• Start
  • Recenzje
  • Nietykalne. Czasem jest tak, że się coś robi po prostu dobrze, a to staje się ważne /szkic recenzencki
  • Jarek Mikołajczyk

Nietykalne. Czasem jest tak, że się coś robi po prostu dobrze, a to staje się ważne /szkic recenzencki

Tekst, który jest bazą przedstawienia, wedle wielu teoretyków teatru, nie może zdominować. Literackość nie ma prawa zagłuszyć teatru. W tym rozumieniu dramat jako forma, poza sceną nie istnieje, zostawmy jednak spory o to, czy słusznie. Teatr to bardzo szeroki, rozbudowany, ale precyzyjny język, zdarza się o tym zapominać współczesnym twórcom. Nie zdarzyło się to jednak Janie Ovšankovej przy prapremierowej realizacji Nietykalnych w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie.

Ze swej natury Nietykalne Simona Burta niosą w warstwie literackiej nie tyle potoczystość ile potoczność. Tekst oderwany od pozostałych części składowych dramatu jest trochę wulgarny, momentami nad wyraz, jak zresztą wulgarne bywa życie nastolatków pijanych wolnością i nie tylko, wyrwane z kontekstu ich emocjonalności... Realizatorzy, a raczej realizatorki gnieźnieńskiego przedstawienia w żaden sposób jednak ową wulgarnością języka, nie epatują. Jest on chyba zresztą jedynym środkiem realistycznym użytym w przedstawieniu. Jana Ovšankovă nie skupia się na oddaniu 1:1 realizmu ciasnego i wcale niewłasnego mieszkania dwóch dziewcząt, które właśnie wyrwały się z domu.

Język, w tym przypadku możemy mówić o języku przekładu Joanny Grodek, paradoksalnie nie jest językiem zupełnie współczesnym (choć tak go chcą widzieć tłumaczka i twórcy spektaklu). Slang młodzieżowy to bodaj najbardziej żywa forma języka, która dziś tłumaczona, staje się tego samego dnia mową wczorajszą. Być może jednak, przez tę niezamierzoną jak się zdaje i nieuchronną wczorajszość języka przekład, pozostaje żywy, a jednocześnie czasowo uniwersalny. Ta uniwersalność pozwala pokazać, że czas wchodzenia w dorosłość niesie konflikt niezależnie od epoki. Zostawmy jednak zarówno Burta, jak i Grodek, tym niech się zajmą literaturoznawcy.

 

To przedziwne, w każdych czasach zmieniają się jedynie konteksty, tła i odniesienia czasu wyjścia z kokonu, czasu dojrzewania, a oś dramatyczna tego okresu w życiu człowieka wydaje się niezmienna...Mimo tego wciąż możemy mówić o deficycie tekstów oswajających młodych ludzi z nimi samymi w tym okresie.

 

Teatr, prawdziwy to teatr nieruchomy, postulowała słusznie zresztą Simone Weil. Poza jednak kilkoma realizacjami na świecie teatr taki jest raczej nieosiągalny*, przynajmniej formalnie. Postulat ten odnosi się jednak bardziej do tego, by dynamika dramatu rozegrała się w głowie, lub sercu widza, a nie ograniczyła się do hopsztosów na scenie. Można by pokusić się o stwierdzenie, że im bardziej teatr jest ascetyczny, oszczędny tym jest bardziej prawdziwy (celowo nie używajmy tu zgranej jak blotka w bez atu definicji teatru ubogiego).

Jana Ovšankovă odbija daleko od realistycznych tendencji brytyjskiego grania, mimo że tekst angielski. Kilkanaście rozwieszonych na linkach sztuk prania zamyka pokój trochę jak ring, pralka, łóżko, butelka, walizki i dwie aktorki, wszystko, czego reżyserka potrzebuje, by stworzyć teatr. Zero podpórek i podpóreczek, rekwizytów, rekwizycików i teatralnego pirdulajdum klajstrum.

 

Teatr: panie, panowie to Teatr, znaczy Divadlo. Jest tekst, jest muzyka, jest światło to aktor/aktorka sobie poradzi, a przynajmniej powinna.

