszytego na miarę. Niby niemożliwe, ale w sumie cuda czasem się zdarzają. Do takich małych cudów z pewnością można bezapelacyjnie zaliczyć debiut Mickeya Keatinga – młodego amerykańskiego reżysera, bliżej znanemu bywalcom zeszłorocznego Transatlantyku. Tutaj pragnę uczynić ukłon w stronę sekcji „kino klasy B”; choć w przypadku naszej produkcji to raczej ciężko o mankamenty czy sztampowość.


Utrzymany w Hitchcockowo-Polańskiej konwencji ani sekundy nie kryje się ze swym temperamentem; od razu rzuca widza na kolana i przechodzi do rzeczy. Oczywiście mam na myśli jego włoski temperament, choć to jednak kino amerykańskie. Skoro mowa już o Ameryce, warto przywołać klimat w którym „Darling” jest zaserwowany – magnetyzuje czarno-białymi, klasycznymi wręcz ujęciami; nie tylko jeśli chodzi o pracę kamery, na uwadze należy też mieć scenografię, w której przeważa szyk, elegancja i Nowy Jork lat pięćdziesiątych.

 

Dlaczego? Bowiem poznana przez nas bohaterka podejmuje pracę jako opiekunka najstarszego domu w mieście – jak nietrudno się domyślić – owianego raczej osobliwą sławą. Osamotniona jak ten palec, coraz głębiej wciągana w krainę obłędu, staje się kolejną częścią historyjki o nawiedzonym domu.
Powróćmy do tematu ujęć i kadrów, który niesamowicie mnie rajcuje – zaraz obok kwestii klimatu, do której zresztą zaraz wrócę. Więc kadry – kadry są niesamowite. I ujęcia też. Smukłe, wysublimowane, prowadzące narrację kroczek po kroczku; zdające się podawać widzowi dodatkową parę oczu, by mógł śledzić Iksińską wraz z tym, co czyha w domu, a nawet – zdaje się, że spojrzeć na przyszłą ofiarę z ‘ich’ perspektywy.


Natomiast w temacie klimatu – lauru zwycięstwa nie można odmówić montażowi, bowiem on jest tutaj swoistym kluczem. Reżyser swój obraz buduje na długich ujęciach i szybkich klatkowych migawkach, które nie tylko widza dezorientują, ale i często wyprowadzają ze strefy komfortu, nie wspominając o tym, że idealnie wpasowują się we filmowe ramy. Koniec końców to nie tzw. „jump scare’y” odpowiedzialne są za stan przedzawałowy, lecz właśnie owe migawki, co tak skutecznie przykuwają oczy do ekranu. Powiem więcej – oglądając „Darling” nie trudno o duszę na ramieniu, ale równocześnie człowiek nie chce przeciwstawiać się temu ze względu na dojmujące wrażenie marnotrawstwa dobrego, koneserskiego wprost kina. Zwyczajnie więc odkłada te zabiegi na bok i pozwala się przestraszyć.
Kolejną składową, bez której „Darling” nie byłoby „Darling”, jest główna postać i jej aktorstwo. Lauren Ashley Carter zdaje się być stworzona do tej roli, bo chyba ciężko byłoby w takim stopniu jak ona, oddać profil psychologiczny bohaterki jedynie przy pomocy mimiki (!!!) twarzy czy dynamiki ruchów. Czapki z głów – moim skromnym zdaniem pani Carter bezapelacyjnie zasługuje na Oscara.
Kończąc, chcę życzyć sobie i Wam więcej tak dobrych seansów, by w czasach horrorów robionych w większości raczej na jedno kopyto częściej zdarzały się takie gwiazdki z nieba. Z drugiej strony jednak – gdyby częściej nam się zdarzały, czy świeciłyby wówczas równie mocno?

 

Aleksandra Kondela

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00