 

Zacznijmy więc od tego, że aktorki zasadniczo sobie poradziły. Obie bohaterki, zarysowane są dość wyraźnie. Przy czym Manisza grana przez Kamilę Banasiak rysowana jest mniej ostrą kreską. Manni - Kamili Banasiak niesie głębsze wymiary emocji, jest gdzieś bliżej rozterek 17. latki, która kolokwialnie mówiąc chciałaby, ale się boi i nie dotyczy to jedynie seksualności. Dziewczęcość – kobiecość, wbrew pozorom to coś więcej niż tylko hormony. Choć przecież tak bardzo Manni zdaje się zazdrościć Louise, gdzieś mimo to chciałaby by ten pierwszy raz wydarzył się z chłopakiem z jej Mehirem...Manni to także świetnie pokazana przez Banasiak przemiana. Ostrożna, raczej introwertyczna poukładana jakby się zdawało dziewczyna, upaja się wolnością, rzec można, upija dosłownie...Aktorka skutecznie broni się przed karykaturalną manierą śmiesznej pijaczki...Jest dramat to jest dramat, a nie jakieś jaja, czy Mariolka...Mimo tego nie jest cały czas sierjozno. Subtelne zabawy słowem, czy sytuacją, jakie niesie tekst, grająca raczej oszczędnie Banasiak unosi, a nawet je uwypukla, bez walenia słowem po oczach w stylu Ani Mru Mru albo innej Elity. Manni zagrana do wewnątrz, bez krzyku i szczebiotu na masce, przekonuje...Nawet gdy zaczyna topić oceny i siebie w zachłyśnięciu niezależnością, nie jest fiu-bździu rozemocjonowaną małolatą. Transponując Manni (bohaterkę) nad wyraz poważną w pierwszej części dramatu, (zwłaszcza jak na dopiero wyswobodzoną w rodzicielskiego puszorka, nastolatkę) Banasik jest w tej roli, nad wyraz dojrzałą aktorką. Gra z namysłem, bez słowotoku, bez tupania nóżką i rąk w kieszeni, pozwala sobie na spowolnienie tempa, kiedy to jest potrzebne.

Dominika Guzek gra Louise, która już przez Burta ustawiona jest w przeciwieństwie do Manni, utrzymuje takie ustawienie również reżyserka. Kontrast czyni nie tylko Louise bardziej płaską, przewidywalną, ale też pozbawia, aktorkę możliwości użycia półtonów i odcieni. Tak przynajmniej to wygląda w realizacji. Niewątpliwie ta prędkość Kałasznikowa, gra momentami na pełnym gazie czyni Louise bardziej nastoletnią. Paradoksalnie, to bycie na maxa do przodu bohaterki, która nie przebiera w partnerach, która chciała, więc się nie bała, a przynajmniej na taką wygląda, tylko na pozór jest tak tratatata już nie żyjesz...

Chciałoby się jednak, żeby młoda aktorka wypośrodkowała, dodała swojej grze wrażenia 3D. Trudno powiedzieć by Dominika Guzek zagrała źle, to jak gra - trzyma się konwencji, jest spójne, to ona z zasady wnosi też lekkość i humor do przedstawienia. Nie brakuje też namysłu...

 

Bywają momenty, gdy gdzieś ucieka pełnia wymiarów, zwłaszcza emocjonalnych. Na szczęście to momenty. Mimo tego to dobre aktorstwo, pełne potencjału. Być może to decyzja reżyserki, by dwuwymiarować Louise. Gdyby więc w tej końcówce, w przemianie po powrocie do domu pokazać Louise w wymiarach XYZ...To uciekło, a szkoda. Może to tylko pośpieszność przygotowania, widoczna w przedstawieniu.

 

Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę, że pełen wymiar Louise mógłby zatracić ten początkowy kontrast przyjaciółek. Nie wiem jednak, czy aktorka tu czegoś nie uniosła, czy reżyser poszła trochę na skróty. Obie są młode, obie mają prawo błędu. Tak jakoś mi się skojarzyło artysta trochę, jak dziennikarz – błądzić jest rzeczą ludzką, tyle że nasze błędy stają się z automatu publiczną własnością.

 

Reżyser (wolę tę formę, bo reżyserka, kojarzy mi się z ciasną dziuplą, w której siedzi nie zawsze akustyk, nie zawsze z absolutem) Jana Ovšankovă ogólnie rzecz biorąc wie, czego chceMa swoją opowieść i opowiada ją Nietykalnymi. Opowiada o bohaterkach wrzuconych przez Burta w dorosłość przedwczesną, jest to jednak historia Jany Ovšankovej, przefiltrowana przede wszystkim przez emocjonalność własną i aktorek.

 

Emocjonalność bohaterek to jest to, co udało się młodej Słowaczce... Ułożyć w domek z kart, kruchy, ale spiętrzony. Przyjaźń, przemiany, czas gęsty nie tylko od hormonów, emocji i rzucania dzielnicy na kolana, ociera się o domniemane coś więcej, o związek o spanie normalnie, a nie w nogach...Mały wspólny pokój, spójna przestrzeń jedynie zarysowana przez scenografię, zostawiły reżyserce sporo miejsca na grę aktorek i grę aktorkami. I tę przestrzeń reżyser wypełniła, niezbyt gęsto, tak by widz nadążył, ale na tyle by nie siadła percepcja. Środek ciężkości przerzucony ze sceny na bardzo bliską widownię. Jana Ovšankovă uchroniła się przed hiperrealizmem mieszczańskiego podglądania przez dziurkę od klucza ani ona, ani aktorki nie dbają o wrażenie czwartej ściany. To pozwala oglądać coś więcej niż to widać...Dobre tempo, spektaklu, brak wrażenia nudy, choć można z 10 minut wyrzucić. Pewne działania sceniczne i sytuacje trochę się dublują, za dużo dopowiadają...

 

Rzecz jasna sam tekst narzuca pewne naiwności, oczywistości, infantylizmy; to, jednak że cześć z nich reżyser zdecydowała się pozostawić, jeśli nawet poirytuje dorosłego widza, dla rówieśników Manni i Louise, którzy siedzą na widowni, może być gwarantem prawdy tej opowieści...

 

Pięknych kilka drobnych zabiegów, włączająca się jakby duch pralka, symbolicznie zbrudzone pranie po wyjęciu z pralki, wjazd walizki. Detale, mało ich, a jeśli są to są przemyślane. No i piękna metafora powrotu do domu, do szczenięctwa, pewnej porażki: klasy i skakanka...Absolut źródła teatru, teatru zabawy, gdyby tak jeszcze wyliczanka jakaś...

 

Scenografia, tak to się robi. Bez komód, komódek, stołków stołeczków i realistycznego szumu plastycznego. Justyna E. Przybylska daje nam przestrzeń czarno-białą jak widzenie świata przez 17-latki. Brak czwartej ściany, wrażenie niedomkniętego ringu i to pranie...prosto, może nawet tak prosto, jak kiedyś prostoty nadużywał Off. Tyle że tu jest tak jak trzeba.Miejsce każde.

 

Muzyka? Trapy w bitach stworzonych przez wokalistę i gitarzystę kapeli grającej muzykę, która nie istnieje.

 

Bo nie może istnieć progresywny punk – progres jest zaprzeczeniem punka, nie trzeba być Sidem Viciousem, byto wiedzieć.

 

Peter Gàbor daje reżyserce muzykę w 100% teatralną. Nie trzeba czytać jego biografii, by wiedzieć, że myśli jak dramaturg. Bardzo dobra muzyka teatralna zostawia wrażenie dobrego tła, nie dominuje jednak nad resztą.

 

Nietykalne to dobry spektakl. Dobry, bo zagrany rzetelnie bez tricków, bez teatralnej ściemy ery postoffu, zrealizowany z namysłem i zamysłem reżyserskim...Dobry, bo zrobiony po coś i w jakimś celu a daleki od propagandy czy moralitetu. Teatr bez benzoesanu sodu, konserwantów i polepszaczy. Nietykalne to dobry spektakl, bez fajerwerków, ale teatr to nie WOŚP czy inny Sylwester.

 

Czasem jest tak, że się coś robi po prostu dobrze, a to staje się ważne, tak jest chyba i tym razem. W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy, czy sztuka jest ważna, czy tylko woltyżerką jest.

 

Jeśli więc dwie aktorki potrafią utrzymać koncentrację widza przez półtorej godziny to w czym rzecz, panie zoil?

 

Jarek Mixer Mikołajczyk

 

* Teatr Wizji Czerwona Główka - Sławomira Kuczkowskiego zrealizował w działaniach Królewska Droga Krzyża i Komora ideę Simone Weil dotycząca nieruchomości teatru. 

 

PS.

 

Swoją drogą może tak po wakacjach przy okazji spektaklu, koncert Mysteryof 19th October? Ja przyjdę, może Burii, Siksa, pewnie Tomaszek z Demencji no i Skola też i pewnie Tymek też i pewnie Kuba Dzionek może Piotrek Wiśniewski...Jak jeszcze nie wyjedzie to namówię Bąkola, a może czworo Bąkowskich...

Konwój

Kino Helios
Czwartek 16 listopada 2017
godz. 18:00

PO PROSTU PRZYJAŹŃ

Kino Helios
Czwartek 23 listopada 2017
godz. 18:00

AMOK

Kino Helios
Czwartek 30 listopada 2017
godz. 18:00